29 września 2009

Q & A


(...)

PYTANIE: A moraliści z bożej łaski współczują ci, że w Wojnie polsko-ruskiej musiałeś, biedaku, pokazać fiuta.

BORYS SZYC: Latanie na golasa sprawia mi przyjemność. No problem. Eksibicjonizm fizyczny nie jest niczym przerażającym, w przeciwieństwie do zdarcia blokady psychicznej.

(...)

(z rozmowy z Borysem Szycem, "Film" 2009, nr 9, s. 51.)


19 września 2009

"Magiczne drzewo" (2009, Maleszka)


W znakomitej Ofelii na wakacjach (1990) Andrzeja Maleszki Ofelia i jej mama krzyczały: „Wszystko nam się podoba!”. Powtórzyłem tę reakcję dziś rano, wychodząc z kina po seansie Magicznego drzewa (2009), najlepszego polskiego filmu bieżącego roku, ustępującego chyba tylko Wojnie polsko-ruskiej (2009). Maleszka jest jedynym (obok Machulskiego i Bagińskiego) rodzimym twórcą mainstreamu, który jeszcze potrafi śnić. Przy czym – i to różni go od „chłopaczków z kamerkami” z lwiej części tzw. kina niezależnego – potrafi też słuchać, patrzeć i pisać. Jego dziecięcy bohaterowie mówią tak, że wierzymy w nich bez zastrzeżeń; nie są dzieciopodobnymi surogatami zaludniającymi np. polskie telenowele. Co więcej, zdarzają się Maleszce chwile cudownej językowej inwencji, bliskiej polskim przekładom książek Astrid Lindgren (daję medal za kwestię: „Chcę trzy pizze wszystkomające!”).

Magiczne drzewo to mądra – kapitalistyczna z ducha – bajka o potrzebie posiadania i o niebezpieczeństwie nadmiaru. Znakomita większość życzeń, z jakimi zwracają się do krzesła mali i duzi, związane są z posiadaniem właśnie: chcę pizzę, chcę swoje pieniądze, chcę jedzenie. Sedno tej opowieści zawiera się w obserwacji, że życzenia chciwe zawsze skończą się katastrofą: sto psów wprowadzi panikę w pociągu, stół pełny jedzenia wywoła senność, a życzenie, by „nasi rodzice mieli dużo forsy” doprowadzi do katastrofy największej: rodzice staną się ślepymi na własne dzieci liczmanami, porzucającymi całą trójkę pociech na rzecz lukratywnego rejsu statkiem w roli muzyków okrętowych. Krzesło spełnia życzenia, ale konsekwencje każdego z nich każą (post factum) planować z góry i ograniczać zapędy. Wcieleniem chciwości ostatecznej jest tu pseudo-magik Augustino (Maciej Wierzbicki), biegający na aerodynamicznych szczudłach i łasy na każdą dwuzłotówkę, jaka w jednej ze scen wyskakuje z wyczarowanej na poczekaniu mennicy.

Jednocześnie nie tylko rozrzutność i chciwość zostają w tym filmie zrugane: dostaje się także skąpstwu i ascezie. Ciotka Maryla (ostra jak brzytwa Hanna Śleszyńska) mieszka w biało-srebrnym domostwie pozbawionym wszelkich naddatków, a każdą wydaną złotówkę każe uzasadniać trzykrotnie. Magiczne drzewo jest tak naprawdę bajką o mądrej konsumpcji – której morałowi osobiście przyklaskuję.

Maleszka jest majstrem od pomysłów magicznych: dwie sceny zwłaszcza – traktor wyjeżdżający zza stogów siana i wyłaniająca się z morza gigantyczna zjeżdżalnia (i, by tak rzec, pod-jeżdżalnia!) wodna – zaparły mi dech. Spielberg i Joe Dante byliby dumni (albo zazdrośni!).

Trzy z czterech ról dziecięcych są świetnie obsadzone: niestety, Joanna Ziętarska jako pomniejszona Hanna Śleszyńska poradziła sobie gorzej od rówieśników. Za mało nią pokierowano; nie wyuczono żadnego manieryzmu dorosłej kobiety i przez to wygląda bardziej jak naburmuszona Samochwała z wiersza Brzechwy – wydymająca policzki na wszystko i wszystkich wokół – niż jak lodowata zołza, z wielkim powodzeniem nakreślona przez Śleszyńską w paru zaledwie scenach. Tym samym nie pojawia się tu humor związany z zamianą dorosłego ciała w dziecięce, który tak świetnie eksploatował na przykład Zakręcony piątek (2003).

Największym hitem obsadowym Magicznego drzewa jest zdecydowanie Adam Szczegóła jako Kuki: Maleszka co prawda w (nietypowym dlań) akcie scenariuszowej łatwizny każe mu powtarzać raz po raz banalne zdanie „Czuję, że będą kłopoty!”, co wypada płasko – ale poza tym zastrzeżeniem ogląda się Szczegółę z podziwem i entuzjazmem. Rysy jego twarzy sugerują Haleya Joela Osmenta z czasów Szóstego zmysłu (1999), ale Szczegóła jest na dodatek lekko niezdarny (wada wymowy) i ma układające się w zafrasowany ptasi dzióbek usta, co cudownie wpisuje się w rolę i sytuuje go w centrum całego filmu. (Jeśli ktoś chce nakręcić aktorską wersję kreskówek o Tweety’m, oto aktor jak znalazł!) Od czasu obdarzonego chropowatym, nieustannie „wkurzonym” głosem Damiana Ula w Sztuczkach (2007) nie widziałem w polskim filmie dziecięcego aktora o podobnej energii i ujmującej aparycji.

Gratulacje dla Andrzeja Maleszki. Następny przystanek: Hollywood! Będę trzymał za to kciuki.


17 września 2009

Zostałem Tetrykiem

Od dwóch tygodni, dzięki życzliwości portalu Esensja, oceniam filmy jako jeden ze Zgryźliwych Tetryków. Zapraszam do tabelki; każda ocena (w skali 1-10) poparta jest krótką notką umieszczoną u dołu strony.

18 sierpnia 2009

"Zabójcza broń 4" (1998, R. Donner)

Rok produkcji auta poznaje się po numerze silnika, rok zasadzenia drzewa po słojach, a rok produkcji losowo wybranej Zabójczej broni – po długości włosów Mela Gibsona. Im dłuższe, tym film wcześniejszy. W Zabójczej broni 4 (1998) są tak krótkie, że po prostu musiały oznajmić koniec cyklu (chociaż, chociaż: już są jakieś plotki o „piątce”, więc strach pomyśleć, co tam dopiero na głowie Mela będzie – lub nie będzie – się działo, jak przyjdzie co do czego).

Czwarta część cyklu zaczyna się od zdrowej dawki absurdu (cysterna wylatuje w powietrze z majestatem wahadłowca) i klownady (Glover jako Roger udaje kurczaka), a potem jest równie lekko – mimo rzekomych „trosk społecznych” scenarzystów. Tym razem nie jest to apartheid (jak w „dwójce”), ale nielegalna chińska imigracja. Jeśli faktycznie powstanie „piątka”, idę o zakład że będzie traktowała o imigracji meksykańskiej (obstawiam też, że Danny Glover nie będzie proponował imigrantowi – jak to czyni tutaj – „dobrej tequili z Meksyku”).

„Czwórka” jest logicznym zamknięciem procesu zainicjowanego w „jedynce”. W części pierwszej Riggs (Mel Gibson) zaczyna od totalnego oderwania od rodziny i społeczeństwa (uczestniczy w nim tylko poprzez przemoc, bo nawet nie przez seks), tylko by skończyć jako przybrany syn (i symboliczny współmałżonek) Rogera. W „dwójce” jest już pełnoprawnym członkiem jego rodziny i po raz pierwszy przejawia energię seksualną (jego partnerka zostaje zamordowana). W „trójce” schodzi się ze swym lustrzanym odbiciem: Laurą (Rene Russo), która w „czwórce” rodzi ich wspólne dziecko i wymusza na Riggsie ślub dosłownie na sekundę przed porodem. Ślubu udziela rabin („Jesteście Żydami…?” – „Nie”) i jest w tym zakończeniu prawdziwe piękno. Siła obietnicy – „aż do śmierci” – jest w tym filmie równie silna i równie niezakorzeniona w żadnym sekciarskim credo, jak przyjaźń dwójki gliniarzy; nic jej nie zniszczy. Tak, tak; „uległem ideologii”. Ale jeśli już jakiejś ulegać, to takiej właśnie.

Jet Li wnosi ze sobą element sztuk walki, zapomniany w zasadzie od części pierwszej, w której Riggs pokazywał, co umie także i w tej materii. „Czwórka” jest naładowana akcją po brzegi, ale nie ciąży jej to wcale – jest miejsce nawet na autentyczne (i wzruszające!) pogłębienie postaci Leo Getza (Joe Pesci), kiedy opowiada on Riggsowi historię o swoim „jedynym przyjacielu z dzieciństwa”: żabie imieniem Froogy („I’m not saying you’re better friends to me than Froggy. You’re just different.”)

Jeśli w części trzeciej było dużo homofobii w mało zabawnych żartach, to tutaj mamy zabawne żarty z homofobii właśnie. Riggs wmawia Rogerowi, że wygadany sierżant Butters (Chris Rock) ma na niego ochotę. Roger świruje, ale świruje rozbrajająco: nie ma w nim agresji. Inna sprawa, że sama postać Buttersa jest tylko pretekstem: tak naprawdę można by go nazwać po prostu „Chris Rock” i nikomu by to nie przeszkadzało. Scenarzyści dają Rockowi szanse, by zaistniał w tym filmie właśnie jako stand-up comedian, którym w głębi serca jest – stąd miejsce na te długie monologi; stąd trzyminutowa wymiana z Pescim o tym, że „telefony komórkowe jebią nam wszystkim mózgi”. Te partie filmu – jak wklejki z YouTube’a na zasadzie: „śmieszne; zostawiamy” – były jedynymi fragmentami, które mi przeszkadzały.

Koniec końców, Zabójcza broń to cykl brutalnych (ale nie sadystycznych) komedii sensacyjnych, z ogromną ilością uwagi skierowanej na życie rodzinne i emocjonalne swych bohaterów. Wymowa jest konserwatywna w dobrym znaczeniu tego słowa: kluczowym słowem całego zabójczobronnego uniwersum jest po prostu wierność. Kto chce, niech dekonsturuuje. Ja składam podpis.