Podróż ku lepszemu przez zdewastowaną Amerykę to koncept stary jak „Grona gniewu” Steinbecka i nowy jak „Droga” McCarthy’ego. Zanim obejrzymy ekranizację tej ostatniej, mamy „Zombieland”: komedię żywiąca się filmową padliną, czyli tzw. zombie-movie. Kto widział cokolwiek z „Żywymi trupami” w tytule („Noc”, „Świt”, „Zmierzch” – nieważne) ten wie, o co chodzi.
Świeżość filmu Rubena Fleischera nie polega na komediowej tonacji (vide mistrzowski „Wysyp żywych trupów”), ale na wprowadzeniu dwóch przednich pomysłów. Po pierwsze, zombie potrafią w tym filmie bardzo szybko biegać, co stanowi novum po dekadach niezdarnego człapania. Po drugie: uciekający nad Pacyfik kwartet bohaterów jest tak skonstruowany pod względem płciowym i wiekowym, że staje się pod koniec metaforyczną rodziną (dla jasności: to Woody Harrelson jest tu dzieciakiem).
Elementy niepokojące przeplatają się ze śmiesznymi, ale pod spodem tunel kopią okropne błędy – konstrukcja się sypie. Fleischer chce zachować ciastko (np. wzbudzić litość nad tragedią Harrelsona) i je dowcipnie zjeść (tę samą tragedię kwituje głupią kwestią: „Nie płakałem tak od «Titanica»!”). Ostatecznie musimy ratować, co się da: na przykład zagadkową sekwencję oddającą hołd „Mechanicznej pomarańczy”: oto bohaterowie urządzają orgię niszczenia, taśma zwalnia, a w tle wybucha uwertura do „Wesela Figara” Mozarta. Dla takich scen – i dla rewelacyjnie kanciastego Jesse’ego Eisenberga! – warto ten film obejrzeć.
(Tekst ukazał się w drukowanej edycji "Przekroju"; nr 48/09, s. 60)

