17 lutego 2017

La La Land (2016, Chazelle)


Najmniej interesuje mnie w LA LA LANDZIE to, nad czym wszyscy cmokają, to znaczy hipsterski recykling estetyki Jacquesa Demy'ego. Papuzie parasolki nadal lepiej nabywać w Cherbourgu, a dowolna sekwencja muzyczna z Vincentego Minnellego ma w sobie więcej klasy, talentu i piękna, niż przytykany do oka nieco na siłę, mechaniczny kalejdoskop Chazelle'a. (To nie jest pustosłowie: jedno wejście na YouTube'a i wpisanie choćby 'The Trolley Song' jest niezbitym dowodem w sprawie.)
Problemem tego filmu -- który zrobił na mnie wrażenie, ale bynajmniej nie od strony estetycznej, bo jawna zżynka z ONE FROM THE HEART Coppoli nie jest niczym, co by mnie ruszało -- nie jest jego błahość, ale jego wsobność. Chazelle nie jest zainteresowany ludźmi: to nie przypadek, że jest to bodaj jedyny musical w historii kina, w którym poza głównymi bohaterami nie ma *ani jednej* znaczącej postaci pobocznej. Podczas gdy klasyczny musical hollywoodzki roił się od barwnych sidekicków, dowcipnych ripost, barwnych charakterów, u Chazella mamy dwie fotogeniczne czarne dziury: dwoje absolutnie skupionych na sobie ludzi, którzy poza tym, że "mają marzenie", nie dostają ani jednej cechy osobowej.
Film w swoim zamierzeniu jest nostalgicznym lamentem nad śmiercią kultury analogowej: w pierwszej scenie Gosling analizuje kawałek jazzowy uparcie przewijając magnetofon w swym kabriolecie, a postać Emmy Stone mieszka w pokoju wyklejonym plakatami ze 'złotej ery' Holllywoodu. Potem jest jeszcze winyl i spacer po halach dawnego Warner Bros. W jednej ze scen postaci idą razem na BUNTOWNIKA BEZ POWODU, ale ponieważ reżysera nie obchodzi, co ten film dla nich znaczy i jakie emocje wywołuje, ostaje się jedynie sygnał: "oni są vintage". Cały film też stara się taki być, ale nawet montażowe mistrzostwo nie jest w stanie uwiarygodnić narracji o "powrocie do źródeł jazzu", rzekomo utraconych (jeśli dobrze odczytałem LA LA LAND, to jazz zostanie ocalony przez białego hipstera, zakładającego pod koniec jazzowy odpowiednik muzealnej jadłodajni w typie Hard Rock Cafe, z cenami w sam raz dla zamożnych słuchaczy z Beverly Hills).
W istocie jest to jednak film o czymś zupełnie innym, a mianowicie o kulturowym wyczerpaniu -- o tym, że amerykański pop zastygł w kosztowny park tematyczny i nie ma w nim już ani kropli soku.‎ Nie jestem wcale pewien, czy Chazelle wie, jak smutny film zrobił. Wychodząc z kina miałem uczucie, jakbym wychodził z pogrzebu: przy czym przedmiotem pochówku wcale nie były czyjeś "marzenia", ale amerykańska kultura popularna w tej wersji, w jakiej wymyślił ją wiek dwudziesty. Poza tym, że z kina Chazelle'a prześwituje jakaś potworna samotność (w WHIPLASHU ceną za sukces było fizyczne skatowanie, w LA LA LANDZIE: rezygnacja z miłości), wciąż nie mogę się otrząsnąć z tego, co zobaczyłem: reżyser na naszych oczach ekshumuje truchło amerykańskiego musicalu, przez dwie godziny trzęsie nim na naszych oczach, by na koniec obwieścić, że jego film jest "hołdem dla marzycieli". Prawdziwie oryginalnym musicalem współczesnym są CÓRKI DANCINGU; Chazelle nakręcił nostalgiczny trip z melodramatycznym twistem, który nieoczekiwanie stał się perfekcyjną płytą nagrobną dla kultury pre-digitalnej.
Nie hejtuję tego filmu. W skali od 1 do 10 daję mu 5, a ostatnia scena mnie poruszyła jako udana melodramatyczna koda. Ale ten film jest czymś o wiele więcej, niż tylko średnim musicalem brawurowego reżysera. Jakby przez przypadek, "magic touch" zmienił się w "tocuh of death". Miała być witalność, jest martwa tkanka -- a całe szczęście stłoczone jest w sekwencji finalnego marzenia, nieprzypadkowo sięgającego m.in po taśmę 16mm. Chazelle mówi coś, co wszyscy przeczuwamy: że nasze sny są analogowe i światłoczułe, i że nie wiemy jeszcze do końca, jak marzyć w zerach i jedynkach.

Milczenie (2016, Scorsese)


Poza tym, że jest lekturą obowiązkową, MILCZENIE Scorsesego to film bardzo ciężki, o konsystencji ołowiu i barwie wulkanicznego tufu. Tematem głównym jest chrześcijańska apostazja, a kluczowym, powtarzanym jak mantra obrazem: zabłocona stopa depcząca pod przymusem wizerunek Chrystusa. Nie ma wątpliwości, że dla Scorsesego -- włoskiego katolika od początku kariery parającego się tak spektakularną blasfemią, jak i podprogową teodyceą -- ta historia jest bardzo osobista. XVII-wieczna, wroga chrześcijaństwu Japonia nie jest aż tak odległa powojennej Ameryce, w której pod wpływem lewicowej kontrkultury katolicyzm znalazł się na cenzurowanym, a ceną wejścia na opiniotwórczy salon bardzo często było właśnie (nierzadko dosłowne) podeptanie chrześcijańskich symboli. Film jest nierówny i chłodny; estetycznie najbliżej mu do wystudzonej historiozofii a la FARAON Kawalerowicza. Przypomina też inne opowieści o zderzeniu kultur i negocjacji między katolicyzmem a filozofią konkurencyjną (A ROYAL HUNT FOR THE SUN, MISJA, ale i OTO JEST GŁOWA ZDRAJCY), ale jest zarazem wybitnie jednostronny: mimo że w połowie pojawia się lekki rozziew między obrazem a prowadzoną przez bohatera narracją, ostatnie ujęcie rozwiązuje wszelkie ambiwalencje na rzecz jednej ze stron. Treści tego ujęcia oczywiście nie zdradzę, ale domyślam się, że spotka się ono z podobną krytyką, jak finał PASJI Gibsona. Jestem pewien, że wielu (zwłaszcza konserwatywnych) widzów nazwie MILCZENIE arcydziełem, dodatkowo arcydziełem męczeńskim (bo tak okrutnie pominiętym przy Oscarach). Ale ten film arcydziełem nie jest. Przy wszystkich jego fascynujących zaletach, brakuje mu żarliwości -- prawdziwie chrześcijańskiej pasji, która przebija z PRZEŁĘCZY OCALONYCH Gibsona w każdym kadrze. Scorsese nakręcił cichą, klasycystyczną spowiedź, ale cichy klasycyzm nigdy nie wychodził mu najlepiej. Ktoś kiedyś powiedział: "Bądźcie albo zimni, albo gorący, nigdy letni". I ten Ktoś miał rację. Wybieram Scorsesego-grzesznika z WILKA Z WALL STREET. A film zobaczcie koniecznie.

19 stycznia 2017

Dźwięki muzyki (1965, Wise)


W nowym Reaction Shocie na Filmwebie piszę o jednym z najbardziej znanych i kochanych filmowych musicali, czyli o Dźwiękach muzyki Roberta Wise'a. Zapraszam do lektury.

1 stycznia 2017

Podsumowanie 2016



Jak co roku, publikuję swój subiektywny ranking polskich premier, tym razem za okres 1 stycznia-31 grudnia 2016. Rzecz jasna, ze względu na moją pracę dla Festiwalu Filmowego w Gdyni, nie uwzględniam w zestawieniu filmów polskich. Miłej lektury!

(Tutaj można znaleźć moje zestawienia z lat 2015201420132012,20112010 i 2009).

ZŁOTO

1. Nienasyceni (Guadagnino)
2. Pokój (Abrahamson)
3. Bone Tomahawk (Zahler)
4. Nawet gory przeminą (Jia)
5. Służąca (Park)
6. Przełęcz ocalonych (Gibson)
7. Kosmos (Żuławski)
8. Wyznania nastolatki (Heller)
9. Hardcore Henry (Naishuller)
10. Kapitan Ameryka: Wojna bohaterów (Russo)
11. Skarb (Porumboiu)
12. Cloverfield Lane 10 (Trachtenberg)
13. Siedem minut po północy (Bayona)
14. Fuocoammare. Ogień na morzu (Rosi)
15. Tysiąc i jedna noc – Trylogia (Gomes)
16. Creed: Narodziny legendy (Coogler)
17. Scena ciszy (Oppenheimer)
18. Justin Timberlake + Tennessee Kids (Demme) [Netflix]
19. Lament (Na)
20. Brooklyn (Crowley)
21. Gęsia skórka (Letterman)
22. Śmietanka towarzyska (Allen)
23. Julieta (Almodóvar)
24. Kubo i dwie struny (Knight)
25. Sprzymierzeni (Zemeckis)
26. Ave, Cezar! (Coen/Coen)
                                              
SREBRO
Aż do piekła (Mackenzie); Barany. Islandzka opowieść (Hakonarson); BFG: Bardzo fajny gigant (Spielberg); Big Short (McKay), Co przynosi przyszłość (Hansen-Love); Człowiek (Arthus-Bertrand); Doktor Strange (Derrickson); Easy (Swanberg) [Netflix], Fistaszki – wersja kinowa (Martino), Fusi (Kari); Księga dżungli (Favreau); Mój przyjaciel smok (Lowery); Nasza młodsza siostra (Kore-eda); Niewinne (Fontaine); Niewygodna prawda (Vanderbilt); Obecność 2 (Wan); Opiekun (Franco); Paterson (Jarmusch); Przyjaźń czy kochanie? (Stillman); Szefowa (Falcone); Szermierz (Härö); Zabójczyni (Hou); Zupełnie nowy testament (Dormael);  Żywioł. Deepwater Horizon (Berg).

BRĄZ
183 metry strachu (Collet-Serra); Anomalisa (Johnson), Boska Florence (Frears); Bridget Jones 3 (Maguire); Burn Burn Burn (Button); Cały ten cukier (Gameau); Carol (Haynes); Cuda z nieba (Riggen); Dama w vanie (Hynter); Dobra żona (Karanović); Dziewczyna z pociągu (Taylor); Egzamin (Mungiu); Gdzie jest Dory (Stanton); Głośniej od bomb (Trier); Ja, Daniel Blake (Loach); Joy (Russell), Kosmiczna jazda. Hau Hau, mamy problem (Ewlannikowa); Grimsby (Letterier); Komuna (Vinterberg); Królestwo (Perrin); Kwiat wiśni i czerwona fasola (Kawase); Lo i stało się. Zaduma nad światem w sieci (Herzog); Lolo (Delpy); Lucyfer (Berghe); Legion samobójców (Ayers); Modelka (Matthiesen); Miara człowieka (Brizé), Nerve (Joost); Nice Guys. Równi goście (Black); Nienawistna ósemka (Tarantino), Nie oddychaj (Alvarez); Nowy początek (Villeneuve); Plan Maggie (Miller); Pogromcy duchów (Feig); Sekretne życie zwierzaków domowych (Renaud); Serce pas (Anderson); Siostry (Moore); Spotlight (McCarthy); Sully (Eastwood); Ślepowidzenie (Vogt); Vaiana: Skarb oceanu (Clements); Syn Szawła (Nemes); Wstrząs (Landesman); Wojna (Lindholm); Zakładnik z Wall Street (Foster); Zanim się obudzę (Flanagan); Z daleka (Vigas); Złe mamuśki (Lucas); Zwierzogród (Howard).

ZŁOM
Absolutnie fantastyczne: Film (Fletcher); Angry Birds: Film (Kaytis); Ben-Hur (Bekmambetov); Blair Witch (Wingard); Creative Control (Dickinson);  Deadpool (Miller), Dzień niepodległości: Odrodzenie (Emmerich); Dziewczyna, która została królem (Kaurismaki); Dziewczyna z portretu (Hooper), Dzień matki (Marshall); El Clan (Trapero); Frankofonia (Sokurow); Lion. Droga do domu (Davis); Lobster (Lanthimos); High-Rise (Wheatley); Moja miłość (Maiwenn); Mustang (Ergüven); Na skrzyżowaniu wichrów (Helde); Nieznajoma dziewczyna (Dardenne/Dardenne); Neon Demon (Refn); Pasolini (Ferrara);  Sąsiedzi 2 (Stoller); Sausage Party (Vernon); Sekret w ich oczach (Ray); Szukając Kelly (Bidegain); Śmierć w Sarajewie (Tanović); Tarzan: Legenda (Yates); Tata kontra tata (Anders); Umrika (Nair); Widzę, widzę (Fiala); Zjawa (Iñarritu), Zoolander 2 (Stiller), Z podniesionym czołem (Bercot).

NIE OBEJRZAŁEM (POGRUBIONE TYTUŁY CHCĘ NADROBIĆ W PIERWSZEJ KOLEJNOŚCI):

Babka (Weitz); Bulwar (Montiel); Chevalier (Tsangari); Destrukcja (Vallee); Bang Gang (Husson); Batman vs Superman: Świt sprawiedliwości (Snyder); Fantastyczne zwierzęta i jak je znaleźć (Yates); Jason Bourne (Greengrass); Kamienne pięści (Jakubowicz); Królowa pustyni (Herzog); Mając 17 lat (Techine); Morgan (Scott); Osobliwy dom pani Peregrine (Burton); Ouija: Narodziny zła (Flanagan); Pasażerowie (Tyldum); Siedmiu wspaniałych (Fuqua); Snowden (Stone); Udar słoneczny (Michałkow); Zagubieni (Zelenka).

PONIŻEJ ZAMIESZCZAM KAPSUŁKOWE RECENZJE FILMÓW Z PIERWSZEJ DZIESIĄTKI:

1. NIENASYCENI (Luca Guadagnino)
Ogromne zaskoczenie: po nieprzekonującym "Jestem miłością" i po lekturze streszczenia nowego filmu spodziewałem się wszystkiego najgorszego. "Nienasyceni" wymknęli się jednak wszelkim oczekiwaniom: to, co w materiałach prasowych wyglądało na odgrzewany euro-pudding na prefabrykatach z Antonioniego, na ekranie ożyło z rezultatem wręcz elektryzującym -- i to zarówno dzięki reżyserii, montażowi, jak i wspaniałej stawce aktorskiej (z Ralphem Fiennesem na czele). Ten zmysłowy, nieprzewidywalny, na przemian rozleniwiony i gorączkowy melodramat o prażących się w włoskim słońcu uprzywilejowanych dzieciach wyczerpanej kontrkultury jest jednocześnie dowcipny i głęboko przejmujący. Scena, w której Ralph Fiennes i Tilda Swinton w intymnym zwarciu nagle zdają sobie sprawę z tego, że ich miłość uległa wypaleniu i dalszego ciągu nie będzie, zasługuje na wszelkie nagrody. "Nienasyceni" to mój faworyt roku 2016 w polskich kinach.
2. POKÓJ (Lenny Abrahamson)
Powieść Emmy Donoghue była dość ryzykowna: historia Josefa Fritzla została przez autorkę potraktowana jako znaleziona metafora zniewolenia i pułapek wolności, a następnie przetworzona w subtelnie freudowską alegorię macierzyństwa (pokój jako łono, etc.). Abrahamson, który od dawna interesuje się bohaterami na różny sposób wyizolowanymi (ostre ćpanie w "Adamie i Paulu", upośledzenie w "Garażu", specyficzny autyzm we "Franku") wybrał idealny materiał do adaptacji, zmieniając całość w jedyny w swoim rodzaju macierzyński thriller filozoficzny, z genialnymi rolami oscarowej Brie Larson i dorównującego jej kroku w każdej scenie Jacoba Trembleya. Film ma nietypową strukturę z totalną przewrotką w połowie, świadomie omija rafy pornograficznej fascynacji psychopatyczną przemocą i dość niespodziewanie staje się współczesną baśnią o porwaniu księżniczki i o tym, jak język wyznacza granice naszego świata. Nieczęsto zdarza się dzieło jednocześnie tak autorskie i tak w najlepszym sensie tego słowa popularne; "Pokojowi" udało się to z nawiązką.
3. BONE TOMAHAWK (S. Craig Zahler)
To symptomatyczne, że w roku, w którym Quentin Tarantino potrzebował 44 milionów dolarów, by nakręcić kameralną (i najsłabszą w swojej karierze) "Nienawistną ósemkę", muzyk i powieściopisarz Zahler zrobił swój ultra-niezależny slashero-western za jedyne 1.8 miliona. I zwyciężył. Film nie tylko wygląda rewelacyjnie (mimo bida-budżetu), ale na dodatek jest genialnie zagrany przez Kurta Russella, Patricka Wilsona, Richarda Jenkinsa i Matthew Foxa. W czasie, kiedy amerykańskie horrory posiłkują się głównie nachalną muzyką i rozbudowanymi efektami CGI, Zahler rezygnuje z jednego i drugiego, stawiając na dialog, postać, atmosferę i powolne prowadzenie akcji. Pióro i ucho ma fantastyczne (Jenkins nazwał go "geniuszem dialogu"), a gdzieś pod całą masakrą i posoką zajmują go ludzkie uczucia i wartości testowane w sytuacjach ekstremalnych. Zapytany o ulubionych filmowców, Zahler mówi o Kieślowskim, Kitano i Cassavetesie. To trio to najlepszy możliwy klucz do zrozumienia jego wrażliwości: uduchowionego, heavy-metalowego trickstera, który pojechał na rancho pod Los Angeles i nakręcił dokładnie taki niezależny film, jaki sobie wymarzył. Brawo.
4. NAWET GÓRY PRZEMINĄ (Zhangke Jia)
Chiny są blisko. Poetycka zaduma Jii nad globalizacją i zmieniającym się na naszych oczach supermocarstwem jest czymś naprawdę niezwykłym, zwłaszcza dzięki ostatniemu aktowi. Nostalgia i futurologia splatają się w delikatną pajęczynę, snutą na naszych oczach tak subtelnie, że dopiero po seansie zdajemy sobie sprawę z tego, że Jia nakręcił elegię dla świata, jakim go znamy -- mimo że tytuł podpowiada to od samego początku.
5. SŁUŻĄCA (Park Chan-Wook)
Szkatułkowa powiastka erotyczna "koreańskiego Tarantino" wygląda trochę tak, jakby nieznane opowiadanie Henry'ego Jamesa przeniósł na ekran Walerian Borowczyk. Klasowe i etniczne podziały, bezwzględny patriarchat, pornograficzne wieczorki obleśnych starców i lepka sieć wielopiętrowej intrygi -- a pośród tego wszystkiego rodząca się wbrew wszystkiemu miłość, wybrzmiewająca w finale nie tylko tryumfalną nutą udanej zemsty (ulubiony motyw Parka), ale i delikatnym dzwonieniem, dobywającym się z wnętrza splecionych w uścisku, niesionych nocną falą ciał. Arcydzieło formy i zarazem najbardziej perwersyjny bodaj film, jaki nakręcono w obronie niewinności.
6. PRZEŁĘCZ OCALONYCH (Mel Gibson)
Mniej interesuje mnie to, że Gibson jest prorokiem popkultury (bo zwrot ku chrześcijańskiej duchowości jest czymś, co moim zdaniem będziemy obserwować w lawinowo rosnącej liczbie filmów następnych lat). Bardziej zachwyca mnie jego reżyserska ręka: nie tylko dał role życia Andrew Garfieldowi i Vince'owi Vaughnowi (który powinien zgarnąć oscarową nominację za drugi plan), ale i stworzył kinetyczny balet śmierci o niezrównanym stopniu intensywności. Dusza tego filmu jest rozdarta między miłosierdziem a gwałtem zadawanym ciału tak samo, jak rozdarta jest zapewne dusza Gibsona -- i przy okazji sama ludzka natura. W poście wystukanym na telefonie po seansie zanotowałem, że "Hacksaw Ridge" to "Idź i patrz" wyreżyserowane przez Johna Woo; teraz widzę, że to także nowa "Harfa birmańska", nakręcona przez obdarzonego absolutnym filmowym słuchem katolickiego macho-męczennika i anty-Cronenberga w jednym: podczas gdy Cronenberg rozrywa flaki, by obnażyć humanizm jako ułudę, Gibson robi to niczym obłędny średniowieczny chirurg -- w poszukiwaniu duszy. [Ostrzeżenie: film nie na wszystkie żołądki]
7. KOSMOS (Andrzej Żuławski)
Kino nigdy nie polubiło się z Gombrowiczem -- póki nie wyswatał ich ze sobą Żuławski w "Kosmosie" i nagle zaiskrzyło. Testament, traktat, ale i wyreżyserowana z werwą komedia, którą w pijanym widzie można by wziąć za ekscentryczną błahostkę, gdyby nie fakt, że tematem jest ludzki umysł jako maszyna do produkowania sensów i udręk. Ostatnie, autotematyczne ujęcia ekipy filmowej przy pracy wybrzmiewają szczególną melancholią u reżysera, który w ostatnich dwóch dekadach życia nie pracował tak często, jak powinien.
8. WYZNANIA NASTOLATKI (Marielle Heller)
Ta pomysłowa fuzja komiksu i dziewczyńskiego pamiętnika to jeden z bardziej przekonujących portretów pierwszej namiętności, wreszcie opowiedzianej z perspektywy młodej kobiety. W tle ciepłe światło zachodzącego słońca kontrkultury San Francisco, a w roli głównej wielkookie objawienie na miarę młodej Lizy Minnelli, czyli Bel Powley. Film z 2015 roku do nas trafił w roku bieżącym -- i stąd jego obecność na liście tegorocznej.
9. HARDCORE HENRY (Ilia Naishuller)
Najbardziej eksperymentalny formalnie film akcji od "Dystryktu 9" umieszcza 33-letniego debiutanta Naishullera w tej samej tradycji, którą stworzył jego krajan Dziga Wiertow mniej więcej stulecie temu: "Hardcore Henry" to eksperyment filmowy i percepcyjny jednocześnie. Narracja prowadzona w całości z perspektywy głównego bohatera to sen śniony przez kino co najmniej od czasu "Lady in the Lake" z 1947 roku, ale to, co robi z tym konceptem Naishuller, po prostu rozsadza ekran. FIlm jest jednocześnie nihilistyczną beczką filmowego prochu, eksplodującą nowym fajerwerkiem co 2-3 minuty, jak i wodewilowym cyrkiem z kilkunastoma wcieleniami Sharlto Copleya i z niebanalnym portretem postkomunistycznego syfu współczesnej Moskwy w tle. Arcydzieło, które będzie studiowane w szkołach filmowych następnych dekad i zarazem jedna z najintensywniejszych filmowych jazd roku 2016.
10. KAPITAN AMERYKA: WOJNA BOHATERÓW (Russo)
Najlepszy marvelowski film, jaki widziałem -- i najzwięźlejsza metafora konfliktów ideologicznych, jakie rozrywają nasz świat. W kategorii precyzji wielkiego widowiska i reżyserii poszczególnych scen akcji nic KAPITANA AMERYKI w tym roku nie prześcignęło. W każdej sekundzie widziałem dokładnie, co się dzieje, kto jest kim, kto gdzie stoi i kto kim (lub czym) miota. Do tego wszystkiego wiarygodnie zarysowane portrety psychologiczne wszystkich (super)bohaterów. Tour de force.

5 grudnia 2016

Rozmowa (1974, Coppola)



W nowym Reaction Shocie na Filmwebie wracam do nagrodzonej Złotą Palmą Rozmowy Francisa Forda Coppoli. Zapraszam do lektury; tekst jest tutaj.

28 lipca 2016