2 stycznia 2018

Podsumowanie 2017



[UWAGA: Obejrzałem w tym roku kilka polskich filmów, które w mojej opinii zasługują na kategorię „złom”. Ze względu na newralgiczny moment w rozwoju polskiej kinematografii i niepewność co do dalszych kierunków zachodzących w niej zmian, postanowiłem nie wpisywać tych filmów na listę. Mam wrażenie, że wskazywanie palcem tych filmów najsłabszych nie przysłużyłoby się prowadzonej obecnie debacie, w której priorytetem powinien być pluralizm i wolność wypowiedzi artystycznej – i nie chciałbym, by moje subiektywne artystyczne oceny służyły za amunicję dla którejś ze stron sporu.]

ZŁOTO

1. Sieranevada (Puiu)
2. Moonlight (Jenkins)
3. Śmierć Ludwika XIV (Serra)
4. Logan: Wolverine (Mangold)
5. Bracia Lumiere! (Frémaux)
6. Cmentarz wspaniałości (Weerasethakul)
7. Z dala od orkiestry (Lewandowski)
8. Manifesto (Rosefeldt)
9. Serce miłości (Ronduda)
10. The Florida Project (Baker)

11. Twin Peaks (Lynch, HBO)
12. Klient (Farhadi)
13. W pionie (Guiraudie)
14. Christine (Campos, VOD)
15. Manchester by the Sea (Lonergan)
16. Mudbound (Rees, Netflix)
17. Mali mężczyźni (Sachs)
18. Listy z Rosji (Kostrzewski, TVP1)
19. Elle (Verhoeven)
20. Nie jestem twoim murzynem (Peck)

21. Najlepszy (Palkowski)
22. Photon (Leto)
23. Człowiek z magicznym pudełkiem (Kox)
24. Toni Erdmann (Ade)
25. Płoty (Washington, VOD)
26. Mięso (Ducournau)
27. Jim & Andy: The Great Beyond (Smith, Netflix)
28. Dunkierka (Nolan)
29. Carrie Fisher i Debbie Reynolds prywatnie (Stevens/Bloom, HBO)
30. Butterfly Kisses (Kapeliński)


SREBRO
21xNowy Jork (Stasik); Aquarius (Filho); Auta 3 (Fee); Beksińscy. Album wideofoniczny (Borchardt); Captain Fantastic (Ross); Cicha noc (Domalewski); Coco (Unkrich); Czerwony żółw (De Wit); Gwiezdne wojny: Ostatni Jedi (Johnson); Kobieta, która odeszła (Diaz); Kot Bob i ja (Spottiswoode); Inxeba. Zakazana ścieżka (Trengove); John Wick 2 (Stahelski); Kedi – sekretne życie kotów (Torun); Lego Batman: Film (McKay); Louise nad morzem (Laguoinie); Mr. Gaga (Heymann); Na pokuszenie (Coppola); Nazywam się Cukinia (Barras); Okja (Bong, Netflix); Opowieści o rodzinie Meyerowitz (utwory wybrane) (Baumbach, Netflix); Piękny kraj (Lee); Po tamtej stronie (Kaurismaki); Przy Planty 7/9 (Jaskulski); Połaskotany (Farrier/Reeve, HBO); Przeżyć: Metoda Houellebeqa (Hagers); Spielberg (Lacy, HBO); Split (Shyamalan); Sztuka kochania. Historia Michaliny Wisłockiej (Sadowska); Safari (Seidl); Spider-Man: Homecoming (Watts); Baby Driver (Wright); Szwedzka teoria miłości (Gandini); The Square (Ostlund); To (Muschietti); Uciekaj! (Peele); Wonder Woman (Jenkins); Zwariować ze szczęścia (Virzi)

BRĄZ
A Ghost Story (Lowery); American Honey (Arnold); Ana, mon amour (Netzer); Azyl (Caro); Biegacze (Borowski); Blade Runner 2049 (Villeneuve); Botoks (Vega); Dobrze się kłamie w miłym towarzystwie (Genovese); Honorowy obywatel (Duprat); Ja, Olga Hepnarova (Kazda); Kobieta z lodu (Slama); Konwój (Żak); Kłamstwo (Jackson); Kong: Wyspa czaszki (Vogt-Roberts); Konstytutcja (Grlić); Król rozrywki (Gracey); Królewicz olch (Czekaj); La La Land (Chazelle); Lady M. (Oldroyd); Las, 4 rano (Kolski); Liga sprawiedliwości (Snyder); Maria Skłodowska-Curie (Noelle); Matka (Koussar); McImperium (Hancock); Milczenie (Scorsese); Młynarski: Piosenka finałowa (Albrecht); Mother! (Arronofsky); Odwet (England); Paryż może poczekać (Coppola); Paryż na bosaka (Abel); Personal Shopper (Assayas); Piękna i bestia (Condon); Podwójny kochanek (Ozon); Pokot (Holland/Adamik); Powidoki (Wajda); Ptaki śpiewają w Kigali (Krauze/Krauze); Sing (Jennings); To przychodzi po zmroku (Shults); Twój Vincent (Kobiela/Welchman); Ukryte działania (Melfi); Wielki mur (Yimou); Wściekłość (Węgrzyn); Wyklęty (Łęcki); Zabicie świętego jelenia (Lanthimos); Zaginione miasto Z (Gray, VOD); Zło we mnie (Perkins); Zud (Minorowicz); Zwyczajna dziewczyna (Scherfig).

ZŁOM

Amerykańska sielanka (McGregor); Bright (Ayers); Ciemniejsza strona Greya (Foley); Dlaczego on? (Hamburg); Długi marsz Billy’ego Lynna (Lee, VOD); Ghost in the Shell (Sanders); Jackie (Larrain); Lekarstwo na życie (Verbinski); Martwe wody (Dumont); Na karuzeli życia (Allen); Obcy: Przymierze (Scott); Pożegnanie z Europą (Schrader); Song to Song (Malick); Suburbicon (Clooney); T2: Trainspotting (Boyle); To tylko koniec świata (Dolan); Złe mamuśki 2: Jak przetrwać święta (Lucas).

INTERESUJĄCE FILMY, KTÓRYCH NIE WIDZIAŁEM


Baywatch. Słoneczny patrol (Gordon); Borg/McEnroe (Metz); Dalida. Skazana na miłość (Azuelos);\; Carrie Pillby (Johnson); Chata (Hazeldine); Emotki: Film (Leondis); Fantastyczna kobieta (Lelio); Frantz (Ozon); Goodbye Berlin (Akin); Jonathan (Lewandowski); Jumanji: Przygoda w dżungli (Kasdan); Łagodna (Łoźnica); Maudie (Walsh); Mężczyzna imieniem Ove (Holm); Morderstwo w Hotelu Hilton (Saleh); Nieprawi (Sitaru); Olli Maki. Najszczęśliwszy dzień jego życia (Kuosmanen); Ostatnie dni miasta (Said); Park (Exarchou); Patty Cake$ (Jasper); Pierwszy śnieg (Alfredson); Porto (Klinger); Powiernik królowej (Frears); Szybcy i wściekli 8 (Gray); Tarapaty (Karwowska); Thor: Ragnarok (Waititi); Tom of Finland (Karukoski); W sieci (Kim); Wojna o Planetę Małp (Reeves); Wszyscy moi mężczyźni (Meyers-Shyer).

22 listopada 2017

4 listopada 2017

Matka! (2017, Aronofsky)

Konia z rzędem temu, kto podsumuje MATKĘ! jednym zdaniem. Ten gnostycki body-horror o unikalnej, anty-komercyjnej strukturze (najpierw mamy thriller mrugający do "trylogii apartamentowej" Polańskiego, potem czysto surrealistyczny koszmar, a w końcu wizyjne kino wyjaśniające sens stworzenia wedle wykładni, która przyprawiłaby Terrence'a Malicka o zawał serca) może nie być filmem spełnionym, ale jest filmem żywym -- intuicyjnie podłączonym do zeitgeistu naszej dekady w sposób niepozwalający na zignorowanie całości ani jako kaprysu, ani jako manipulacji.
*ODTĄD JUŻ SPOILERY*
MATKA! nie jest manipulacją, bo jest filmem jawnie intuicyjnym -- osobiście wierzę w 100% w deklaracje Aronofsky'ego, który mówi w wywiadach, że scenariusz napisał "nagle", w trakcie 5-dniowego odosobnienia, i że ten tekst "po prostu [z niego] wyskoczył" ("Sight & Sound", 10/2017). W podobnym trybie powstawał swego czasu TAKSÓWKARZ Paula Schredera: tekst, który zaowocował arcydziełem Scorsese, idealnie wyrażającym trawiący Amerykę konflikt agresywnego libertynizmu i zbrojącego się po zęby konserwatyzmu, który kilka lat później wyniósł do władzy Ronalda Reagana.
Z tym, że o ile Schreader pisał jako udręczony seksualnymi represjami, jurny kalwinista-purytanin wpuszczony do Hollywoodzkiego Babilonu na tzw. używanie, o tyle Aronofsky wychodzi z zupełnie innego backgroundu: jako zlaicyzowany nowojorski Żyd o gnostyckim światopoglądzie (któremu dał w pełni wyraz już w debiutanckim PI), daje nam film o jednostce ludzkiej wystawionej na łaskę i niełaskę narcystycznego, głupiego i zachłannego Boga.
Nie jest przypadkiem, że scenariusz MATKI! powstał już po rozstaniu reżysera z wybitną aktorką Rachel Weisz; nie jest przypadkiem, że Aronofsky jest obecnie ojcem 11-latka i że sam dobija pięćdziesiątki -- a jego obecną partnerką jest grająca w MATCE! okrutnie wymagającą rolę główną Jennifer Lawrence. Upozowując Javiera Bardema na narcystycznego poetę-proroka (przymiarką do tej postaci był Vincent Cassel w CZARNYM ŁABĘDZIU), Aronofsky tworzy swój własny, głęboko ironiczny autoportret -- jednocześnie rozpoznając kobietę jako prawdziwą kreatywną siłę we wszechświecie, przy której intuicji, przenikliwości spojrzenia (bohaterka Lawrence widzi przez ściany i dostrzega element organiczny w architekturze) i gwarantowanej przez biologię zdolności dawania życia, mężczyzna może albo się schować do mysiej dziury, albo wybrać mizoginiczną agresję.
Bo o tym ten film jest: o mężczyźnie, który nienawidzi kobiety i stara się ją za wszelką cenę uziemić, bo podskórnie czuje jak kosmicznie słaby jest w porównaniu z nią. Aronofsky pokazuje seksualnie aktywną i spełnioną parę Eda Harrisa i Michelle Pfeiffer, jednocześnie obdarzając ich synami w postaci Kaina i Abla (jeden zabija drugiego) -- w jego świecie bowiem tradycyjny model rodziny nie jest w stanie zapobiec przemocy i destrukcji, a kobietę (mimo seksualnego spełnienia) skazuje na alkoholizm i lekomanię (bohaterka Pfeiffer).
Bohaterka Lawrence zaczyna więc film od dokonania banalnego, czysto konsumenckiego wyboru, sytuującego ją jako "strażniczkę ogniska": jakiego koloru mają być ściany naszego domu? Bardziej biel, czy bardziej skorupka jajka...? Jest to reżyserski dowcip, bo cała druga połowa filmu ujawni kruchość domostwa, jego przepuszczalność: w drugiej godzinie, sproszone przez niefrasobliwego i pragnącego rzędu dusz gospodarza ludzkie hordy zmienią wielki dom w prawdziwą strefę wojny (realizacyjnie to właśnie te sekwencje są największym majstersztykiem, sugerującym jakiś zapomniany pomysł Buñuela, nakręcony z maestrią i taktylnością Cuaróna). Koniec końców bohaterka jest ograbiona z wszystkiego: z domu, z godności, z owocu własnego łona, z ciała i życia, a także z (symbolizowanej dość naiwnie przez połyskujący kryształ) samej istoty kobiecości, którą Javier-Bóg czci, hołubi i która tak naprawdę stanowi źródło jego siły.
Przyznając MATCE! sześć punktów na dziesięć, jak uczyniłem to wczoraj, wytaczając się cały w siniakach po seansie w Arkadii na Filmwebie, robię unik. Czuję, że ten film nie do końca działa i że na poziomie anegdoty jest kolejną płytką gnostycką fantazją w typie CZARNEGO ŁABĘDZIA (a gnoza jest mi głęboko obca, bo wierzę w miłosierdzie jako żywioł mocniejszy od samowiedzy). Ale dzięki genialnej filmowej robocie i dzięki pomysłowi z ludzką masą anektującą przytulne domostwo "górnego 1%", MATKA! uzyskuje walor filmu prawdziwie intuicyjnego, trzewiowego i wnikającego pod skórę wbrew niedoskonałościom samego twórcy. Jeśli poprzedni film reżysera, NOE, był o tym, że potop puka do naszych drzwi, to MATKA! jest o tym, że potop już tu jest -- w progach naszego mieszkania -- tyle że go jeszcze nie dostrzegamy, pochłonięci odgrywaniem ról rozpisanych dla nas przez Kogoś, kto (zdaniem Aronofsky'ego) wcale nie chce naszego dobra, a jedynie potrzebuje nas, by nasycić się naszym dymiącym jeszcze mięsem.
Ocena: 6/10

6 października 2017

Blade Runner 2049 (2017, Villeneuve)


BLADE RUNNER 2049 jest filmem Denisa Villeneuve'a -- i Wasza reakcja na ten sequel będzie zależeć od tego, jak reagowaliście na poprzednie tytuły w jego filmografii.
Jeśli jego mieszanka moralnej powagi, wizualnej bombastyczności, celowego spowolnienia akcji i wypowiadania fabuły sylaba-po-sylabie-po-sylabie jest czymś, co Was kręci -- to ten film jest dla Was.
Ja niestety nie potrafię się przyłączyć do pochwalnego chóru. Kultowy film Ridleya Scotta z 1982 roku był fabularnie dziurawy, ale jednego odmówić mu nie było można: pod względem wizualnym było to absolutne wykopanie poprzeczki na nowe pułapy mistrzostwa. Składniki świata pierwszego ŁOWCY analizowano już po wielokroć i wszyscy dobrze pamiętamy, że mieszały się w tej zupie wpływy METROPOLIS Langa, amerykańskiego noiru, neonowych lat 1970-tych i rodzącego się wideoklipu (montaż sceny miłosnej między Dekardem a Rachael). Była biblia, był Dick, była punkowa Daryl Hannah z udami-obcęgami i był nieziemsko dziwny Rutger Hauer jako zbok, psychol i mesjasz w jednym. Cokolwiek by o tamtym filmie nie powiedzieć, wszystkie te elementy stopiły się w nową i powalającą zmysły wizję. (Swoją drogą, wizję w swej relatywnej Azjo-fobii dość problematyczną z dzisiejszej perspektywy: dlaczego właściwie zalew skośnookiego tłumu został tam skojarzony z upadkiem cywilizacji...?)
A Villeneuve...? Doceniam, że nowy BLADE RUNNER poszerza świat pierwszego filmu (choćby o takie detale, jak padający śnieg i pojawiająca się na neonach cyrylica); że nadbudowuje wątki i nie zadowala się wyłącznie nostalgią. Ale nie dam sobie wmówić, że tych 163 minut nie dało się trochę ściąć (zwłaszcza, kiedy dochodzimy do dość żenująco dickensowskiej sceny w sierocińcu -- co to ma być? OLIVER TWIST?). Ani też, że wszystkie zbliżenia twarzy Goslinga w miarę, jak tuła się po Los Angeles i okolicach patrząc w przestrzeń, były absolutnie niezbędne. Nie rozumiem też, dlaczego najważniejsze zadanie bohatera Goslinga, jakim w pierwszej połowie jest wytropienie pewnego szczególnego androida, zostaje tak niewiarygodnie rozwiązane w scenie, w której informuje on swoją szefową o wykonaniu misji -- a ona nie prosi nawet o dowód tego, że faktycznie się ona powiodła (wcześniej mówiła, że istnienie owego androida "może zniszczyć świat, jakim go znamy").
Skupiając się na kwestii prokreacji i płodności replikantów -- na pragnieniu, by ich egzystencja uzyskała wymiar stwórczy i biologiczny -- nowy BLADE RUNNER podąża ciekawym tropem, nawet jeśli pobrzmiewającym LUDZKIMI DZIECI. Najbardziej podobała mi się scena w opuszczonym barze w Las Vegas, z cyfrowymi powidokami ikon pop-kultury sprzed ery cyfrowej (Elvis, Marilyn, Liberace, Sinatra), rozpływającymi się w rozpikselowany majak śladem samego dojrzałego kapitalizmu.
Zakrawa na ironię, że ŁOWCA ANDROIDÓW Scotta powstał w momencie, kiedy w Hollywood pojawiły się pierwsze filmy nostalgicznie wskrzeszające kino lat 40-tych (a zwłaszcza noir) jako ćwiczenie w wizualnym stylu wypranym z głębi (ZŁODZIEJ Manna, ŻAR CIAŁA Kasdana, LISTONOSZ ZAWSZE DZWONI DWA RAZY Rafelsona). I oto jesteśmy my, starsi o trzy i pół dekady -- a przedmiotem nostalgii staje się kino wczesnych lat osiemdziesiątych. Nic dziwnego, operacją najtrudniejszą w jego wskrzeszaniu jest to samo, o czym wciąż bezskutecznie śni większość androidów: zaszczepienie wyrafinowanemu technicznie produktowi czegoś w rodzaju duszy.
Moja ocena: 5/10