Ocena: ***
Ilekroć widać na ekranie brytyjskie doły społeczne, od razu słyszymy (wypowiadane na zasadzie odruchu bezwarunkowego) porównania z Loachem i Leigh. Ale Fish Tank (2009) Andrei Arnold – mimo że sam zdążył rzeczonych porównań się doczekać – nie ma ze stylistyką Loacha prawie nic wspólnego, a od Leigh dzielą go lata świetlne.
Arnold jest za to zadłużona po uszy u braci Dardenne. Równie niechętnie sięga po dialog jako nośnik informacji fabularnych. Równie mocno polega na drobiazgowej obserwacji głównej bohaterki. Równie chętnie korzysta z symboli w obrębie świata przedstawionego (biały koń na łańcuchu, schwytanie ryby, etc.). I przede wszystkim równie chętnie czyni ze swej bohaterki enigmę, której rozszyfrowanie jest możliwe tylko przez kumulację zaobserwowanych szczegółów (popisowa była pod tym względem Rosetta [1999] Dardenne’ów; Arnold musiała bardzo uważnie przestudiować ten film, bo już wcześniejszą Red Road [2007] oparła na podobnym schemacie).
Temat Fish Tanka jest tak klarowny, że dodatkowe eksponowanie go nawet w tytule filmu zakrawa na nachalność: jest nim mianowicie niewola (fish tank to duże akwarium). Główna bohaterka filmu, Mia (Katie Jarvis), jest uwięziona w swej rozbitej rodzinie, tak jak uwięziony jest biały koń, którego dziewczyna usilnie próbuje uwolnić. Uwięziona (i zabita) zostaje też złapana w rzece ryba.
Tak jak próba uwolnienia konia jest gestem w gruncie rzeczy bezmyślnym (gdzie niby miałby uciec po zerwaniu łańcucha…? na sąsiadujący ze złomowiskiem parking…?), tak i chwilowy bunt przeciw matce – seks z jej nowym chłopakiem – okaże się katastrofalny w skutkach. Dzięki fantastycznej roli Michaela Fassbendera w roli kochanka matki (jego Connor jest czarusiem, ale potrafi być ciepły i opiekuńczy) – całkowicie wierzymy w zauroczenie Katie, a jednocześnie jesteśmy od niej o krok do przodu – nie chcemy, by pakowała się w kłopoty z tym facetem.
Mia buntuje się negatywnie (bije, krzyczy, klnie, niszczy, porywa małą dziewczynkę), ale cały film jest w istocie o narodzinach buntu pozytywnego: finałowa decyzja o nieprzystąpieniu do pewnego biznesu i o wyjeździe z miłym chłopakiem z sąsiedztwa – to jest dopiero odwaga! I zarazem ucieczka (akwarium zostaje niejako rozbite).
Arnold ma skłonność do nachalnych konkluzji (Red Road sypało się od momentu, w którym tajemnica motywacji głównej bohaterki została wyjaśniona kluczem melodramatu macierzyńskiego). W Fish Tanku ta skłonność zostaje przynajmniej częściowo pohamowana, co sprawia że film jest koniec końców satysfakcjonujący. Scena pojednania (to pewnie za duże słowo) między Mią a jej matką, w której taniec zastępuje słowa, to ukłon w stronę czystej kreacji – umiem sobie wyobrazić podobną scenę u Hala Hartleya, ale przenigdy u Loacha. Oczywiście Arnold ułatwia sobie koniec końców sprawę, bo nie wieńczy tej sceny żadną konkluzją, tylko tnie do następnej i dzięki temu nie musi mierzyć się z pytaniem, co było, kiedy taniec się skończył.
Tak czy inaczej: Fish Tank to przykład filmu niezwykle dojrzałego stylistycznie i myślowo, którego fundamentami są ciekawość drugiego człowieka i współczucie. To już bardzo dużo.

