Sklep za rogiem (1940) Lubitscha to film, który nietrudno kochać. Jak dowiódł jego nieudany remake, jest to wręcz film, który łatwo pokochać zanadto. Dziś jednak nie będzie o Lubitschu na ekranie, tylko o tym, że Lubitsch potrafi się nam przytrafić w życiu codziennym.
Kto mieszka w Polsce, ten może obserwować postępującą erozję więzi międzyobywatelskich nawet wychodząc z domu po gazetę. Ludzie warczą na siebie; skaczą sobie do oczu; panie w okienku pocztowym nienawidzą klientów, a klienci nienawidzą pań w okienku (siebie nawzajem też, bo przecież „pan nie ma tego numerka!”).
Co za ulga zawitać do sklepu w którym atmosfera panuje przyjazna; który niedostatek metrażu nadrabia kompetencją sprzedawców – i w którym najzwyczajniej w świecie chce się przebywać. „Fotel…” nigdy nie angażował się w reklamę; przede wszystkim dlatego, że mało jest rzeczy na tym świecie, które naprawdę by nią zasługiwały (a wiele z tych, które zasługują, są niedostępne w Polsce – jak to tutaj cudo cukiernictwa).
Ale dziś odwiedziłem sklep z artykułami komputerowymi MegaBit na ulicy Św. Gertrudy w Krakowie i nie waham się powiedzieć, że swojego prywatnego Oscara w kategorii „najmilsza obsługa” przyznaję właśnie jemu. Za ladą jest (tak zakładam, choć mogę się mylić) cała rodzina: ojciec, matka, syn. Kompetentni, uśmiechnięci, serdeczni. Ceny bardzo rozsądne.
Taki Lubitschowski „sklep za rogiem” właśnie. Co więcej, ze strony internetowej wynika, że właścicielem jest niejaki pan Maciuszek! (U Lubitscha szef sklepu nazywał się Matuschek).
Polecam wszystkim, którzy są zmęczeni wizytami na pocztach rodem z Ataku na posterunek 13 (1976), w supermarketach wyjętych ze Świtu żywych trupów (1978) i w urzędach objętych zbiorowym patronatem św. Stanisława Barei.
Zachęcam do komentowania i porównywania odwiedzonych przez siebie przybytków do obejrzanych filmów: na plus i na minus!
A tu, dla przypomnienia, Lubitsch:

