Pokazywanie postów oznaczonych etykietą star trek abrams. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą star trek abrams. Pokaż wszystkie posty

14 maja 2009

"Star Trek" (2009, J.J. Abrams)


Nowy Star Trek (2009) jest tak dobry, że po projekcji przeszły mnie ciarki – a przecież spodziewałem się po J.J. Abramsie wszystkiego najgorszego! Byłem pewien, że telewizyjne nawyki z „Zagubionych” go po prostu – ekhm – zgubią. Tymczasem film tryska świeżością i energią; dopiero na jego tle widać, jakim filmowym zdechlakiem była adaptacja Strażników (2009): nadęta i martwa, bo pozbawiona ciekawych interakcji między bohaterami.

Film jest prequelem do serii, więc nie dziwi, że jego głównym tematem jest edukacja. Nowy Star Trek przeciwstawia sobie dwie postawy wobec systemu edukacji: podległą w postaci Spocka (Zachary Quinto) i pełną dezynwoltury w przypadku Jima T. Kirka (Chris Pine). Spock tak przygotowuje testy, by nie dało się ich zdać pomyślnie; Kirk łamie reguły tak skutecznie, że zdaje za każdym razem. Ten film jest niezbędnym przypisem do cyklu, bo wreszcie widzimy Kirka jako autentycznego narwańca. Jako mały chłopiec mknie po bezdrożach Iowy w jednej ze scen początkowych (zastanawiająco podobnej do otwarcia Indiany Jonesa i Królestwa Kryształowej Czaszki [2008], swoją drogą). Zawrotne tempo, jakie sobie narzucają i Kirk, i Abrams, nie słabnie aż do końca filmu. W jednej ze scen Scottie (ciut za sprytnie obsadzony Simon Pegg) uspokaja przed teleportacją: „Znajdziecie się gdzieś na uboczu”, po czym teleportowani lądują wprost pod nosem wroga – i zaczyna się walka. Tak jest z całym filmem. Nie daje nam czasu na nudę i podchody. Porywa nas i od razu przechodzi w „warp speed”.

Niektórzy pewnie nazwą Strażników ostatnią superprodukcją ery Busha Juniora. W takiej optyce (stojącej na bakier z kalendarzem, ale nie o cyfry w mitotwórstwie chodzi), Star Trek musi się jawić jako pierwsza udana superprodukcja ery Obamy – nastawiona na młodość i „zmianę” do tego stopnia, że sakramentalna formuła o „pokonywaniu nowych granic”, od której zaczynał się serial, tutaj pada na końcu – i brzmi jak obietnica.

Jeśli jednak faktycznie ten Star Trek ma jakiś potencjał polityczny i "zmiana" jest w nim obecna, to dzieje się tak za sprawą urody Chrisa Pine’a i Zachary’ego Quinto – nawet nie tyle urody ich samych (nigdy nie wiadomo, ile w Hollywood nałożą człowiekowi pudru), ale urody wykreowanej na potrzeby tego filmu przez majstrów od kostiumów i charakteryzacji. Obydwaj bohaterzy jawią się na ekranie jako cudownie młodzi. Nie tylko oni zresztą. Kiedy Czechow (Anton Jelczin) mówi nagle, że ma 17 lat, jest to tak szokujące, że dopiero wówczas uświadamiamy sobie, że młodość (ściśle związana z edukacją) jest centrum całego filmu. Młodość i obietnica. „Enterpreise”, ptasi statek z przerośniętym mózgiem w kształcie dysku – symbol postępu i wytrwałości – nagle staje się na powrót symbolem nadziei i uporu, których Ameryka tak bardzo potrzebuje. Czekam na sequel do tego prequela!