23 stycznia 2010

Paranormal Activity (2007, Peli)



Paradoks: wszyscy w Polsce chwalą Avatara (2009) pomimo scenariuszowych niedoskonałości; kiedy jednak pojawia się film napisany bezbłędnie, tyle że bez przyczepionego IMAX-a i CGI za ćwierć miliarda dolarów, dostaje mu się po głowie – bo jest „nudny”, „kiepsko zrobiony” i przypomina „korelat YouTube” (?). Mowa oczywiście o Paranormal Activity (2007) Orena Peliego; filmie, który red. Piotra Dobrego z portalu Esensja.com sprowokował do mrocznej notki:

Zygmunt Kałużyński nauczył mnie szacunku do kina. Nauczył odbierania filmu jako przeżycia (emocjonalnego, intelektualnego, estetycznego), w którym niebagatelny udział mają takie składowe jak aktorstwo, reżyseria, zdjęcia, scenografia czy montaż. I jeśli Kałużyński nazywał „Blair Witch Project” „horrorem bez horroru”, to jakie określenie zastosować wobec jeszcze uboższego w treść i formę „Paranormal Activity"?

Ubogi w treść i formę…? Zobaczmy.

Film Paranormal Activity (jak wcześniej Projekt: Monster [2008]) udaje prywatne wideo, zarekwirowane przez policję na potrzeby śledztwa. Rzecz dzieje się w słonecznej Kalifornii (San Diego), we wnętrzu ogromnego domu zamieszkałego przez parę trzydziestolatków: Katie (Katie Featherson) i Micah (Micah Sloat). Katie „studiuje” (czyta okazjonalnie podręcznik do literatury), a Micah tłucze kasę jako day-trader (dokonuje błyskawicznych transakcji zakupu/sprzedaży akcji, generując krótkoterminowe zyski).

Dom, jako się rzekło, jest ogromny. Plazma, basen, piętro. Katie i Micah nadmuchują z pasją bańkę spekulacyjną, która wybuchnie za rok (film powstał w 2007, ale wszedł na ekrany już po kryzysie roku 2008). Czy mają rodziców? Przyjaciół? Od czasu do czasu przemyka nejaka Amber (Amber Armstrong), z którą Katie nawleka hobbystycznie koraliki, ale poza tym relacje społeczne są u tej pary śladowe: konsumpcja króluje. Nawet kryzys metafizyczny rozwiązują kasą: kupują kamerę, wynajmują specjalistę. Kiedy Katie widzi na stolę tabliczkę ouija, od razu zakłada, że Micah kupił najdroższy możliwy model („I told you not to, and what do you do? You go and buy the best fucking-looking ouija board in the store…?!”).

Metafizyczna pustynia, na której żyją bohaterowie tego filmu, jest oddalona o lata świetlne od (świeckiego!) domu Ellen Burstyn z Egzorcysty (1973): dla bohaterów Friedkina było jasne, że z opętaniem trzeba walczyć (prędzej czy później) za pomocą rytuału. Katie i Micah czytają książki o historii demonologii, jakby to były komiksy: „O, zobacz, to są złe duchy!”. Żadna pozaświatowa interwencja nie jest w stanie zmusić ich do duchowego oporu (modlitwa? medytacja?) – w kulminacyjnym momencie Katie idzie spać, jakby miała grypę.

Estetyka filmu z jednej strony markuje amatorszczyznę (lekkie rozedrganie, chwilowa utrata ostrości), ale jednocześnie konsekwentnie buduje koherentną przestrzeń domu, w której bardzo łatwo się orientujemy. Wiemy, które pomieszczenie jest gdzie i jaka droga doń prowadzi (sine qua non scen nawiedzeń). Jednocześnie Peli eksperymentuje na jaskrawych kontrastach: kamera uwolniona bywa regularnie zamrażana: sceny nocne zdejmowane są ze statywu, z całym napięciem budowanym warstwą dźwiękową i ruchem/bezruchem drzwi. W jednej scenie efekt grozy osiągnięty jest z użyciem samego tylko time-code’u u rogu ekranu: nie było by nic strasznego w tym, że Katie staje bez ruchu przy łóżku. Aliści kiedy okazuje się, że stoi tam ona przez dwie i pół godziny – efekt jest bardzo mocny (i minimalistyczny zarazem).

Film z jednej strony dobrze oddaje quasi-intymność prywatnego wideo kręconego przez parę kochanków (świńskie żarty Micah; swoboda wspólnego korzystania z łazienki), z drugiej jednak pozostaje od początku do końca projektem Micah właśnie: wszelki opór ze strony Katie jest tłumiony, bo przecież szczwany day-trader wie, ile dostanie na eBayu za nagranie autentycznego nawiedzenia. To tak a propos „braku psychologicznej motywacji”.

Konceptualnie najbliższy filmowi Pelego nie jest wcale Blair Witch Project (1999), tylko Ogród rozkoszy ziemskich (2004) Lecha Majewskiego. (Nie obchodzi mnie, że Peli zapewne Majewskiego nie widział. James Cameron zapewnie nie widział bajki FernGully: The Last Rain Forrest [1992], co nie przeszkodziło mu opowiedzieć tę samą fabułę w Avatarze). Tak jak u Majewskiego, obcujemy z rzekomym dowodem rzekomej intymności, nakręconym (rzekomo) przez samych kochanków. Tak jak w Ogrodzie…, kobieta naznaczona jest śmiercią. Tak jak tam, mężczyzna pozostaje bierny, tworząc własne dzieło sztuki kosztem cierpienia (życia…?) swej kochanki. I tak jak tam, to ostatecznie on przegrywa.

Peli jest o wiele bardziej pragmatyczny (i płytki) od Majewskiego: interesuje go przede wszystkim wywołanie efektu grozy w ramach realistycznie nakreślonego związku dwojga ludzi, którzy – wbrew temu, do czego autorytarnie zobowiązują ich polscy recenzenci – nie muszą odgrywać bergmanowskich Scen z życia małżeńskiego (1973), by ujawniać niewygodne prawdy o sobie samych i o czasach, w jakich przyszło im żyć.


PS. Jeśli tak się zastanowić, o tym samym była Julie i Julia (2009) Nory Ephron. O bezdzietnej i dziecinnej zarazem parze; skupionej przede wszystkim na „dyskusjach” („Do you support me? Why are you so negative?”, etc.). I tu, i tam, mężczyzna dostarcza kasę, podczas gdy kobieta stara się „być twórcza”. W obydwu przypadkach twórczość przeradza się w detronizację samca (w Paranormal Activity jest to detronizacja – by tak rzec – nieodwołalna).

10 stycznia 2010

Retrospektywa Williama E. Jonesa


Szczęśliwi mieszkańcy stolicy Polski mogą wziąć udział w retrospektywie prac Williama E. Jonesa, prezentowanej przez KinoLab. Znam tylko jedną pracę tego reżysera, Tearoom (2007), ale już ona jest wystarczającym powodem, by Jonesem się zainteresować. Zapraszam do lektury moich refleksji o Tearoomie tutaj. Szczegółowy plan retrospektywy znajdziecie tu.

4 stycznia 2010

Tetrycy



Ja i inni Tetrycy zapraszamy do naszej tabelki na Esensję. Jest sporo nowych ocen: m. in. kol. Walkiewicz gniewa się na tych, co pogniewali się na Hanekego; kol. Orliński oniemiewa na widok Avatara (2009), a Paranormal Activity (2006) dostaje się nieźle (i w opinii jednego tetryka: niezasłużenie) po łapach.

1 stycznia 2010

The Limits of Control (2009, Jarmusch)


Ocena: ****
Nie trzeba cenić poetów pióra, żeby stać się poetą ekranu, ale Jim Jarmusch połączył jedno z drugim. Truposz (1995) sam był poematem, ale równocześnie oddawał hołd wizjom Williama Blake’a. Najnowszy film, The Limits of Control, zaczyna się mottem ze „Statku pijanego” („Prądem rzek obojętnych niesion w ujścia stronę, / Czułem, że już nie wiedzie mnie dłoń holowników…”), po czym oferuje nam eksplozję obrazów porównywalną z poezją Rimbauda. Po seansie nie mamy wątpliwości, że doświadczyliśmy spotkania z talentem przerastającym samo kino; rozsadzającym je od środka, tak jak Rimbaud rozsadził swego czasu gorset obowiązujących konwencji poetyckich.

Całość tekstu tutaj.

2010


Witam wszystkich Czytelników i Czytelniczki w Nowym Roku! Oczywiście obiecuję dołożyć starań, aby „Ostatni fotel…” był coraz wygodniejszy i coraz więcej było zeń widać. Jeśli dobrze pójdzie, ekran przesunie się na prawo ku nam wszystkim – a my nawet nie będziemy musieli wstawać z miejsca!

Jedną ze zmian, jakimi witam rok 2010, jest wprowadzenie systemu gwiazdkowego. Każdy film, o jakim zdecyduję się napisać na blogu, zostanie przeze mnie oceniony w gwiazdkowym systemie analogicznym do tego stosowanego przez Rogera Eberta:

**** [ARCYDZIEŁO]

***1/2 [BARDZO DOBRY]

*** [DOBRY]

**1/2 [PRZECIĘTNY]

** [SŁABY]

*1/2 [ZŁY]

* [OKROPNY]

Zapraszam do lektury i częstych odwiedzin! A tutaj bezwstydny przemyt musicalowy; skoro tym razem jest o gwiazdkach, posłuchajmy Harry’ego Connicka Jra., jak śpiewa piękną piosenkę „Hey There” z musicalu Richarda Adlera i Jerry’ego Rossa pt. The Pajama Game. O gwiazadach („You with the stars in your eyes…”) jest tylko na pozycji 0:26-0:29, ale niech tam!


30 grudnia 2009

Wrota do piekieł (2008, Raimi)


(...)

Raimi, podobnie jak David Cronenberg, jedynie markuje człowieczeństwo własnych bohaterów – przydziela im pewien zestaw cech, które pozwalają nam przewidzieć ich działania, ale niekoniecznie każe z nimi sympatyzować, czy naprawdę się o nich lękać (w trakcie seansu lękamy się bardziej o siebie, niż o nich). I tak Christina jest charakteryzowana od początku filmu poprzez swą rezolutność: gdy widzimy ją po raz pierwszy, słucha w samochodzie kursu poprawnej wymowy; zaraz potem stara się w pracy o awans. Kiedy dużo później decyduje się złożyć krwawą ofiarę z własnego kota (jasnowidz zasugerował, że może ją to uwolnić od klątwy), jej decyzja nie jest dla Raimiego przedmiotem współodczuwania, ale dowcipu. Christina chwyta za nóż i zaczyna szeptać: Kici, kici… – a my wybuchamy śmiechem, który uwięźnie nam w gardle już w następnym ujęciu (o czym dobrze wiemy!). Każdy koszmar jest w tym filmie redukowalny do żartu i dlatego bohaterka (jakkolwiek posiniaczona) nigdy nie jest naprawdę zdruzgotana (po jednej z upiornych wizyt zaczyna dla uspokojenia objadać się lodami, na wzór Bridget Jones).

(...)

Zmieniona wersja całości tekstu znajduje się w styczniowym numerze miesięcznika "Kino" (kliknij tutaj).

22 grudnia 2009

Marzyciele: Podsumowanie roku 2009

Nie czekając na Avatara (Cameron), proponuję następujące – czysto subiektywne a jednak bezczelnie przekonane o własnej słuszności i jedyności – podsumowanie kinowego roku 2009. Najpierw dziesiątka najlepszych w porządku wartościującym, potem moje prywatne nagrody w poszczególnych kategoriach. Zapraszam do obrzucania mnie obelgami za stronniczość – filmów proszę jednak nie obrażać! A zatem:

1. Koralina i tajemnicze drzwi (Selick)

2. Dwie kochanki* (Gray)

3. Bękarty wojny (Tarantino)

4. Vicky Cristina Barcelona (Allen)

5. Genua – Włoskie lato (Winterbottom)

6. Synowie marnotrawni* (Reed)

7. Serafina (Provost)

8. Star Trek (Abrams)

9. Człowiek na linie – Man on Wire (Marsh)

10. Opowiedz mi o deszczu (Jaoui)

Najlepszy reżyser:

Neill Blomkamp (Dystrykt 9)

Najlepszy scenariusz:

Quentin Tarantino (Bękarty wojny)

Najlepszy aktor:

Sharlto Copley (Dystrykt 9)

Najlepsza aktorka:

Gwyneth Paltrow (Dwie kochanki)

Najlepsza obsada zespołowa:

Mikołajek (Tirard)

Najlepszy film polski:

Rewers (Lankosz)

(*Brak dystrybucji kinowej w Polsce)

---

Komentarz:

To był rok rozbuchanych fantazji i snujących je odważnych marzycieli. Hitler ginął od kuli Tarantino; Philippe Petit spacerował pomiędzy wieżami WTC, tak jakby wciąż stały na dolnym Manhattanie; Amy Adams nie tyła ani grama po spożyciu 500 dań Julii Child, a J.J. Abrams zrestartował Star Treka. I choć niejaka Koralina Jones twierdzi, że „sny nie są niebezpieczne”, to właśnie zlekceważone arcydzieło Henry'ego Selicka ujawniło ich mroczną podszewkę (dosadniej od Białej wstążki!). Uparte śnienie musi się skończyć zaszyciem oczu parą guzików. Co powiedziawszy, kino śni dalej. I tak właśnie ma być.

Duża feminizacja tytułów (Koralina, Vicky, Cristina, Serafina…!) podpowiada, że w 2009 to kobiety były górą na ekranie – czego najbardziej spektakularnym dowodem jest oczywiście zemsta, jaką u Tarantino zgotowała nazistom niejaka Shosanna Dreyfus. Ponadto: Agnès Jaoui jak zawsze dowcipnie i bez ideologii pytała, czy feminizm nie ma nazbyt wysokiej ceny, a Hope Davis nawiedzała życie zeświecczonej rodziny Colina Firtha tak uparcie, że pytania eschatologiczne w końcu musiały się w niej doczekać odpowiedzi.

Koralina Jones i Serafina Louis zaszły najdalej na ścieżce ku zatracie w bagnie własnych fantazmatów, choć małżeństwo z Mendesowej Drogi do szczęścia – ze swym Czechowowskim marzeniem wyjazdu „do Paryża!” – nie pozostawało w tyle. Koralina była jednak najradykalniejsza: wyśniła świat, w którym narcystyczna dziecięca fantazja bycia-w-centrum-uwagi stała się zasadą organizującą. W tym sensie jest Koralina pisarką bez pióra – powtarza gest każdego twórcy, tyle że – miast eksplorować – zatraca się we własnej fantazji.

Ale i tak najwybitniejszym aktorskim filmem roku pozostaje melancholijny poemat Jamesa Graya pt. Dwie kochanki, który nie doczekał się u nas nawet dystrybucji płytowej. Gray jest pupilem krytyki francuskiej, ma też wierną grupę wyznawców w Stanach – już Królowie nocy (2007) byli znakomici – a u nas wciąż ani widu, ani słychu po jego najlepszym filmie. Dwie kochanki, spazmatycznie przygnębiający melodramat osnuty wokół „Białych nocy” Dostojewskiego, to film o tym samym, o czym w sposób sztuczny i cyniczny opowiada (500) dni miłości, czyli o niedopasowaniu do obiektu miłości. Joaquin Phoenix gra outsidera z sąsiedztwa (Brighton Beach, terytorium Graya), który może wybrać między przygodą a statecznością – tylko po to, by odkryć na końcu że nawet sama możliwość takiego wyboru była iluzją. Gray jest mistrzem stylizacji; zdjęcia Joaquína Baca-Asaya zdumiewają nienarzucającym się pięknem i efektywnością – trudno zapomnieć pierwszą wycieczkę bohatera na nocny, złotawy, ociekający pieniędzmi Manhattan (Phoenix wygląda w tych scenach jak przybysz z obcej planety; przybysz zakochany w Ziemiance).

Jeśli był to rok kinowych marzycieli, to byli to niemal bez wyjątku marzyciele ukarani. Tylko Tarantino się upiekło – wszyscy inni (na czele z Koraliną i bohaterem Dwóch kochanek) musieli gorzko zapłacić za chwilowy poddaństwo wobec fantazji: udającej prawodawczynię uzurpatorki, żywiącej się ludzkimi aspiracjami.