Dzięki uprzejmości red. Krzysztofa Czapigi na portalu Netbird.pl pojawił się wywiad ze mną dotyczący „Ostatniego fotela po prawej stronie”. Zapraszam do lektury!
15 lutego 2010
14 lutego 2010
Kołysanka (2010, Machulski)
Ocena: **
Pod napisami końcowymi Kołysanki (2010) oglądamy montaż kilku scen z filmu usuniętych, jednej pomyłki z planu i niezwiązanych z akcją układów choreograficznych w wykonaniu głównych aktorów. Ten frywolny zabieg kontrastuje brutalnie z grobową ciszą na sali – widzowie, zamiast zaśmiać się jeden ostatni raz przed wyjściem z kina, są skonfundowani i czekają na dowcip, który wszakże nie przychodzi. Ekran gaśnie, film się skończył.
Jaki był? Jako wierny fan Juliusza Machulskiego – zachwycony Ile waży koń trojański? (2008) i w zasadzie każdym innym filmem reżysera – muszę odpowiedzieć zgodnie z prawdą, że słaby. Trwająca 20 minut (!) ekspozycja od razu mnie zmartwiła – i choć animowana czołówka do muzyki Michała Lorenca (udane nawiązanie do Danny’ego Elfmana) obiecywała tempo, czarny humor i stylistyczną zamaszystość, to właśnie tych trzech rzeczy jest w filmie za mało. Czarny humor błyska tu i tam, tempo kuleje przez cały czas, a Machulski nie idzie ani w makabrę, ani w świętokradztwo, ani nawet w farsę (wyjątkiem jest najlepszy żart filmu, czyli scena „z głuchoniemą”, której istoty tu nie zdradzę).
Mam wrażenie, że Machulski zaaplikował swoje filmowe instynkty do scenariusza (pióra Adama Dobrzyckiego), który na to nie zasługiwał – i stąd stylistyczne rozchwianie poszczególnych sekwencji. W pierwszej połowie steadicamowe zabawy w obejściu Makarowiczów są tak mocno zaakcentowane, że chwilami robi się z tego prawie Miklós Jancsó: kamera pływa za grupkami bohaterów i dialog grzęźnie w tym wszystkim, bo nie wspiera go zdecydowany, wyczulony na rytm zdań montaż.
W części drugiej szaleje już nie operator steadicamu, tylko oświetleniowiec. Przeestetyzowane snopy światła w chacie, analogiczne snopki w piwnicy ukrywające aktorów zamiast ich pokazywać – wszystko pracuje na niekorzyść humoru, który powinien być głównym priorytetem twórców.
Wszystko to jest jednak tylko świadectwem reżyserskich zmagań ze słabym tekstem. Oglądanie Kołysanki jest tak przykre, bo prawie każda scena pada na naszych oczach: widać jak śrubki wylatują i konstrukcja się wali. Dialogom brakuje dowcipu, co najdosadniej (i najboleśniej) widać tam, gdzie wypowiadana puenta – w zamierzeniu rozśmieszająca widownię i przygotowująca scenę następną – zostawia wszystkich obojętnymi. Ksiądz wołający: „Teraz to już tylko renta została”, żona listonosza skarżąca się, że policja zabiera jej męża („To teraz już nie tylko własnych wysyłacie”) – te i podobne kwestie są tak cienkie, słabiutkie i odgrzane, że nie mogą zaspokoić niczyjego apetytu.
Aktorzy są chętni – widać, że chcą się dobrze bawić. Ale tylko część z nich dostaje materiał, z którym da się pracować. Antoni Pawlicki ma szczęście jako rozmodlony ministrant i ów moment, w którym niespodziewanie wydostaje się z dybów, jest bezcenny (zdziwione „Święty Piotrze…!” przypomina, że Pawlicki już w Ostatniej akcji [2009] udowodnił, że umie grać komedię). Janusz Chabior, Ewa Ziętek, Michał Zieliński – każde z nich ma parę okruszków i dzielnie wyciskają je jak cytrynę. Ale już Robert Więckiewicz w ogóle nie ma postaci do zagrania: Michał to niby głowa domu Makarewiczów, a jednak jest całkowicie niedookreślony w swych motywacjach i charakterze. Największego pecha miał jednak Przemysław Bluszcz: jego policjant Nowak to puste miejsce scenariusza; posterunkowy Nikt. Ani głupek, ani służbista, ani cichy geniusz – istnieje po to, by popychać akcję do przodu i tylko genialny zabieg reżyserski w pierwszej jego scenie w ogóle ratuje koncept tej postaci (Machulski daje Bluszczowi kawę i każe pić łyżeczka po łyżeczce).
Makarewiczowie to rodzina nigdzie nie zapuszczająca korzeni i zamieszkała chwilowo, jak sugeruje dowcipny finał, w pałacu prezydenckim („Księdza wpuszczą…” – brawo za tę kwestię!). Kołysanka – niestety – jest taka sama. Nie tworzy świata, którego konkretność i namacalność byśmy poczuli. Nie robi tego, co robił jej daleki pierwowzór, czyli Rodzina Adamsów: nie rysuje wyrazistego portretu każdego członka rodziny, choćby na zasadzie sitcomowego uproszczenia i karykatury.
W istocie, jeśli czegoś w tym filmie jest za mało, to karykatury właśnie. Nie przeszkadzała mi społeczna satyra (Makarewiczowie więżą i spijają krew reprezentantów bardzo konkretnych grup: jest ksiądz, jest policjant, jest pracownica opieki społecznej i są reporterzy z TVP), ale przeszkadzał brak szaleństwa i zacięcia komediowego, które są zazwyczaj najmocniejszymi stronami Machulskiego. Jak na reżysera tak wyczulonego na komizm, Kołysanka jest wyjątkowo (nomen omen) senna i pozbawiona wyrazu.
12 lutego 2010
Blog Roku 2009 - Kultura!
[Odskok (1979, Peter Yates)]
Wczoraj, 11 lutego, „Ostatni fotel po prawej stronie” otrzymał tytuł Bloga Roku 2009 w kategorii Kultura.
To najlepszy prezent, jaki „Fotel…” mógł dostać na swoje pierwsze urodziny (powstał 15 lutego 2009!). Chcę serdecznie pogratulować konkurentom, a przede wszystkim podziękować jury i wszystkim tym, którzy wsparli mój blog głosem SMS-owym. Bez Was nie było by mowy o udziale w ostatnim etapie konkursu – raz jeszcze wielkie, wielkie dzięki!
Obiecuję, że fotel nie będzie stał opuszczony: nowe posty będą pojawiać się regularnie i dołożę starań, aby były coraz ciekawsze.
Swoją drogą, wszedłem na stronę Onetu (jest nawet moje zdjęcie i wideo; wyglądam zupełnie jak Doug Zabawny…) – a tam potok nienawistnych komentarzy pod adresem konkursu... Mój ulubiony:
„pożyteczni idioci” nagrodzeni, a beneficjenci PRL urzadzili sobie pokaz swoich twarzy. Hahahha
[aqq]
Wszystkim podobnym malkontentom dedykuję piosenkę z Zabawnej dziewczyny (1968) o tym, że dziś nic nie zepsuje mi zabawy. Podpisuję się. Pod. Każdym. Słowem. (Zacznijcie od 0:32)
Lyrics | - DON’T RAIN ON MY PARADE lyrics
8 lutego 2010
Polemika z Bartoszem Żurawieckim
Gniewny, okrutny w swym prowincjonalizmie esej Bartosza Żurawieckiego pt. „Amerykańskie chwalicie…” („Film” 2/2010, ss. 22-25) zdumiewa tym bardziej, że podpisał go autor tak mocno identyfikowany z wolnością wypowiedzi i kruszeniem kulturowych stereotypów.
Atak na hollywoodzkie przeróbki filmów europejskich, skreślony przy okazji Nine – Dziewięciu (2009) Roba Marshalla, popełnia wszelkie możliwe grzechy złej retoryki. Poczynając od braku wartościowania w obrębie wybranych przykładów (arcydzielne Bękarty wojny [2009] obok słabych Dziewięciu), poprzez stereotypowe zarzuty („amerykańscy widzowie nie lubią czytać napisów” – jak zatem natłukli $120,000,000 dla wielojęzycznych Bękartów…?), aż do pełnych europocentrycznej bigoterii generalizacji („Ameryka w ogóle nie posiada własnej tożsamości kulturowej – jest zlepkiem, a właściwie supermarketem idei, pomysłów kupionych, ściągniętych bądź zaimportowanych”).
Prowincjonalizm i zaściankowość tekstu najlepiej widać w zdaniu: „(…) W naszej części globu (…) dzieła sztuki (…) obdarzone są estymą. Nie wypada ich dewastować, przerabiać, nawet kopiować”. Jak niegdyś pani Dulska, tak i Żurawiecki opiera swe mini-kazanie na imperatywie „nie wypada”. Jednakże tym, co zaskakuje i boli w tekście najbardziej, jest całkowite niemal pominięcie ruchu odbywającego się w drugą stronę, tj. płodnego, płomiennego romansu, jakie kino europejskie przeżywa z kinem amerykańskim od dekad.
Żurawiecki pisze z namaszczeniem o francuskiej Nowej Fali i o Do utraty tchu (1959), ale nie wspomina, że nie byłoby tego filmu, gdyby nie „Cahiers du cinema” i dzika miłość tamtejszych redaktorów do Hollywoodu właśnie. Jean-Paul Belmondo gra w tym filmie Bogarta, Jean Seberg (Amerykanka!) rozdaje na ulicach Paryża „New York Herald Tribune”. Chabrol i Melville: kolejni Francuzi przeflancowujący amerykańskie motywy i tematy na europejską glebę.
Oczywiście, że robili to „po swojemu” (Żurawiecki definiuje reżyserów europejskich jako ewentualnie „przeflancowujących” motywy, ale „pozostających sobą”). Ale skoro „pozostał sobą” Godard, to jakim prawem przemilczeć można fakt, że „pozostał sobą” również Tarantino…? I Jim McBride, autor okrutnie niedocenionego remake’u Do utraty tchu właśnie…? I George Cukor, któremu Żurawiecki ciosa kołki na głowie za jego wersję Światła gazowego (1944), ale o którym nie raczy już wspomnieć, że był jednym z najbardziej swoistych i oryginalnych amerykańskich reżyserów w dziejach kina…? Martin Scorsese nie założył na kamerę kalki i nie odbił trylogii Infernal Affairs na nowym celuloidzie jak stempla z napisem Infiltracja (2006) – nakręcił swoją wersję opowieści, zanurzoną w problemach definiujących jego twórczość od samego jej początku. (Nota bene, skupmy się czasami na wytykaniu okropnych przeróbek filmów amerykańskich, jakie serwują Europejczycy – mamy właśnie na ekranach polską wulgaryzację Wściekłego byka (1980), jest więc okazja…).
Żurawiecki pisze w pewnym momencie o Słodkiej Charity (1968) Boba Fosse’a, opartej na Nocach Cabirii (1957) Felliniego, opisując ją jako „beztroskie pląsy i amerykańskie keep smiling”. Nie wiem, czy oznacza to, że świetnego filmu Fosse’ego nie widział, czy że oglądał go wystukując jednocześnie swój esej na laptopie. Jakkolwiek by nie było, zapomina wspomnieć, że zrobiony przez tego samego „keepsmilingowego” Amerykanina Cały ten zgiełk (1979) prześcignął wyjściowe 8½ (1963), a Kabaret (1972) tegoż Fosse’ego oparty został na brytyjskim filmie I Am a Camera (1955), którego nikt dziś nie ogląda.
Na koniec polecam wszystkim trochę „beztroskich pląsów”, o których pisze Żurawiecki. Oto numer „The Big Spender” ze Słodkiej Charity właśnie, w którym znudzone fachem dziwki zagadują kolejnych, zachodzących do ich burdelu fagasów. Keep smiling...?
Tutaj natomiast, dla odmiany, faktyczne i zarazem najpiękniejsze keep smiling, jakie kiedykolwiek nakręcono. Kraj...? Włochy. Film...? Finał Nocy Cabirii. Zacznijcie od pozycji 2:25.
Tutaj natomiast, dla odmiany, faktyczne i zarazem najpiękniejsze keep smiling, jakie kiedykolwiek nakręcono. Kraj...? Włochy. Film...? Finał Nocy Cabirii. Zacznijcie od pozycji 2:25.
5 lutego 2010
Krytyka dobra a krytyka polska (notatki, cz. II)
[Michael Fassbender jako krytyk filmowy Archie Hicox w Bękartach wojny (2009) Quentina Tarantino]
Uwag o krytyce filmowej ciąg dalszy:
(4) Dobra krytyka nie jest polityczna. Oczywiście, formułując tę zasadę w ten właśnie sposób, celowo prowokuję środowisko „Krytyki Politycznej” – ale bynajmniej nie chodzi mi o zanegowanie dorobku piszących tam autorów (wielu podziwiam, czemu nieraz dawałem wyraz). Idzie mi o co innego: krytyka, która zbyt ślepo podąża za teorią (czy to będzie Althusseriańskie rozumienie ideologii, Lacanowskie rozumienie psychoanalizy, czy katolicka nauka o planowaniu rodziny) – taka krytyka skazana jest na zaściankowość. Można grzać się na zapiecku teorii lewicowych albo prawicowych, ale obydwa one są równie zabójcze – zwłaszcza jeśli to właśnie na tych zapieckach rozbijemy nasze obozy, ustawimy lunety i stamtąd będziemy obserwować sztukę.
Moja robocza definicja sztuki filmowej (każdej sztuki) brzmi tak: sztuka jest rodzajem komunikacji międzyludzkiej bazującym na niespodziance i wytrąceniu z utartych kolein myślenia i percepcji. Te koleiny mogą być różne: dla jednych będzie to pułapka myślenia korporacyjnego, dla innych – pułapka myślenia antykorporacyjnego. Dla jednych będzie to antykapitalistyczny sentyment rewolucjonisty, dla innych – kapitalistyczny sentyment przedsiębiorcy. I jeden, i drugi (i jedna, i druga) przegrali (jako krytycy) już w momencie podpisania się pod swym dogmatem – tj. jeśli nie są gotowi go kwestionować i dyskutować.
Dobry film nie musi być politycznie celny. Film politycznie celny nie musi być dobry. Te aspekty ani się wzajemnie nie wykluczają, ani nie gwarantują. Kryterium dobrej krytyki powinno być przede wszystkim estetyczne i filozoficzne: innymi słowy, krytyk powinien zdawać sprawę z tego jak (estetyka) i co konkretnie (filozofia) mówi dany film. Owo „co” bywa równie zaskakujące dla widza, jak i dla twórcy – nie idzie tu o odszyfrowanie komunikatu niejako „zawartego” w filmie odgórnym nakazem scenarzysty. Wręcz przeciwnie: krytyk powinien być reporterem pracującym na froncie myśli, wyglądów, dźwięków, idei i wynikających z nich sprzeczności: każdy film jest jak pole bitwy, gdzie elementy z różnych porządków walczą ze sobą, spierają się i wzajemnie na siebie wpływają. Ostateczny efekt nigdy nie jest tylko „wypełnieniem zamiaru”, ale wypadkową szczęścia, losu, intencji i wrażliwości samego widza (tego, jak patrzy na świat).
Krytyka skupiona na polityce; widząca filmy jedynie jako mniej lub bardziej zręczne produkty uboczne nieustannej pracy ideologii (cegły wyskakujące z prasy, podawane na taśmie transmisyjnej masowej kultury), jest krytyką skazaną na partykularyzm. Jeśli naszym pierwszym odruchem (jako krytyków) nie jest już opisanie tego, co zobaczyliśmy na ekranie i co nas w kinie zaskoczyło bądź nie, ale sięgnięcie po przybornik ideologa i obcążki z napisem „gender”, „kolonializm” czy choćby (konik prawicowców) „agitka” – oznacza to, że nasze oczy są już bardzo szeroko zamknięte.
CDN…
2 lutego 2010
Krytyka dobra a krytyka polska (notatki, cz. I)
Nie wolno mi zacząć do pytania: „Dlaczego polska krytyka filmowa jest zła?”, bo tak otwarty tekst – zamiast zainicjować dyskusję – nieuchronnie wszcząłby antagonizm. Nie da się pisać o „polskiej krytyce” bez konkretnych odwołań do nazwisk i tytułów prasowych – a niestety prawda jest taka, że im bardziej dany atak staje się partykularny, tym mniejsza jego moc argumentacyjna i intelektualny zasięg.
Zamiast pisać więc, czemu polska krytyka jest w nienajlepszej formie (a moim zdaniem niestety jest), proponuję kilka refleksji na temat tego, co uważam za krytykę dobrą. Czytelnik niechaj potraktuje te zapiski jako prywatne wyzwanie wiary. Patronuje mu Anton Ego z Ratatuja (2007) Brada Birda; krytyk wielki, bo umiejący przyznać się do błędu w zetknięciu z wybitnym talentem.
(1) Dobra krytyka jest wyczulona na kwestie stylu. O ile jest to samo przez się zrozumiałe w krytyce literackiej, o tyle krytyka filmowa zdaje się u nas prawie całkowicie obojętna na kwestię filmowego stylu (i – szerzej – filmowej formy jako takiej). Autorzy piszą u nas o filmach tak, jakby kwestie stylistyczne zamknąć można było w ogólnikach. „Realistyczny”, „oniryczny”, „ironiczny”, „cyniczny”, „refleksyjny”. Warto zauważyć, że sprawę załatwia w polskich recenzjach zazwyczaj jeden tylko przymiotnik – falowanie stylu w obrębie dzieła (jego zgęstnienia, rozrzedzenia, mielizny, wybrzuszenia) i w obrębie kolejnych scen, w ogóle nie ma racji bytu.
(2) Dobra krytyka jest wolna od snobizmu. Gdybym miał wskazać centralne schorzenie polskiej krytyki filmowej, byłby nim właśnie snobizm. Zakorzeniony w przebrzmiałym porządku intelektualnym, w którym obowiązywał nieprzekraczalny podział na „wysokie” i „niskie”, snobistyczny sposób myślenia o kinie rozmija się z samą istotą opisywanego medium. Kino dokonało najradykalniejszej w dziejach demokratyzacji sztuki. Zagarniając wszelkie tradycje literackie i sceniczne (od burleski po powieść) w jednym zachłannym akcie wszech-wcielenia, film wzniósł się ponad podziały i hierarchie. To nie znaczy, że nie ma filmów wulgarnych i prostackich. Ale polscy krytycy za często pozostają ślepi na możliwości, jakie daje inteligentne wykorzystanie wulgarności i prostactwa w medium filmowym. Kiedy wchodził na ekrany znakomity Supersamiec (2007) Grega Mottoli, został zmiażdżony jako klon American Pie, czyli sprawy dowCipnej (1999). Trudno o dwa filmy bardziej różne, jeśli idzie o głębię portretowania nastoletnich bohaterów – a jednocześnie o filmy bardziej podobne w wulgarności swego języka. Zatrzymanie się na poziomie językowych wulgaryzmów i wydanie wyroku na ich podstawie jest aktem krytycznej dulszczyzny. (Niedawno rozpleniła się ona znowu przy okazji znakomitego Kac Vegas [2009], zruganego w podobny sposób, w jaki ruga się zawianego gościa w autobusie – nieważne, że gość ów jest przy okazji poetą).
(3) Dobra krytyka jest zakorzeniona w historii medium. Nie ma dobrej krytyki filmowej bez znajomości historii filmu. Nie może być ona jednak tylko pretekstem bądź źródłem autorskiej pychy (patrz punkt 2). Kiedy na nasze ekrany wszedł film Dziewięć (2009) Roba Marshalla, polska krytyka żachnęła się z oburzeniem: oto ktoś gwałci 8 ½ (1963), czyli „arcydzieło Felliniego”! Takie pisanie jest przykładem myślenia ahistorycznego, bo balsamuje oryginał zamiast go dyskutować. Idealna recenzja Dziewięciu to taka, która nie brałaby statusu filmu Felliniego na wiarę (arcydzieło, arcydzieło, arcydzieło), tylko w świeży sposób spojrzała i na oryginał, i na (fatalną, to prawda) musicalową przeróbkę. U nas jednak mało kto traktuje historię filmu poważnie; mało kto ma dla niej na tyle szacunku, by się z nią mierzyć, zmagać i przewartościowywać. Zazwyczaj kwitną ogólniki („skrzące się dowcipem amerykańskie komedie z lat 30-tych”; „naznaczone fatalizmem dzieła czarnego realizmu poetyckiego”’ etc.)
CDN…
1 lutego 2010
Nominacja
Z radością informuję, że „Ostatni fotel po prawej stronie” pomyślnie przeszedł przez trzeci etap konkursu na Blog Roku 2009 i jest obecnie nominowany do nagrody głównej, a także do nagrody w kategorii Kultura (razem z dwoma znakomitymi blogami, dostępnymi tutaj i tutaj). Wyniki ostateczne już 11 lutego, trzymajmy kciuki!
Subskrybuj:
Posty (Atom)



