14 kwietnia 2018

Milos Forman (1932-2018)



Odszedł Miloš Forman. Jego AMADEUSZA obejrzałem w kinie jako ośmiolatek; zabrali mnie Rodzice. Wrażenie było piorunujące, mimo że niewiele rozumiałem.

Potem były ciarki i wielokrotne seanse LOTU NAD KUKUŁCZYM GNIAZDEM i PALI SIĘ, MOJA PANNO. A potem, w wiele lat później, pewne rozczarowanie powrotami do tych filmów; odnajdywanie w nich jakiejś kwaśnej nuty; jakiejś cwaniakującej groteski, na tle której delikatniejsze i mniej "popisowe" dzieła czeskich nowofalowców -- SKLEP PRZY GŁÓWNEJ ULICY, INTYMNE OŚWIETLENIE, SPOSÓB CUTTERA -- jaśnieją jednak mocniej (choć mniej jaskrawo).

Dziś darzę AMADEUSZA wręcz niechęcią za ciągłe granie pod publikę (skuteczne; ludzie wciąż ubóstwiają ten film w sposób dla mnie niepojęty), ale w całej filmografii Formana dwa punkty pozostają dla mnie nie do pobicia: po pierwsze, pojedynki między Jackiem Nicholsonem a Louise Fletcher w LOCIE, a po drugie (tak) CZŁOWIEK Z KSIĘŻYCA, czyli portret autystycznego komika Andy'ego Kaufmana (swoistego anty-Mozarta).

Myślę, że pewne sceny z jego filmów doczekają się wkrótce ostrzału z flanki #metoo (vide pokątne rozbieranie rekrutek do konkursu na miss remizy w PALI SIĘ..., lub słynny monolog Elizabeth McGovern w RAGTIME, wygłaszany z biustem na wierzchu bez żadnej dramaturgicznej potrzeby) -- a inne, te rzadziej oglądane (CZARNY PIOTRUŚ, ODLOT) zostaną odkryte na nowo. I słusznie.

Dla mnie Forman pozostaje geniuszem popisowej, czasem agresywnej reżyserii -- ale i wcielonym typem dziko utalentowanego wschodnioeuropejczyka, który dopiero w amerykańskim słońcu odnalazł ukontentowanie -- i do końca swych dni promieniował na zewnątrz godną pozazdroszczenia energię nasyconego sybaryty. (To nie przypadek, że jego VALMONT był bohaterem pozytywnym.)

Spójrzcie na jego twarz w epizodach aktorskich w ZGADZE Nicholsa i ZAKAZANYM OWOCU Nortona. To był facet spełniony. Tę samą nutę zaspokojonego apetytu na życie, jaki potrafiła rozniecić wyłącznie systemowa opresja, a zaspokoić mógł tylko American Dream, widać było także w oczach "imiennika à rebours" Formana, czyli Czesława Miłosza. Patrząc na nich można było tylko powiedzieć: "Kto geniuszowi zabroni?".

Miloš Forman był geniuszem i szczęściarzem. Wylosował nie jeden, ale dwa losy na loterii: talentu i utrafienia w swój czas w skali globalnej. W tym sensie miał farta większego, niż bohaterowie, których sobie ukochał -- zarówno bowiem Mozart, jak i Francisco Goya, a także Andy Kaufman, Larry Flynt i Coalhouse Walker, Jr. z RAGTIME'u potykali się z rzeczywistością za ciasną na ich wizje, apetyty i aspiracje; zdeterminowaną, by ich zmiażdżyć.
Zmiażdżyć... trochę jak siostra Ratched swoich pacjentów. I to dlatego eksplozja radości z pokazania środkowego palca wszystkim tyranom i tyraniątkom tego świata rozsadza LOT NAD KUKUŁCZYM GNIAZDEM i jego widzów do dnia dzisiejszego. Forman wiedział, o czym opowiada: dla Amerykanów Ratched mogła być " metaforą establishmentu", ale każde wschodnioeuropejskie oko rozpozna w niej zagęszczony destylat każdej chamskiej sklepowej i każdego plującego jadem urzędasa z przekąsem informującego, że "jest kolejka, obywatelu", jaki kiedykolwiek zasiadł za wszechwładnym "okienkiem" za Żelazną Kurtyną.
Forman rozbił "okienko" i dał urzędasowi w zęby. Wzbił się ponad system siłą własnych mięśni. I za to mu wieczna chwała, podziw i szacunek.
RIP.

4 kwietnia 2018

Player One (2018, Spielberg)


Perwersyjna pochwała tzw. realu, spisana niemal w całości w efektownym CGI. Szybkie tempo nie jest w stanie zamaskować faktu, że całość jest serią nabożnych rewizyt, składanych w kolejnych kaplicach popkultury: niektórych w postaci dialogowej wzmianki, niektórych w formie rozbudowanego set-piece'u (tak jak w sekwencji rozegranej w Kingowsko-Kubrickowskim hotelu Overlook).
A jednak, mimo całej wizualnej trzęsawki, film ma posmak wosku: w końcu czym innym, jeśli nie gabinetem figur woskowych w VR-rze, jest cały ten show...? Ta "podróż bohatera", przeprowadzona od początku do końca w świecie popkulturowych odniesień, jest w filmografii Spielberga tym, czym dla Woody'ego Allena było O PÓŁNOCY W PARYŻU -- pokłonem starca wobec imaginagrium, które go ukształtowało i które z powodzeniem wzbogacił. Dla Allena był to wysoki modernizm pierwszej ćwiartki XX wieku.; dla Spielberga jest to chłopacka popkultura powojennego zachodniego dobrobytu. Tak jak CZWARTA WŁADZA fetyszyzowała świat prasy drukowanej, tak PLAYER ONE fetyszyzuje świat sprzed internetowej wszech-koneksji (na koniec pada nawet tzw. modest proposal swoistych dwóch dni szabatu, uwalniających nas od "podłączenia" i pozwalających na cotygodniową regenerację w świecie nie-matrixa).
Ta utopijna, zadłużona u Capry wizja oporu wyrzutków wobec wielkiego kapitału ciekawie rymuje się z KSZTAŁTEM WODY, a jednocześnie dowodzi, że Spielberg nic a nic się nie zmienia: nadal zbawcy ludzkości upatruje w figurze chłopca-marzyciela z suburbii, jakim sam kiedyś był.
Ocena: 6/10

4 marca 2018

Jestem najlepsza. Ja, Tonya (2017, Gillespie)


JESTEM NAJLEPSZA. JA, TONYA to film brawurowy. Ba, mało powiedziane. To film, który brawurą mógłby obdzielić ze cztery inne filmy. Craig Gillespie opowiada historię Tonyi Harding niezwykle kinetycznie: nie ma sceny, w której kamera nie doskakiwałaby do czyjejś twarzy, ewentualnie nie ślizgałaby się między ostrzem łyżwy a taflą lodowiska lub nie krążyła wokół Tonyi z energią godną wizualnych piruetów z CZARNEGO ŁABĘDZIA Aronofsky'ego.
Kreska jest gruba, tempo zawrotne, soundtrack kipi od hitów używanych niczym przecinki, a co dwie-trzy minuty pada tzw. zinger, czyli mistrzowska linijka, której nie da się zapomnieć. Aktorstwo jest świetne i mocne; niuansów jest mniej niż mocnych uderzeń po gębie (raz widza, raz bohaterów).
Chwilami jest, cóż, *za bardzo*. (Palkowski to przy Gillespiem narracyjny asceta.)
Ale nie ma co kryć: film chwyta i płynie. Poza świetną Margot Robbie (przypominającą młodą Kathleen Turner) i popisową Allison Janney (będzie Oscar, choć wolałbym, żeby powędrował do Laurie Metcalf), jest jeszcze Paul Walter Hauser jako półgłówkowaty suseł-spaślak (wyglądający, jakby dopiero co przebudził się ze snu, który będzie rozkminiał przy piwie przez następne dwa dni), Sebastian Stan jako uroczy brutal i poczciwiec w jednym, a wreszcie dawno nie widziany przeze mnie Bobby Cannavale w roli najbardziej ironicznego z członków greckiego chóru komentującego akcję. Całość jest miłosnym, groteskowym miłosnym listem pod adresem white trashu, determinacji i popapranej amerykańskiej psyche. Bardzo warto.
Ocena: 7/10

3 marca 2018

Lady Bird (2017, Gerwig)


Od piątku na polskich ekranach jest już LADY BIRD: najlepszy jak dotąd film, jaki widziałem w 2018 roku i powód, dla którego w kategorii Najlepsza Reżyseria będę z niedzieli na poniedziałek trzymał kciuki za Gretę Gerwig.
Ten film o dorastającej młodej dziewczynie z Sacramento, dla której cały świat staje się nagle gorsetem, a wszelkie obietnice szczęścia wydają się zbyt odległe i/lub kosztowne, by mogły dotyczyć jej życia, jest jednocześnie jednym z najlepszych portretów relacji matka-córka, jaką widziałem na ekranie. Ojciec też tu jest (gra go świetny Tracy Letts, ujawniający dokładnie tyle rozpaczy i desperacji człowieka znienacka niepotrzebnego amerykańskiej ekonomii, by złamać serce wyłącznie uważnym widzom), ale główny mecz rozgrywa się tu między Saoirse Ronan a Laurie Metcalf -- obydwie zasłużyły na Oscary.
Każdy gest czułości między tymi dwiema kobietami niesie ze sobą niechciany balast, bolesny i kolczasty: troska plącze się z resentymentem, czułość z zagniewaniem, strach z potrzebą akceptacji. Całość nakręcona jest w krótkich sztychach: dowcipnych ale nie cwaniackich, przeszywających i dyskretnych jednocześnie. Nikomu (nawet katolickim zakonnicom uczącym w szkole bohaterki) nie dostają się tu łatwe bęcki pod publiczkę -- a finał, w którym bohaterka nagle rozpoznaje wartość ciasnego świata, z którego się wyrwała (ale pozostanie w którym równałoby się odrzuceniu wyzwania, jakim jest jej talent i wrażliwość), miesza słodycz z goryczą w nieprawdopodobnie efektowny sposób.
Gerwig, która pracowała z Noah Baumbachem, Whitem Stillmanem i Joe Swanbergiem, i która jawnie inspiruje się francuską Nową Falą (bohater Timothee Chalameta ma amatorską kapelę dzięlącą nazwę z debiutanckim filmem Maurice'a Pialata) mówi w tym filmie całkowicie własnym głosem: nie tylko udało jej się udatnie skrzyżować CZTERYSTA BATÓW z BREAKFAST CLUBEM, ale przy okazji wskoczyć na poziom zupełnie nowy, Gerwigowy par excellence. Brawo!
Ocena: 10/10

21 lutego 2018

O Pentagonie, Hollywood i musicalach


W sieci są już do obejrzenia/posłuchania dwie niedawne audycje z moim udziałem. Z Witoldem Juraszem w "Prawym do lewego" (tutaj, od pozycji 29:35) w Polsat News 2 rozmawiamy o amerykańskiej polityce historycznej na przykładzie relacji Hollywood/Pentagon, a w radiowej Trójce Monika Małkowska zaprosiła do swojej audycji "Niewidoczna strona sztuki" Jacka Marczyńskiego, Dorotę Kołodyńską (kostiumografkę odpowiedzialną za spektakl "Piloci" w Teatrze ROMA) i mnie; rozmawialiśmy o tym, w jaki sposób musicale podejmowały i podejmują tematykę historyczną. Zapraszam; obydwie rozmowy bardzo się udały.

7 lutego 2018

Disaster Artist (2017, Franco)

Od piątku w kinach DISASTER ARTIST Jamesa Franco, dowcipny hołd dla Tommy'ego Wiseau (ponoć naszego rodaka), który w 2003 roku zainwestował około 6 milionów dolarów prywatnej (i tajemniczej) fortuny, by nakręcić THE ROOM: grafomański film o przedziwnej sile przyciągania, który od tamtej pory stał się dziełem kultowym i pogrobowcem tzw. "midnight movies" lat 1970. i 1980. -- tyle że pozbawionym elementu transgresji.

Franco opowiada tę historię z fascynacją rekonstruktora wciąż niedawnej popkultury, charakterystyczną zarówno dla niego samego (jego INTERIOR: LEATHER BAR stanowiło rekonstrukcję "utraconej" sekwencji gejowskiego s/m z niesławnego ZADANIA SPECJALNEGO Friedkina), ale i dla naszego zeitgeistu w ogóle (w ostatnich pięciu latach powstały analogiczne rekonstrukcje o kręceniu PSYCHOZY, MARY POPPINS, SZARYCH OGRODÓW, CO SIĘ ZDARZYŁO BABY JANE?, etc.).

Dla Franco jego bohater (w którego, co istotne, reżyser także się wciela) to figura "marzyciela mimo wszystko"; odklejonego od rzeczywistości ekscentryka, który samą tylko wiarą w to, że narodził się, by kręcić kino, zasługuje na to, by stać się bohaterem naszej wyobraźni. Brzmi znajomo...? Oczywiście, bo nasza kultura przeżywa obecnie okres fascynacji takimi postaciami, niejako w ramach uśmierzania aspiracyjnej traumy w świecie, w którym o prawdziwy sukces jest coraz trudniej ze względu na niewspółmierność popytu i podaży. Mamy więc BOSKĄ FLORENCE, która nie umiała śpiewać, ale którą kochamy za odwagę śpiewania mimo to -- i mamy Tommy'ego Wiseau, którego własny film sytuuuje się idealnie w połowie drogi między naszym odczarowanym światem cyfrowym, a idealizowanym światem analogu (Wiseau kręcił THE ROOM jednocześnie na cyfrze i na taśmie: z ignorancji co prawda, ale nader symbolicznie).

Mój problem z DISASTER ARTIST (filmem, który ogólnie mi się podoba i któremu stawiam 7/10), jest taki, że celebracja radosnej nieudolności zostaje tu jednak pomylona z celebracją talentu. Wbrew temu, co mówi Tommy'emu pod koniec jego przyjaciel Greg (świetny Dave Franco!), *jest* różnica między perfekcją Hitchocka (okupioną boleśnie na różne sposoby, nie tylko przez niego samego), a realizacją narcystycznego marzenia za grubą kasę rękami wynajętych fachowców. Jest też różnica między tym ostatnim, a kinem no-budgetowym, tworzonym przez zapaleńców za grosze w imię wspólnej pasji i wizji (jak wczesne kino Johna Watersa, jednego z ojców "midnight movies").

Celebrując ekscentryczną nieudolność Wiseau i mitologizując go jako "marzyciela" (słowo nie pozbawione politycznej wagi w Ameryce Trumpa), Franco zaciemnia fakt, że historia powstania THE ROOM to bardziej historia z cyklu "kto bogatemu zabroni" , niż historia o tzw. tryumfie ludzkiego ducha, nadająca się na feel-good movie, którym świetnie grany i perfekcyjnie zrealizowany DISASTER ARTIST koniec końców z powodzeniem się staje.

Ocena: 7/10