22 lutego 2017

Ukryte działania (2016, Melfi)

Już w piątek polska premiera kolejnego filmu oscarowego, czyli UKRYTYCH DZIAŁAŃ Theodore'a Melfiego, najbardziej staroświeckiego filmu tegorocznej stawki. Opowieść o trzech czarnoskórych pracownicach NASA, których talent napotykał we wczesnych latach sześćdziesiątych na liczne rasistowskie i seksistowskie przeszkody, jest zrobiona sprawnie i ze znajomością rzeczy. Intencja edukacyjna jest jasna od samego początku, postaci rozwinięte są wyłącznie o tyle, by ukazać nam niesprawiedliwość epoki i siłę ludzkiego ducha, a wszystko to zagrane jest znakomicie -- zwłaszcza przez Taraji P. Henson, która naprawdę została obrabowana z nominacji oscarowej za rolę pierwszoplanową.

Amerykanie odbierają ten film inaczej i bardziej bezpośrednio, niż odbierzemy go my, doświadczeni w Polsce językiem socrealizmu i propagandy na tyle mocno, by instynktownie odrzucać tezy podawane w syropie nazbyt słodkim. Nawet jednak, jeśli uruchomimy cały możliwy sceptycyzm w stosunku do uładzonej powierzchni tego filmu, to i tak moment, w którym Taraji P. Henson w końcu nie wytrzymuje i wrzeszczy w miejscu pracy, wyrzucając gromadzoną latami frustrację, ma siłę tak wielką, że przez moment można poczuć, jakby ktoś wyrwał nas z fotela, trzasnął o sufit i posadził z powrotem. Amerykanie wiedzą, jak to się robi -- ich wiara w wartość ludzkiej pracy i godność jednostki jest tak żarliwa, że kiedy mówią o niej pełnym głosem wprawnego kaznodziei, to nawet nas (połamanych wewnętrznie wschodnioeuropejczyków, mających problem i dumą, i z winą, i z wiarą w postęp) przeszyć może dreszcz. Dla tej jednej sceny warto obejrzeć ten cały, odrobinę za długi film, który pod względem artystycznym nie dorównuje PIERWSZEMU KROKOWI W KOSMOS Philipa Kaufmana, ale który w swojej klasie jak najbardziej satysfakcjonuje. A Henson ma wszelkie prawo, by podobną awanturę, jak w filmie, zrobić na gali Oscarów.

P.S. 1. Cieszy też obecność naszego niezawodnego Olka Krupy jako Karla Zielińskiego.

P.S. 2 Mimo że polski tytuł brzmi niezbyt atrakcyjnie, to trzeba przyznać, że to tłumaczenie HIDDEN FIGURES jest o tyle pomysłowe, że oryginalne "figures" odnosi się zarówno do bohaterek filmu, jak i do liczb, którymi się zajmują -- w polskiej wersji zmienionych na "działania", w domyśle matematyczne.

Ocena: 6/10

Oleszczyk u Paciorka

To była wielka frajda móc pogadać z Karolem Paciorkiem w jego internetowym show #KWTW. Wideo jest do obejrzenia tutaj.

20 lutego 2017

Audycja o Grand Tour


Zapraszam do posłuchania audycji Moniki Małkowskiej, w której jako jeden z gości opowiadałem o wątku Grand Tour w kulturze - audycja i jej opis znajduje się tutaj.

19 lutego 2017

Milczenie (2016, Scorsese) - AUDYCJA


W sieci można już posłuchać audycji Polskiego Radia 24, w której wraz z Jakubem Morozem i Łukaszem Adamskim analizujemy religijne aspekty filmu Scorsese. Zapraszam; audycja jest tutaj.

(Moja recenzja do przeczytania tutaj.)

18 lutego 2017

PolandJa (2017, Olencki)

Montażyście Jarosławowi Barzanowi należy się złoty medal za odwagę, jaką wykazał się klejąc film POLANDJA. Mimo, że scenariusz nie ma ani sensu, ani kształtu; mimo, że sceny prowadzą donikąd i ciągną się w nieskończoność, dzięki pracy Barzana wszystko to *jakoś* wygląda, tzn. przypomina *film fabularny*, którym pod względem scenariuszowum i reżyserskim POLANDJA bynajmniej nie jest.

To kolejny już, po WARSZAWIE Gajewskiego, ZERZE Borowskiego i 11 MINUTACH Skolimowskiego, wielowątkowy portret naszej stolicy -- tym razem ukazanej jako fuzja korporacyjnego piekiełka, krainy dziwów dla dilerów narkotykowych i ksenofobicznej wioski z nacjonalistycznymi półmózgami szamającymi kebaby (w przerwach od gnojenia imigrantów). Film jest tak wielką stratą czasu, że nie chcę się o nim nawet rozpisywać (poziom żartów to wymiany w stylu "Skąd dzwonisz?" - "Z dupy", a humor sytuacyjny to Jakub Gierszał biegający po mieście w celu pozbycia się pytona-przybłędy).

Za smutny stan rzeczy nie należy winić Bogu ducha winnych (i bez wyjątku zdolnych) aktorów, ale scenarzystów (jest ich wielu) i reżysera (niestety jest tylko jeden). Jeśli dobrze rozumiem, to ten randomowy produkt powstał z myślą o widowni PITBULLA -- o ile jednak Patryk Vega stworzył stuprocentowo swój świat, język i patent, o tyle tutaj mamy co najwyżej przemielone ochłapy innych filmów. Jak w najgorszej kebabowni: licho wie, jaki syf złożył się na ten zawinięty w plakat "przezabawnej komedii" śmiecio-posiłek.

Zostaliście ostrzeżeni.

Ocena: 1/10

Zerwany kłos (2017, Ludwig)

"Zerwany kłos" to drugi -- po "Powidokach" Andrzeja Wajdy -- najbardziej jawnie hagiograficzny film, jaki gościmy na polskich ekranach w roku 2017. O ile jednak Wajda uprawiał hagiografię świecką i osobistą, z ukrytymi (i nierzadko paradoksalnymi) podtekstami autobiograficznymi, o tyle film Witolda Ludwiga pozbawiony jest jakiejkolwiek indywidualności -- w całości zastąpionej patosem. Szkoda, że pierwszy od jakiegoś czasu polski "Christian movie" razi aż tak wielką amatorszczyzną i niezamierzoną śmiesznością, bo polski i światowy rynek na takie kino jest bardzo duży -- pod warunkiem, ze jest ono robione na poziomie.
Całość dowodzi prawdy dość podstawowej: żeby w filmie pojawił się przekonujący patos, reżyser musi wpierw umieć nakręcić przekonującą scenę smarowania chleba masłem. Tego drugiego w "Zerwanym kłosie" nie uświadczymy, bo też i cały film wygląda, jakby nakręcono go w aseptycznym skansenie sponsorowanym przez fabrykę krochmalu (a brzmi, jakby grających w nim polskich aktorów zdubbingowano po polsku). Dlatego też planowany patos wypada albo bezdźwięcznie, albo wręcz fałszywie. O próbach "humoru" nie wspomnę.
Mam szacunek do kultu bł. Karoliny Kózkówny, bo mam szacunek do chrześcijaństwa jako takiego. Życzę jednak polskim katolikom, by doczekali się filmów dewocyjnych na takim poziomie, jakie reprezentują choćby "Cuda z nieba" z Jennifer Garner (bo na polską "Przełęcz ocalonych" i tak jeszcze sobie poczekamy). Mam nadzieję, że ten film obejrzy w ten weekend jakiś młody, głęboko wierzący, dziko utalentowany młody reżyser (lub reżyserka), wyjdzie trzaskając drzwiami, zadzwoni do Ojca Dyrektora i powie: "Jeśli chcecie, ja zrobię Wam kolejny film dużo, dużo lepiej". Na miejscu Ojca Dyrektora powiedziałbym: "Umowa stoi".

Lekarstwo na życie (2016, Verbinski)

Nie jest dobrze, kiedy widz wyprzedza świadomość oglądanej postaci o dobrą godzinę projekcji. Mniej więcej w 70-tej minucie LEKARSTWA NA ŻYCIE Gore'a Verbinskiego -- horroru osadzonego w złowróżbnym szwajcarskim sanatorium, pełnym mrocznych sekretów z przeszłości i podejrzanie zadowolonych kuracjuszy -- ktoś mówi: "To miejsce jest bardzo dziwne" . A widz wybucha śmiechem: tak, jest zaiste dziwne! Tylu słoików z płodami i węgorzami, tylu spoglądających spode łba alpejskich rednecków, takiej "białej damy" balansującej w oddali na gzymsie pałacu w zwiewnym tiulu nie było w kinie od dawna. Verbinski nie kręci jednak poczciwego, miłośnie spatynowanego horroru a-kuku w stylu KOBIETY W CZERNI; nie, on napina każdy mięsień i mierzy w (co najmniej!) nowe LŚNIENIE.
146 minut tej przestrzelonej ambicji jest dość męczące: całość wygląda jak skrzyżowanie CZARODZIEJSKIEJ GÓRY z THE WICKER MANEM (tym gorszym, z Cage'em), z domieszką makabry à la Jeunet/Caro. Na wypadek, gdybyśmy tych aluzji nie odczytali, sanitariusz w jednej scenie czyta Manna (w twardej oprawie), a drugoplanowa Mia Goth została najpewniej obsadzona po zwycięstwie w konkursie na sobowtóra Shelley Duvall. Pomysł Verbinskiego na grozę to głównie kłębiące się węgorze plus trupi fetor; w jednej "odjechanej" scenie creepy pielęgniarz masturbuje się wgapiony w obwisły biust chudej jak szczapa lekarki, upozowanej na wampa à la NOCNY PORTIER.
Nie powiem: pod sam koniec spiętrzenie głupot i pretensji jest tak wielkie, że nagle film odrywa się od ziemi -- sceny balu, pożaru i finalnej walki mają jakąś obłąkańczą energię. Niestety, ten scenariusz z powodzeniem mogli by przenieść na ekran tylko tak zbzikowani wizjonerzy, jak Nicholas Roeg, ewentualnie Ken Russell (dzisiejszymi czasy: Sam Raimi). Verbinski natomaist dyszy i się męczy, celując w horrorowego klasyka i chybiając -- zresztą nie pierwszy raz w swojej karierze -- co najmniej o kilka półek.
Ocena: 4/10