14 lutego 2019

Kochankowie (2009, Gray)


W nowym Reaction Shocie na Filmwebie piszę o Kochankach (2009) Jamesa Graya. Zapraszam do lektury.

Green Book (2018, Farrelly)


Kilka myśli wokół GREEN BOOK.
It's a long walk, but walk with me.
(1) Jeśli jeszcze raz usłyszę, że to "wielka niespodzianka", że Peter Farrelly potrafi reżyserować, a przecież wcześniej zrobił GŁUPIEGO I GŁUPSZEGO (a nawet SPOSÓB NA BLONDYNKĘ!), zacznę ciskać w ludzi egzemplarzami DVD z GŁUPIM I GŁUPSZYM i ze SPOSOBEM NA BLONDYNKĘ. Dlaczego...? Bo są to świetnie wyreżyserowane filmy; klasyki gatunku gross-out comedy (komedii obrzydliwości), pokazujące że Farrelly i jego brat Bobby jak nikt inny odrobili lekcję amerykańskiego slapsticku spod znaku Keatona, Lloyda i The Three Stooges (nic dziwnego, że zrealizowali współczesną wersję przygód tych ostatnich!). Co więcej, SKAZANI NA SIEBIE oraz DZIEWCZYNA MOICH KOSZMARÓW (oba Farrellych) należą do najlepszych ekranowych komedii lat 2000-ych.
Więc nie: nie jest niespodzianką, że Farrelly potrafi reżyserować; że ma dobry timing; że wie, jak poskładać scenę tak, by wydoić z niej maksimum komediowej możliwości. Facet jest, do licha, jednym z fachurów pod tym względem. Tylko dlatego, że film nazywał się GŁUPI I GŁUPSZY, nie znaczy, że był głupi. Przypomnę, że dwóch wybitnych aktorów -- Jeff Daniels i Jim Carrey -- stworzyło tam role w sposób nieustraszony nurkujące do najbardziej infantylnych odruchów i atawizmów, a zarazem role mistrzowskie pod względem timingu, tonu i niekwestionowanego ciepła między parą Filp-i-Flap-oidalnych głupków.
[Dla nieprzekonanych: swego czasu Bożena Janicka wystawiła filmowi „5” w tabelce Dziewięciu Gniewnych w dawnym „Filmie” i zażarcie broniła go na łamach „Kina” i na falach ówczesnego Radia Bis. Chwała Pani Bożenie.]
(2) GREEN BOOK jest bardzo dobrze wyreżyserowanym filmem. Ma znakomitych aktorów: Viggo Mortensen i Mahershala Ali dają z siebie wszystko. Świetnie dobrane tło muzyczne. Perfekcyjny montaż, który sprawia, że każda pauza i każde uderzenie muzyki; każde przydepnięcie pedału gazu przez Mortensena i każdy moment narracyjnego spokoju pracują jak jedna wielka, dobrze naoliwiona maszyna. Jest to wybitny crowd-pleaser; film grający na uczuciach widza jak Mozart grywał na klawesynie. Można się z tego filmu uczyć scenariopisarstwa, mechanizmów przemiany bohatera, aktorstwa -- i nie tylko.
(3) Nie zmienia to faktu, że jest to film bardzo problematyczny, o czym z jakiegoś powodu mało kto u nas pisze. A jako że w sprawie wypowiedział się właśnie prezes szacownej organizacji, jaką jest NCAAP (założona 110 lat temu i mająca zasługi w walce o zaprzestanie stereotypizacjo postaci czarnoskórych w filmach), to może warto jednak o tym wspomnieć. Otóż Derrick Johnson nazwał ten film 'krokiem w tył' w dziedzinie ukazywania czarnoskórych Amerykanów na ekranie -- i wcale mu się nie dziwię. Film został oparty na autentycznej historii przyjaźni Dona Shirleya i Tony'ego Vallalongi, ale o ile rodzina Vallalongi miała aktywny udział w tworzeniu tej opowieści, rodziny Shirleya nikt o zdanie nie zapytał (jej członkowie nazwali zresztą film "symfonią kłamstwa”). Więcej o oświadczeniu Johnsona tutaj:


(4) W swej obecnej formie, film jest opowieścią o tym, że jeśli czarnoskóry Amerykanin *naprawdę* się postara, tzn. jeśli nauczy się grać na pianinie jak wirtuoz i jeśli wyalienuje się z czarnej kultury na tyle, że sam fakt istnienia smażonego kurczaka będzie dla niego niespodzianką -- to wówczas może (może!) biały rasista z Bronxu zaprosi go na świąteczny obiadek, mimo że wcześniej wyrzucał szklanki użyte przez czarnoskórą ekipę remontową. Jest to więc opowieść edukacyjna o wyzbywaniu się rasistowskich uprzedzeń -- trochę jak WOŻĄC MISS DAISY sprzed lat trzydziestu. OK, ale problemem WOŻĄC MISS DAISY, co z perspektywy czasu widać wyraźnie, jest to, że w swoim anty-rasistowskim zacięciu releguje postać czarnoskórą do roli pomocniczej. Nie daje jej własnego życia. Spycha na margines opowieści. Instrumentalizuje jej egzystencję -- tak, by biała postać mogła sobie na koniec pogratulować moralnego wzrostu (podczas gdy postać czarnoskóra zostaje tam, gdzie zaczęła).
(5) W GREEN BOOK jest scena -- świetnie zagrana, zmontowana i wyreżyserowana -- w której postać Tony'ego Lipa, Włocha z klasy robotniczej, uczy spożywania smażonego kurczaka swego pracodawcę, Dr. Shirleya -- uosabiającego kulturowe wyrafinowanie do tego stopnia, że staje się nawet poetyckim suflerem małżeństwa Tony’ego (przyjmując na siebie rolę Cyrano de Bergeraca, dyktującego listy wskrzeszające zagrożone ekonomicznym stresem libido białego robotniczego małżeństwa z Bronxu).
Smażony kurczak to tradycyjne danie Afroamerykanów: tłuste, sycące, przepyszne. Danie o prowieniencji irlandzko-szkockiej, które na dobre ożyło na Amerykańskim Południu po tym, jak czarnoskórzy kucharze nadali mu pikanterii coraz to wymyślniejszymi mieszankami przypraw, a brak urządzeń chłodniczych wymuszał przygotowywanie potraw mogących przetrwać kilka dni bez lodówki (gruba panierka chroniła miękkie mięso). Jest to zarazem danie będące punktem sporu jako wygodne narzędzie rasowej sterotypizacji (podobnie jak arbuz), zwłaszcza że jego ikonicznym przedstawicielem globalnym został brodacz Colonel Sanders, o uśmiechu i garderobie białego konfederaty; dumnego posiadacza plantacji na Amerykańskim Południu.
No więc Tony Vallalonga uczy czarnoskórego bohatera jeść smażonego kurczaka: uczy go, jak "być czarnym", jak się "wyluzować". Wszystko super, ale dziwi mnie, że Polacy -- zazwyczaj tak przeczuleni na poziomie swojego wizerunku, że potencjalnie empatyczni wobec wykluczenia -- nie znajdują w tej scenie nieprzyjemnego echa. Wyobraźmy sobie scenę, w której Polak w Ameryce, wychowany na poniżających Polish Jokes (naprawdę ohydnych; poczytajcie sobie państwo), jest uczony jedzenia pierogów, bo "ma to przecież we krwi". Ile razy na różnych imprezach światowych, odmawiając wódki i pijąc kieliszek wina, słyszeliście państwo: "But you're Polish, you drink so much vodka! What's wrong with you?". Odpowiedź, że owszem, czasem lubimy wódkę, ale może nie mamy w tym momencie ochoty; że stereotyp Polaka chlejącego wódkę może nam nie pasować; że niekoniecznie chcemy być postrzegani poprzez najwęższą możliwą definicję polskości ("zimno - wódka - kiełbasa") -- ta odpowiedź skazana jest na niepowodzenie. Fajne?
GREEN BOOK w swojej najsłynniejszej scenie czyni Tony’ego Lipa tożsamościowym przewodnikiem Dr. Shirleya: Tony wie więcej o byciu czarnym, niż sam czarny. Dzięki temu widz filmu, jakkolwiek wąska jest jego/jej wiedza o czarnej kulturze, może pogratulować sobie tego samego. „Ha! Wiedziałem! Oni wszyscy najbardziej lubią smażonego kurczaka!”.
(6) Żyjemy w czasie agresywnej polityki tożsamościowej, osiągającej czasami wyżyny absurdu. Ale szaleństwa tej polityki nie powinny przesłonić faktu, że GREEN BOOK naprawdę oswaja stereotyp i sprawia, że możemy sobie po seansie pogratulować tolerancyjności, mimo że w filmie nie poznajemy ani jednej postaci czarnoskórej, która definiowałaby samą siebie w kategoriach dumy z dziedzictwa czarnej kultury.
Sam Shirley jest pokazany jako odmieniec kulturowy i seksualny, który dla przedstawicieli własnej rasy jest podejrzany (jak przytomnie zauważył wybitny amerykański krytyk Odie Henderson: w filmie nie ma nawet sugestii, by czarnoskórzy mogli być dumni z osiągnięć Shirleya i by mogły one rozbudzać w nich marzenie o emancypacji). Znamy oczywiście ten typ odmieńca, bo grał go już wiele razy Sidney Poiter, który w ZGADNIJ, KTO PRZYJDZIE NA OBIAD? Stanleya Kramera był tak prawy, dobry, wykształcony i odprasowany, że nie został w nim już już nawet centymetr na rozpoznawalny krwiobieg ludzkich emocji — a i tak nie wystarczało to, by jego narzeczeństwo z córką zamożnych WASP-ów nie było problematyczne do tego stopnia, że Poiter musiał niejako usprawiedliwiać własną egzystencję przed białym trybunałem.
[Swoją drogą, polecam wybitny esej Hendersona o tym filmie; oddałbym lewą rękę, żeby u nas tak pisano o kinie!]
(7) Nie namawiam do tego, żeby nie oglądać GREEN BOOK. Obejrzyjcie. Wyróbcie sobie zdanie. Każdy widz może się cieszyć rzemiosłem tego filmu; rzemiosłem wybitnych aktorów. Ale zdajmy sobie sprawę, że wokół tego filmu toczy się pewna niełatwa kulturowa rozmowa; że rok 2019 nie musi być wcale czasem bezrefleksyjnego zachwytu nad dobrymi intencjami deklarowanymi przez twórców. Na naszych oczach powstają dziś filmy naprawdę nowatorsko i odważnie podchodzące do napięć rasowych w stanach — MOONLIGHT, BLINDSPOTTING — i stereotyp „biały uczy się szanować czarnego, mimo że czarny nie ma jednej sceny, w której nie zależałby od tego, jak postrzega go biały” może już nie być najlepszą matrycą dla kina opowiadającego o tych kwestiach.

6 lutego 2019

Faworyta (2018, Lanthimos)



FAWORYTA: Ciąg dalszy Yorghosa Lanthimosa przygód w królestwie zwierząt: po kłach, homarach i rannych jeleniach --osadzonych w mniej lub bardziej wystylizowanej klasie średniej -- nieuchronnie przyszła pora na ukazanie bestialstwa warstw najwyższych. 
Dwór osiemnastowiecznej Królowej Anny roi się więc od udomowionych królików (traktowanych przez monarchinię jako substytuty zmarłych dzieci), skrzeczących w oddali lisów, dumnych kaczek i wyścigowych homarów, a dwie kobiety konkurujące o względy monarchini sięgają po cały arsenał strategii zwierzęcych (od znaczenia terenu, poprzez plucie jadem, aż po kąsanie przeciwnika), byle tylko zapewnić sobie wyższe miejsce na drabinie przywileju.
Olivia Colman, Rachel Weisz i Emma Stone dają popis przewrotności w tym XVII-wiecznym remake'u WSZYSTKIEGO O EWIE, a operator Robbie Ryan (zapamiętany z niekonwencjonalnego filmowania kostiumu w WICHROWYCH WZGÓRZACH Andrei Arnold) nadaje całości sznyt dowcipnej klaustrofobii przepychu: szerokokątne obiektywy chwilami zaokrąglają przestrzeń wokół bohaterek w 'rybie oko' kojarzone z kamerami inwigilacyjnymi, a nagłe obroty wokół własnej osi stają się rodzajem wizualnego dowcipu. Predylekcja do naturalnego światła nawet w scenach nocnych ze świecami i pochodniami każe dodatkowo myśleć o BARRYM LYNDONIE -- pamiętnym 3-godzinnym żarcie Stanleya Kubricka; innego reżysera postrzegającego cywilizację jako żałosną kapotę przybraną dla picu przez stado nienażartych bestii, jakimi wszyscy jesteśmy.
Film jest wzorcowym wręcz przykładem mainstreamowego transferu awangardowej wrażliwości: po dokładnie 10 latach od całkowicie oryginalnego KŁA, inicjującego na dobre Grecką Nową Falę, Lanthimos zbiera dziesięć nominacji Oscarowych, odpowiednio modulując swój styl i tonując jego najbardziej szokujące elementy (jeden malutki króliczek pozbawiony życia z dosłownością pamiętaną z poprzednich dzieł -- i takiego sukcesu oscarowego mogłoby już nie być).
Cynizm tego filmu jest bardzo głęboki: pokazuje świat jako przestrzeń atawistycznej walki o pozycję, w której feromony, ostre kły i lisia przebiegłość są o wiele ważniejsze, niż jakakolwiek wartość transcendentna. Ostatnie, potrójnie przenikające się ujęcie pokazuje mechaniczny seks (z jedną partnerką pogrążoną w otępiałej rozkoszy, a drugą: w magmie nagłej zadumy) i stado mnożących się królików jako rodzaj wiecznie aktualnej historycznej pętli, na kształt leninowskiego "kto kogo" (a zwierzęta i tak nas przeżyją).
Nagłe eksplozje współczesnych bluzgów, wespół z zapewnieniami reżysera w wywiadach, dodatkowo potwierdzają fakt, że FAWORYTA jest o naszym tu i teraz -- i jeśli coś mi przeszkadza, to że wielu widzów i krytyków wydaje się traktować diagnozę Lanthimosa jako absolutną rewelację. Jest to tymczasem film dość płytki i bardzo prosty: wirtuozerski formalnie, mechaniczny, zmyślny, ładnie kłaniający się KONTRAKTOWI RYSOWNIKA (Lanthimos użył nawet autentycznej peruki pożyczonej od Greenewaya) -- ale nie wydał mi się żadnym objawieniem. Kunsztowny cynizm dandysa-hipstera to dla mnie ciut za mało na arcydzieło, a humor wygrywany niemal non-stop na rejestrze nazwanym przez Jonathana Romneya w "Sight & Soundzie" (Jan-Feb/19) mianem "gówna na aksamicie" też może po dwóch godzinach najzwyczajniej zmęczyć.
Tym jednak, co broni się absolutnie, są znakomite aktorki -- spośród których Emma Stone naprawdę doskakuje do stratosfery. Of the three, she was my favourite.
Moja ocena: 7/10

21 stycznia 2019

Dom, który zbudował Jack (2018, Trier)


Nie czułem się na siłach pisać o tym filmie w weekend żałoby narodowej; oto więc kilka lekko spóźnionych myśli o DOMU, KTÓRY ZBUDOWAŁ JACK Larsa von Triera:

1. Jest to film bardzo dobry, co nie znaczy, że polecam jego obejrzenie każdemu. Stężenie przemocy psychicznej i fizycznej jest tu tak duże, a naruszone tabu tak liczne i tak centralne dla naszej kultury, że na spotkanie z JACKIEM wyruszać należy w zbroi z odbiorczej samoświadomości, a nade wszystko: z ironii. Absolutnie nie uważam, by konfrontacja z prowokacją von Triera miała być dla kogokolwiek "lekturą obowiązkową". Mroku na co dzień mamy wystarczająco dużo. Z drugiej strony: zdaję sobie sprawę z tego, że dla wielu osób z mojego pokolenia (dla mnie nie) jest to twórca formacyjny, co może owocować niejako "odruchową" wizytą w kinie.

2. Można żartobliwie powiedzieć, że coś musi wisieć w powietrzu, kiedy w jednym roku Lars von Trier i Krzysztof Zanussi kręcą filmy dokładnie na ten sam temat. Oczywiście, Trierowski Jack idzie o wiele dalej, niż grany przez Jacka Poniedziałka lekarz w ETERZE, ale faustowskie podglebie jest ewidentne w obydwu przypadkach (w obydwu pojawia się też motyw udręczonych ludzkich ciał jako elementów instalacji artystycznej: u Zanussiego były to "żywe rzeźby" drżące na mrozie). I Trier, i Zanussi, zadają pytanie o los ludzkiej duszy w starciu z absolutnym nihilizmem. Odpowiedzi są -- delikatnie mówiąc -- różne, ale warte porównywania.

3. Pod względem formalnym film jest filozoficzną, amoralną czarną komedią, której najbliższym filmowym odpowiednikiem jest arcydzielne SZLACHECTWO ZOBOWIĄZUJE Roberta Hamera z 1948 roku. Mamy więc pierwszoosobową narrację seryjnego mordercy, wygraną na makabrycznym kontraście jego lingwistycznego wyrafinowania (i estetycznej samoświadomości) z grozą czynów, których dokonuje.

4. Pytaniem, jakie każe nam postawić sobie Trier, jest istota naszego przyzwolenia na obrazy okrucieństwa, jakie nasza kultura generuje. Pod tym względem film jest dalekim krewniakiem pierwszych FUNNY GAMES: podobnie jak kiedyś Austriak, tak teraz Duńczyk podaje nam tę samą pigułkę sadyzmu, co niezliczone dzieła popkultury -- tyle że czyni to bez słodkiej polewy, zazwyczaj je pokrywającej dla łatwiejszej konsumpcji. My, czyli widzowie JACKA, jesteśmy tymi samymi widzami, którzy bez mrugnięcia okiem łyknęli osiem sezonów DEXTERA (Michael C. Hall jako uroczy seryjny zabójca), pięć sezonów BREAKING BAD (z dowcipami takimi jak rozpuszczone w kwasie zwłoki przeciekające z piętra na piętro), czy serię filmów o PILE, w której okrucieństwo traktowane jest jako (umoralniająca) karnawałowa zabawa. Fakt, że na miksturę Triera reagujemy odruchem wymiotnym, jest pośrednim oskarżeniem tych wszystkich wyżej tekstów kultury, oswajającymi sadyzm jako formę makabrycznego wodewilu.

5. Jak zauważył na łamach "Sight & Sounda" Mark Kermode, ostatnie ujęcie JACKA ---- SPOILER! ---- czyli bohater męski wpadający w piekielną czeluść, jest dokładnym odwróceniem wizualnej kody najsłynniejszego filmu reżysera, PRZEŁAMUJĄC FALE, w którym z nieba biją dzwony, czekające na przyjęcie nowej świętej, granej przez Emily Watson. Jako takie, jest to ujęcie aktem przewrotnego samooskarżenia. Cały film jest zresztą kpiarskim autoportretem, w którym Trier bierze na siebie absolutnie każdą krytykę, jaką kiedykolwiek wypowiedziano pod jego adresem -- po czym intensyfikuje ją w stopniu (dosłownie) infernalnym. Jest w tym albo wielka pokora, albo wielka próżność.

6. Nie jest przypadkiem, że film ma premierę w czasie, w którym (w stopniu nie mającym precedensu bodaj od lat 1940-tych), kultura filmowa jest coraz to powszechniej traktowana jako platforma moralnego ulepszenia odbiorców. Magiczne przekonanie, zgodnie z którym filmy głoszące inkluzywność uczynią świat bardziej inkluzywnym miejscem, znajduje się w samym centrum Trierowskiego ataku. Oskarża nas on o moralne samooszustwo, lokujące walkę dobra ze złem gdzieś indziej, niż w nas samych.

7. Nie wrócę do tego filmu. Jego oglądanie było dla mnie udręką, mimo maestrii realizacji. Nie ma co jednak oszukiwać się, że nie jest to film z przerażającą precyzją chwytający ducha naszego czasu. Jeśli ktoś chce się z barometrem Triera skonfrontować, droga wolna. Zostaliście ostrzeżeni.

13 stycznia 2019

Ralph Demolka w Internecie (2018, Moore/Johnston)



RALPH DEMOLKA W INTERNECIE: Dobry sequel do hitu sprzed sześciu lat, wrzucający bohaterów w bezkres rzeczywistości wirtualnej z misją ocalenia oldskulowej gry komputerowej, stanowiącej dotąd jedyną rzeczywistość Wandelopy von Cuks, najlepszej przyjaciółki tytułowego osiłka. 
W tej odsłonie Ralph nie jest już rozgoryczonym proletariuszem świata gier, skazanym na gniewne rozwalanie mieszczańskiej kamienicy (odbudowywanej następnie przez strażnika gentryfikacji imieniem Felix). Tym razem Ralph popija sobie piwko korzenne (albo, jak chce dowcipne tłumaczenie polskie, kwas chlebowy) w grze "Tapper" -- także zakorzenionej w robotniczym uniwersum taniej, zmaskulinizowanej piwialni, ale pozbawionej elementu destrukcyjnego (stąd brak w oryginalnym tytule filmu słowa "Wreck-It").
Ideałem tego nowego Ralpha jest bezruch i brak zmiany: osiągnął w części pierwszej to, czego chciał, i jest mu z tym dobrze (można by go od biedy przechrzcić na Stasis Raplh). Jego radykalnie anty-nietzscheańskie ukontentowanie "głupotą życia wiejskiego" znajduje przeciwwagę w niepokoju i egzystencjalnym nienasyceniu Wandelopy, reprezentującej w filmie żeński element ciągłej przemiany. To właśnie pragnienie Wandelopy, by świat cukierkowej gry wyścigowej w końcu się odmienił, rozpoczyna narracyjny efekt domina, koniec końców wtrącający bohaterów w uniwersum chaosu i totalnej możliwości -- w internet właśnie, ukazany tu jako wcielony kapitalizm korporacyjny, z elementami wywrotowymi zepchniętymi w głębie dark netu.
Bohaterowie przemierzają nieskończoną metropolię, architektonicznie ujednoliconą i zaludnioną przez miliony konsumentów, gdzie jedynym elementem zindywidualizowanym (i jedynym nośnikiem swoistego graficznego piękna) są loga gigantów sieciowych, wyniesione na szczyty wieżowców niczym totemy władzy. Zwizualizowany internet jest w tym filmie samozarządzającą się wspólnotą przyjemności i interesu (a najczęściej jednego i drugiego), z jedyną formą demokracji zneutralizowaną do kilometrowych wież spływających jeden po drugim komentarzy internautów. Jest to też -- podobnie, jak świat READY PLAYER ONE -- popkulturowa super-wspólnota, w której wytwory dwudziestowiecznej masowej wyobraźni znajdują wspólną ojczyznę.
Sprawa komplikuje się w momencie, w którym Wandelopa trafia przypadkiem do gry skonstruowanej dokładnie pod sztancę jej najbardziej wypieranych pragnień: czyli do stanowiącej totalne przeciwieństwo "Sugar Rusha", metalowo-postapokaliptycznej "Slaughter Race", z twardą dziewczyną imieniem Shank jako nowym wzorcem emancypacji, w którym Wandelopa od razu się zakochuje (głosu Shank udziela, nieprzypadkowo, Gal Gadot, "Wonder Woman").
*ODTĄD SPOILERY* Wandelopa odnajduje się w tej nowej konwencji tak bardzo (po dodatkowej konfrontacji z archaicznymi wzorcami kobiecości ubezwłasnowolnionej, wcielonymi tu przez tuzin disnejowskich księżniczek), że koniec końców postanawia w niej zamieszkać -- co wywołuje w niegotowym na zmianę Ralphie gniew i zawiść tak wielką, że sprowadza on (częściowo niechcący) wirusową plagę na cały internet.
Finał filmu jest arcyciekawy. Ralph (ubrany w swoją proletariacką kraciastą koszulę i niedopięte portki robocze: wcielenie męskości niepotrzebnej w świecie cyfrowym; doskonały anty-nerd) okazuje się tak bardzo niegotów na zmianę, że uruchamia proces apokaliptycznej zagłady: oto na naszych oczach powstają miliony klonów Ralpha, formujących w końcu jednego super-Demolkę, przypominającego skłębioną masę potępieńców ulepionych w ludzki kształt ręką samego diabła (ta kłębiąca się ciżba mini-Raplhów zredukowanych do piekielnego czołgania się bez celu jest naprawdę przerażająca -- mógłby ją namalować sam Bosch).
Na sam koniec dostajemy niecodzienny u Disneya apel o uszanowanie rozłączności marzeń: marzenia Wandelopy i marzenia Ralpha nie muszą być tożsame; terapeutyczna wartość filmu polega na ukazaniu udanego rozszczepienia najlepszych kumpli w dwa oddzielne, dorosłe byty.
Film jest bardzo dobry, Alan Menken dokonuje udanej autoparodii w przesłodzonej odzie na rzecz postapokaliptycznej gierki (piosenka "A Place Called Slaughter Race"), a muzyka Henry'ego Jackmana to udana fuzja symfonicznego przytupu i elektronicznej jazdy bez trzymanki. Mimo to wizja rozparcelowanej wyobraźni, jaką okazuje się internet w tym filmie, jest dość przerażająca. Jak napisał krytyk Odie Henderson: "Dałbym o gwiazdkę więcej, gdyby Ralph pozostawił internet zepsutym".
Polecam. Ode mnie: 7/10