31 lipca 2018

Dzień świstaka (1993, Ramis)



W najnowszym Reaction Shocie na Filmwebie wracam do klasycznej komedii Harolda Ramisa, Dzień świstaka, od której premiery upłynęło w lutym 25 lat. Zapraszam do lektury.

6 czerwca 2018

First Reformed (2018, Schrader)






Najnowszy film Paula Schradera, PIERWSZY REFORMOWANY (FIRST REFORMED; od nazwy protestanckiego kościoła), jest wychwalany w Stanach pod niebiosa. „Powrót geniusza”, etc. Ta opowieść o kapłanie miotanym kryzysem wiary, którego czarna rozpacz (i żałoba po synu zabitym w Iraku) rzuca aż na skraj samobójczego eko-terroryzmu, jest przedziwnym destylatem wszystkich wpływów, jakie przez całe swe twórcze życie Schrader przepracowywał. Jest to więc po trosze DZIENNIK WIEJSKIEGO PROBOSZCZA Bressona (kadry 1.33:1, spisywany ręcznie pamiętnik bohatera, ściszona ekspresja aktorska), a po trosze GOŚCIE WIECZERZY PAŃSKIEJ Bergmana (przywołani tak dosłownie, że aż parodystycznie: głównie przez postać terminalnie wątpiącego mężczyzny i nieładnej kobiety ze zboru, dyskretnie walczącej o względy duchownego).

Jakby tego było mało, Schrader dorzuca pod koniec lewitację jak z SOLARIS i OFIAROWANIA Tarkowskiego (w gwiezdnym sosie à la Malick), nawiązuje do napisanego przez siebie TAKSÓWKARZA (najazd na szklankę z miksem: whisky plus różowy Pepto-Bismol jest jak najazd na musujący w tamtym filmie Alka-Seltzer), a kończy całość akcentem erotyczno-pasyjnym, w którym ciało zostaje oplecione drutem kolczastym, na stole stoi gotowa do toastu szklanka płynu do udrażniania rur, a spiralny ruch kamery wokół całującej się pary (znak „wybawienia przez miłość”) łączą się w jedyne w swoim rodzaju kiczowato-ascetyczno-patetyczne crescendo. Jednym słowem: jest to film obłąkany, w którym fiksacja ekologiczna nigdy nie ulega zakwestionowaniu (Hawke pyta retorycznie: „Kto korzysta na gwałcie ziemi?”, a widz ze Środkowej Europy chce odruchowo odpowiedzieć: „Ależ ty, amerykański pastorze, w swym przestronnym ogrzewanym domu i idealnie urządzonej, nigdy nie głodującej wspólnocie, chronionej militarną siłą supermocarstwa”).

Schrader wdarł się na światową scenę TAKSÓWKARZEM w reżyserii Martina Scorsese: ponurą opowieścią o człowieku zmielonym przez amerykański imperializm (wojna w Wietnamie) i liberalizm jednocześnie (dieta z napoi słodzonych i fast foodu; obsesja porno), który rozpoznaje Nowy Jork lat 1970-tych jako przestrzeń Apokalipsy i postanawia samozwańczo przyspieszyć zwiastowane w Księdze Objawienia rytualne oczyszczenie przez krew. PIERWSZY REFORMOWANY jest uaktualnieniem tej samej opowieści na czasy Trumpa, przy czym zło jest tu wciąż definiowane po purytańsku – grzechem jest „skażenie” (w TAKSÓWKARZU było to skażenie ciała młodej kobiety męską chucią; tutaj jest to skażenie środowiska chęcią zysku). Szkoda, że za reżyserię nie zabrał się jakiś udręczony, wybitny katolik (jak Scorsese); może byłoby w tym wszystkim trochę więcej seksu i poezji (z drugiej strony: poetycko udręczonych katolików coraz mniej na tej ziemi, bo ci którzy zorientowali się, że Kościół nie zamierza poluzować w kwestiach seksualnej moralności, po prostu od Kościoła się mniej lub bardziej odkleili, ewentualnie przywarli do kokieteryjnych półsłówek Franciszka). Niemniej jednak mamy do czynienia z kinem fascynującym, a rola Hawke’a jest naprawdę wielka. (Wątek rasowy, ledwo tknięty, byłby moim zdaniem płodniejszy od ekologicznego – ale mniejsza o to.)

W sumie, to nie wyobrażam sobie lepszego double-bill niż sparowanie PIERWSZEGO REFORMOWANEGO na jednym seansie z WIEŻĄ. JASNYM DNIEM Jagody Szelc. Może ktoś podsłucha pomysł i podchwyci – żadnych praw doń bynajmniej nie zastrzegam, a z plagiatu wręcz się ucieszę.

13 maja 2018

120 uderzeń serca (2017, Campillo)

Poprzedni film Robina Campillo (EASTERN BOYS) był moim ulubionym filmem roku 2013. Ten nowy plasuje się około 6/10.
Ta pieśń heroiczna na cześć francuskiego ACT UP jest zbyt uładzona, zbyt tryumfalna z samego założenia i nazbyt skupiona na jawnym mitotwórstwie, by móc odświeżyć rozmowę o emancypacji LGBT i roli, jaką w procesie tym odegrało spektrum reakcji społecznych na epidemię AIDS.
Nie idzie tylko o rozwodnienie fabuły i skupienie się na politycznym procesie wykuwania strategii ruchu i wcielania go w życie -- choć oczywiście smakuje to i KLASĄ (której Campillo był współscenarzystą), i prawdziwie przełomowym filmem telewizyjnym, czyli A ORKIESTRA GRAŁA DALEJ sprzed dokładnie ćwierć wieku.
Rzecz w tym, że zawężenie spojrzenia jest tu zbyt daleko idące. Campillo w ogóle nie przeszkadza, że pokazuje zaledwie wycinek społeczności -- co więcej, nie ma oporów w wymazywaniu backgroundu rodzinnego, ekonomicznego i kulturowego bohaterów, ukazując ich w zasadzie tylko w ekstazie: czy to politycznej, czy to tanecznej, czy seksualnej.
Taka strategia pomaga rzecz jasna w wzmocnieniu wymowy afirmatywnej dzieła, ale dociekliwego widza pozostawia z rodzajem niedosytu -- tym silniejszego, że przywoływana przez Campillo (nieironicznie) rewolucyjna retoryka, włącznie z patetycznym passusem o rewolucji lutowej 1848 roku, po prostu trąci myszką. Jesteśmy dziś mądrzejsi o pół wieku selektywnej degradacji ideałów pokolenia 1968, któremu -- chcąc nie chąc (ale raczej chcąc) -- film Campillo poddańczo salutuje. Zrównanie rozwiązłości z wolnością, jakie ruch gejowski przejął w swojej najbardziej żywotnej fazie (lata 1969-1980), było bezpośrednim spadkiem po nieodpowiedzialnej retoryce wytopionej w młynach kanapowego marksizmu zachodniego. Cenę za etos całkowitego wyzwolenia zapłacili jednak nie okupujący owe kanapy intelektualiści (choć oni, bywało, także), tylko rzesze ludzi wierzących znienacka, że przyjemność nieskrępowana konwencją społeczną jest najlepszą odpowiedzią na wieki (rzeczywistej i nierzadko zbrodniczej) opresji.
Można powiedzieć, że osoby nieheteronormatywne zostały zdradzone podwójnie: i przez anarchizującą lewicę, niezainteresowaną kultywowaniem cnoty umiarkowania ani w wersji hetero, ani homo -- i przez stronę konserwatywną, dla której kryzys AIDS stało się nader wygodnym polem do manifestowania pogardy, homofobii i moralnej wyższości, owocującej także zaniechaniami w kwestii społecznej prewencji choroby (trochę na zasadzie: "niech ćpuny i pedały zdychają").
Od filmu realizowanego w roku 2018, przychodzącego już po serii niezbędnych i szlachetnych dzieł emancypacyjnych -- od FILADELFII po OBYWATELA MILKA -- oczekiwałbym choćby śladowego skomplikownia sprawy i odnowy spojrzenia. Szkoda, że Campillo poszedł ścieżką najlżejszego oporu, z teledyskowymi scenami z parad ACT UP, a nawet z tak wysłużoną figurą kina rewolucyjnego, jak montowanie protestów z aktem seksualnym (to w scenie finałowej).
Tym, co ratuje film, jest siła centralnej opowieści miłosnej, w której seks i poświęcenie dla partnera nie tylko występują ramię w ramię, ale wręcz zdają się wzmacniać wzajemnie -- uświadamiając widzowi, że obydwie te rzeczy stanowią po prostu aspekty oddania i miłości, do których to -- wedle homofobicznych narracji żywotnej w Polsce po dzień dzisiejszy -- osoby LGBT są ponoć niezdolne.
Warto jako przyczynek do dyskusji ze znajomymi po seansie. Jako opowieść filmowa -- jednak zawód.

3 maja 2018

Śmierć Stalina (2017, Ianucci)



Ocena: 7/10

ŚMIERĆ STALINA to bardzo udany film. Armando Ianucci tak skutecznie nabił sobie biceps kręcąc polityczne satyry (od IN THE LOOP po serial FIGURANTKA), że przenesienie się do ZSRR lat 30-tych nie stanowi dlań żadnego inscenizacyjnego problemu.
Co najciekawsze, ta hiper-wisielcza, arcyczarna komedia o politycznym terrorze, gumowych kręgosłupach i wojnach podjazdowych tuż po odejściu "Wujka Joe", wcale nie wydaje się spoglądać w przeszłość. Przeciwnie, sprawia wrażenie proroczo wychyonej w przyszłość -- a na pewno mocno wsłuchanej w nasze tu i teraz.
Oczywiście śmiejemy się bardzo, kiedy bohaterowie dwoją się i troją, by nie podpaść Stalinowi i jakoś grać śliskimi pionkami na wiecznie ruchomej szachownicy. Kto by się nie śmiał; toż to Bareja skrzyżowany z maestrią dialogu rodem z YES, MINISTER...! Ale nie da się ukryć, że te same mechanizmy rozpaczliwej autocenzury powracają dziś w świecie, w którym w każdym momencie można zostać "wymazanym" równie skutecznie, jak wymazane są twarze ze zdjęcia w ujęciu ostatnim u Iannuciego. W świecie rządzonym tożsamościową histerią -- i zawiadowanym przez medialne (tudzież socialmediowe) sądy kapturowe -- panika i kalkulacja wzmaga się wprost proporcjonalnie do rozkwitu neopurytańskiej retoryki, obiecującej oczyszczenie rzeczywistości z elementów naruszających konsensus. (Ta retoryka, co ważne, kwitnie tak samo bujnie po obydwu stronach anachronicznie definiowanej barykady lewo-prawo -- obydwie czują taką samą potrzebę czystki, której parodię stanowi przecież "zablokowanie kogoś na FB".)
Oczywiście można przyjąć lekturę uproszczoną i uspokajającą, wmawiając sobie, że chodzi tu tak naprawdę o Trumpa i tzw. populizm (piszę "tzw" , bo jest to pojęcie używane czysto instrumentalnie, a nie deskryptywnie -- często zresztą przez ludzi skorych do poulizmu w sprawach im bliskich). Ale sprawa jest o wiele głębsza. Iannucci chcąc nie chcąc postawił przed zachodnią liberalną demokracją krzywe zwierciadło stalinizmu (znamienne: anglosascy aktorzy nawet nie markują rosyjskiego akcentu) i każe zapytać, na ile brak moralnej busoli i paniczny lęk przed skazaniem na (społeczny, a co za tym idzie: faktyczny) niebyt stanowi niezbywalny element robienia polityki w epoce Nowej Plemienności, w której obecnie żyjemy.
Zaskakujący film, nadspodziewanie aktualny i świetnie zrealizowany. Polecam. I marzę, by odbył się obowiązkowy seans dla naszych parlamentarzystów.

14 kwietnia 2018

Milos Forman (1932-2018)



Odszedł Miloš Forman. Jego AMADEUSZA obejrzałem w kinie jako ośmiolatek; zabrali mnie Rodzice. Wrażenie było piorunujące, mimo że niewiele rozumiałem.

Potem były ciarki i wielokrotne seanse LOTU NAD KUKUŁCZYM GNIAZDEM i PALI SIĘ, MOJA PANNO. A potem, w wiele lat później, pewne rozczarowanie powrotami do tych filmów; odnajdywanie w nich jakiejś kwaśnej nuty; jakiejś cwaniakującej groteski, na tle której delikatniejsze i mniej "popisowe" dzieła czeskich nowofalowców -- SKLEP PRZY GŁÓWNEJ ULICY, INTYMNE OŚWIETLENIE, SPOSÓB CUTTERA -- jaśnieją jednak mocniej (choć mniej jaskrawo).

Dziś darzę AMADEUSZA wręcz niechęcią za ciągłe granie pod publikę (skuteczne; ludzie wciąż ubóstwiają ten film w sposób dla mnie niepojęty), ale w całej filmografii Formana dwa punkty pozostają dla mnie nie do pobicia: po pierwsze, pojedynki między Jackiem Nicholsonem a Louise Fletcher w LOCIE, a po drugie (tak) CZŁOWIEK Z KSIĘŻYCA, czyli portret autystycznego komika Andy'ego Kaufmana (swoistego anty-Mozarta).

Myślę, że pewne sceny z jego filmów doczekają się wkrótce ostrzału z flanki #metoo (vide pokątne rozbieranie rekrutek do konkursu na miss remizy w PALI SIĘ..., lub słynny monolog Elizabeth McGovern w RAGTIME, wygłaszany z biustem na wierzchu bez żadnej dramaturgicznej potrzeby) -- a inne, te rzadziej oglądane (CZARNY PIOTRUŚ, ODLOT) zostaną odkryte na nowo. I słusznie.

Dla mnie Forman pozostaje geniuszem popisowej, czasem agresywnej reżyserii -- ale i wcielonym typem dziko utalentowanego wschodnioeuropejczyka, który dopiero w amerykańskim słońcu odnalazł ukontentowanie -- i do końca swych dni promieniował na zewnątrz godną pozazdroszczenia energię nasyconego sybaryty. (To nie przypadek, że jego VALMONT był bohaterem pozytywnym.)

Spójrzcie na jego twarz w epizodach aktorskich w ZGADZE Nicholsa i ZAKAZANYM OWOCU Nortona. To był facet spełniony. Tę samą nutę zaspokojonego apetytu na życie, jaki potrafiła rozniecić wyłącznie systemowa opresja, a zaspokoić mógł tylko American Dream, widać było także w oczach "imiennika à rebours" Formana, czyli Czesława Miłosza. Patrząc na nich można było tylko powiedzieć: "Kto geniuszowi zabroni?".

Miloš Forman był geniuszem i szczęściarzem. Wylosował nie jeden, ale dwa losy na loterii: talentu i utrafienia w swój czas w skali globalnej. W tym sensie miał farta większego, niż bohaterowie, których sobie ukochał -- zarówno bowiem Mozart, jak i Francisco Goya, a także Andy Kaufman, Larry Flynt i Coalhouse Walker, Jr. z RAGTIME'u potykali się z rzeczywistością za ciasną na ich wizje, apetyty i aspiracje; zdeterminowaną, by ich zmiażdżyć.
Zmiażdżyć... trochę jak siostra Ratched swoich pacjentów. I to dlatego eksplozja radości z pokazania środkowego palca wszystkim tyranom i tyraniątkom tego świata rozsadza LOT NAD KUKUŁCZYM GNIAZDEM i jego widzów do dnia dzisiejszego. Forman wiedział, o czym opowiada: dla Amerykanów Ratched mogła być " metaforą establishmentu", ale każde wschodnioeuropejskie oko rozpozna w niej zagęszczony destylat każdej chamskiej sklepowej i każdego plującego jadem urzędasa z przekąsem informującego, że "jest kolejka, obywatelu", jaki kiedykolwiek zasiadł za wszechwładnym "okienkiem" za Żelazną Kurtyną.
Forman rozbił "okienko" i dał urzędasowi w zęby. Wzbił się ponad system siłą własnych mięśni. I za to mu wieczna chwała, podziw i szacunek.
RIP.

4 kwietnia 2018

Player One (2018, Spielberg)


Perwersyjna pochwała tzw. realu, spisana niemal w całości w efektownym CGI. Szybkie tempo nie jest w stanie zamaskować faktu, że całość jest serią nabożnych rewizyt, składanych w kolejnych kaplicach popkultury: niektórych w postaci dialogowej wzmianki, niektórych w formie rozbudowanego set-piece'u (tak jak w sekwencji rozegranej w Kingowsko-Kubrickowskim hotelu Overlook).
A jednak, mimo całej wizualnej trzęsawki, film ma posmak wosku: w końcu czym innym, jeśli nie gabinetem figur woskowych w VR-rze, jest cały ten show...? Ta "podróż bohatera", przeprowadzona od początku do końca w świecie popkulturowych odniesień, jest w filmografii Spielberga tym, czym dla Woody'ego Allena było O PÓŁNOCY W PARYŻU -- pokłonem starca wobec imaginagrium, które go ukształtowało i które z powodzeniem wzbogacił. Dla Allena był to wysoki modernizm pierwszej ćwiartki XX wieku.; dla Spielberga jest to chłopacka popkultura powojennego zachodniego dobrobytu. Tak jak CZWARTA WŁADZA fetyszyzowała świat prasy drukowanej, tak PLAYER ONE fetyszyzuje świat sprzed internetowej wszech-koneksji (na koniec pada nawet tzw. modest proposal swoistych dwóch dni szabatu, uwalniających nas od "podłączenia" i pozwalających na cotygodniową regenerację w świecie nie-matrixa).
Ta utopijna, zadłużona u Capry wizja oporu wyrzutków wobec wielkiego kapitału ciekawie rymuje się z KSZTAŁTEM WODY, a jednocześnie dowodzi, że Spielberg nic a nic się nie zmienia: nadal zbawcy ludzkości upatruje w figurze chłopca-marzyciela z suburbii, jakim sam kiedyś był.
Ocena: 6/10