2 grudnia 2009

Zombieland (2009, R. Fleischer)

Podróż ku lepszemu przez zdewastowaną Amerykę to koncept stary jak „Grona gniewu” Steinbecka i nowy jak „Droga” McCarthy’ego. Zanim obejrzymy ekranizację tej ostatniej, mamy „Zombieland”: komedię żywiąca się filmową padliną, czyli tzw. zombie-movie. Kto widział cokolwiek z „Żywymi trupami” w tytule („Noc”, „Świt”, „Zmierzch” – nieważne) ten wie, o co chodzi.

Świeżość filmu Rubena Fleischera nie polega na komediowej tonacji (vide mistrzowski „Wysyp żywych trupów”), ale na wprowadzeniu dwóch przednich pomysłów. Po pierwsze, zombie potrafią w tym filmie bardzo szybko biegać, co stanowi novum po dekadach niezdarnego człapania. Po drugie: uciekający nad Pacyfik kwartet bohaterów jest tak skonstruowany pod względem płciowym i wiekowym, że staje się pod koniec metaforyczną rodziną (dla jasności: to Woody Harrelson jest tu dzieciakiem).

Elementy niepokojące przeplatają się ze śmiesznymi, ale pod spodem tunel kopią okropne błędy – konstrukcja się sypie. Fleischer chce zachować ciastko (np. wzbudzić litość nad tragedią Harrelsona) i je dowcipnie zjeść (tę samą tragedię kwituje głupią kwestią: „Nie płakałem tak od «Titanica»!”). Ostatecznie musimy ratować, co się da: na przykład zagadkową sekwencję oddającą hołd „Mechanicznej pomarańczy”: oto bohaterowie urządzają orgię niszczenia, taśma zwalnia, a w tle wybucha uwertura do „Wesela Figara” Mozarta. Dla takich scen – i dla rewelacyjnie kanciastego Jesse’ego Eisenberga! – warto ten film obejrzeć.


(Tekst ukazał się w drukowanej edycji "Przekroju"; nr 48/09, s. 60)

7 komentarzy:

  1. Właśnie "wróciłem z kina" z Zombielandu ;) i muszę przyznać, że film bardzo mi przypadł do gustu. Fajne połączenie kilku gatunków filmowych. Nie wiem czemu ale postać grana przez Jesse Eisenberga bardzo mi przypomina bohater ,,Juno" granego przez Michaela Cera. Harrelson jak dla mnie w filmie jest genialny i bardzo naturalny (może rzeczywiście jest dużym dzieckiem?).

    OdpowiedzUsuń
  2. czy ja wiem, czy szybko poruszajace sie zombie to takie novum?
    Ten motyw byl juz w filmie "28 dni pozniej" Danny'ego Boyle'a i w miniserialu "Dom zombie" czesto powtarzanym na BBC Entertainment.

    OdpowiedzUsuń
  3. Ba, był już w "Powrocie żywych trupów" z 1985 roku... Pan Oleszczyk niech lepiej pisze o filmach Resnaisa czy Kubricka, bo o nich coś tam wie...

    OdpowiedzUsuń
  4. Pan Oleszczyk wie w ogóle bardzo mało; nie ufałbym mu. Nadal utrzymuję, że te zombie z ZOMBIELANDU są żywotniejsze od tych z 28 DNI PÓŹNIEJ. Co więcej: w filmie Fleischera cała dynamika budowana jest właśnie wokół tego wątku ("Cardio" jest jedną z podstawowych zasad regulaminu Columbusa).

    OdpowiedzUsuń
  5. "Nadal utrzymuję, że te zombie z ZOMBIELANDU są żywotniejsze od tych z 28 DNI PÓŹNIEJ"

    Ale przecież nie to napisał Pan w recenzji. Nadal utrzymuję, że szybkie zombie to żadne novum, bo pojawiały się już w filmach sprzed dwóch dekad, a na dobre upowszechniły po filmach Boyle'a czy Snydera (oczywiście nie wiem, czy te ze ŚWITU nie są odrobinę wolniejsze od tych z ZOMBIELANDU, nie mierzyłem im czasu na setkę).

    OdpowiedzUsuń
  6. Zgooda. A zatem przeformułowuję: nie tyle "novum" u Fleischera, co raczej pomysłowe wykorzystanie dość rzadkiego wariantu konstrukcji postaci zombich, zazwyczaj chodzących raczej niemrawo. Teraz jest ściślej.

    OdpowiedzUsuń