23 stycznia 2010

Paranormal Activity (2007, Peli)



Paradoks: wszyscy w Polsce chwalą Avatara (2009) pomimo scenariuszowych niedoskonałości; kiedy jednak pojawia się film napisany bezbłędnie, tyle że bez przyczepionego IMAX-a i CGI za ćwierć miliarda dolarów, dostaje mu się po głowie – bo jest „nudny”, „kiepsko zrobiony” i przypomina „korelat YouTube” (?). Mowa oczywiście o Paranormal Activity (2007) Orena Peliego; filmie, który red. Piotra Dobrego z portalu Esensja.com sprowokował do mrocznej notki:

Zygmunt Kałużyński nauczył mnie szacunku do kina. Nauczył odbierania filmu jako przeżycia (emocjonalnego, intelektualnego, estetycznego), w którym niebagatelny udział mają takie składowe jak aktorstwo, reżyseria, zdjęcia, scenografia czy montaż. I jeśli Kałużyński nazywał „Blair Witch Project” „horrorem bez horroru”, to jakie określenie zastosować wobec jeszcze uboższego w treść i formę „Paranormal Activity"?

Ubogi w treść i formę…? Zobaczmy.

Film Paranormal Activity (jak wcześniej Projekt: Monster [2008]) udaje prywatne wideo, zarekwirowane przez policję na potrzeby śledztwa. Rzecz dzieje się w słonecznej Kalifornii (San Diego), we wnętrzu ogromnego domu zamieszkałego przez parę trzydziestolatków: Katie (Katie Featherson) i Micah (Micah Sloat). Katie „studiuje” (czyta okazjonalnie podręcznik do literatury), a Micah tłucze kasę jako day-trader (dokonuje błyskawicznych transakcji zakupu/sprzedaży akcji, generując krótkoterminowe zyski).

Dom, jako się rzekło, jest ogromny. Plazma, basen, piętro. Katie i Micah nadmuchują z pasją bańkę spekulacyjną, która wybuchnie za rok (film powstał w 2007, ale wszedł na ekrany już po kryzysie roku 2008). Czy mają rodziców? Przyjaciół? Od czasu do czasu przemyka nejaka Amber (Amber Armstrong), z którą Katie nawleka hobbystycznie koraliki, ale poza tym relacje społeczne są u tej pary śladowe: konsumpcja króluje. Nawet kryzys metafizyczny rozwiązują kasą: kupują kamerę, wynajmują specjalistę. Kiedy Katie widzi na stolę tabliczkę ouija, od razu zakłada, że Micah kupił najdroższy możliwy model („I told you not to, and what do you do? You go and buy the best fucking-looking ouija board in the store…?!”).

Metafizyczna pustynia, na której żyją bohaterowie tego filmu, jest oddalona o lata świetlne od (świeckiego!) domu Ellen Burstyn z Egzorcysty (1973): dla bohaterów Friedkina było jasne, że z opętaniem trzeba walczyć (prędzej czy później) za pomocą rytuału. Katie i Micah czytają książki o historii demonologii, jakby to były komiksy: „O, zobacz, to są złe duchy!”. Żadna pozaświatowa interwencja nie jest w stanie zmusić ich do duchowego oporu (modlitwa? medytacja?) – w kulminacyjnym momencie Katie idzie spać, jakby miała grypę.

Estetyka filmu z jednej strony markuje amatorszczyznę (lekkie rozedrganie, chwilowa utrata ostrości), ale jednocześnie konsekwentnie buduje koherentną przestrzeń domu, w której bardzo łatwo się orientujemy. Wiemy, które pomieszczenie jest gdzie i jaka droga doń prowadzi (sine qua non scen nawiedzeń). Jednocześnie Peli eksperymentuje na jaskrawych kontrastach: kamera uwolniona bywa regularnie zamrażana: sceny nocne zdejmowane są ze statywu, z całym napięciem budowanym warstwą dźwiękową i ruchem/bezruchem drzwi. W jednej scenie efekt grozy osiągnięty jest z użyciem samego tylko time-code’u u rogu ekranu: nie było by nic strasznego w tym, że Katie staje bez ruchu przy łóżku. Aliści kiedy okazuje się, że stoi tam ona przez dwie i pół godziny – efekt jest bardzo mocny (i minimalistyczny zarazem).

Film z jednej strony dobrze oddaje quasi-intymność prywatnego wideo kręconego przez parę kochanków (świńskie żarty Micah; swoboda wspólnego korzystania z łazienki), z drugiej jednak pozostaje od początku do końca projektem Micah właśnie: wszelki opór ze strony Katie jest tłumiony, bo przecież szczwany day-trader wie, ile dostanie na eBayu za nagranie autentycznego nawiedzenia. To tak a propos „braku psychologicznej motywacji”.

Konceptualnie najbliższy filmowi Pelego nie jest wcale Blair Witch Project (1999), tylko Ogród rozkoszy ziemskich (2004) Lecha Majewskiego. (Nie obchodzi mnie, że Peli zapewne Majewskiego nie widział. James Cameron zapewnie nie widział bajki FernGully: The Last Rain Forrest [1992], co nie przeszkodziło mu opowiedzieć tę samą fabułę w Avatarze). Tak jak u Majewskiego, obcujemy z rzekomym dowodem rzekomej intymności, nakręconym (rzekomo) przez samych kochanków. Tak jak w Ogrodzie…, kobieta naznaczona jest śmiercią. Tak jak tam, mężczyzna pozostaje bierny, tworząc własne dzieło sztuki kosztem cierpienia (życia…?) swej kochanki. I tak jak tam, to ostatecznie on przegrywa.

Peli jest o wiele bardziej pragmatyczny (i płytki) od Majewskiego: interesuje go przede wszystkim wywołanie efektu grozy w ramach realistycznie nakreślonego związku dwojga ludzi, którzy – wbrew temu, do czego autorytarnie zobowiązują ich polscy recenzenci – nie muszą odgrywać bergmanowskich Scen z życia małżeńskiego (1973), by ujawniać niewygodne prawdy o sobie samych i o czasach, w jakich przyszło im żyć.


PS. Jeśli tak się zastanowić, o tym samym była Julie i Julia (2009) Nory Ephron. O bezdzietnej i dziecinnej zarazem parze; skupionej przede wszystkim na „dyskusjach” („Do you support me? Why are you so negative?”, etc.). I tu, i tam, mężczyzna dostarcza kasę, podczas gdy kobieta stara się „być twórcza”. W obydwu przypadkach twórczość przeradza się w detronizację samca (w Paranormal Activity jest to detronizacja – by tak rzec – nieodwołalna).

46 komentarzy:

  1. Fajna recenzja! Chciałabym obejrzeć ten film.

    OdpowiedzUsuń
  2. Dziękuję za miłe słowa! Premiera DVD już wkrótce; powinnaś koniecznie nadrobić.

    OdpowiedzUsuń
  3. Pamiętam, że gdy już po seansie zerknąłem do tabelki Zgryźliwych Tetryków, o mało nie spadłem z fotela. Cztery jedynki. Później z kolei natknąłem się na recenzję w dziale kultury pewnego dwutygodnika. Następny był ulubiony miesięcznik. I tak dalej, wszędzie to samo... Myślałem już, że nie przeczytam rzetelnej recenzji/analizy tego filmu. Tym bardziej jestem Ci wdzięczny za rozwinięcie swej autonomicznej opinii z Tetryków. :)

    OdpowiedzUsuń
  4. Dzięki, Piotrze! Moja recenzja wzięła się z bezsilności: wszędzie natrafiałem na miażdżące recenzje filmu, który dla mnie był w oczywisty sposób bardzo dobry. Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
  5. PS. Swoją drogą, w Twojej tetrycznej mocy jest podniesienie renomy tego filmu w słynnej tabelce :)

    OdpowiedzUsuń
  6. Ba! Już nawet po cichu wyliczyłem sobie średnią, jaką ten film będzie miał po dodatkowej ocenie. ;) Pozdrawiam również!

    OdpowiedzUsuń
  7. Michale, doceniam Twój oryginalny punkt widzenia i analityczną skrupulatność, jednakże błędnie przypisałeś mi "korelat YouTube" jako określenie tego konkretnie filmu, nie kina w ogólności. Co do samej recenzji, zgodzę się, że Peliego "interesuje przede wszystkim wywołanie efektu grozy" - mnie też to, jako widza, interesowało przede wszystkim. Niestety, nie doczekałem się.

    No i ładny, widzę, szykuje się przewrót w Tetrykach - dwaj najmłodsi stażem spiskują :-)

    OdpowiedzUsuń
  8. Witaj Piotrze, miło że wpadłeś! Ściskam dłoń i powtarzam swe krytyczne credo, czyli "we agree to disagree" :)

    A przewrót będzie, będzie. Szkoda, że swego wspólnika znam tylko jako PP z tabelki, ale jak już się kiedyś spotkamy... Strach myśleć, co wyląduje na szczycie tabelki!

    Pozdrawiam!--
    --Michał

    OdpowiedzUsuń
  9. Na knowania wszelakie chętnie się piszę! Zwłaszcza, że miasto sprzyja. ;)

    Ps. Czy wszyscy Tetrycy mają swoje blogi? Myśli sobie człowiek, że jest choć trochę oryginalny... a naliczyłem już cztery!

    OdpowiedzUsuń
  10. Kiepsko się Panowie kryjecie ze swoją teorią spiskową ;)

    OdpowiedzUsuń
  11. Bo chcemy, żeby inni Tetrycy się dowiedzieli i przyłączyli do przewrotu!

    OdpowiedzUsuń
  12. Jak wpadnie tu Konrad, to stwierdzi, że to teoria spiskowa przeciwko tetrycznej ramce, bo kto zajmie się uzupełnianiem ocen, skoro wszyscy będą robić wpisy na blogach...

    OdpowiedzUsuń
  13. Witam. Bardzo cenne uwagi tyczące spojrzenia na stronę obyczajową filmu - ten marazm, materializm, brak zdecydowanych kroków mających na celu pomoc kobiecie. I tu porównanie do "Egzorcysty" - no tak, ale tam o córkę walczyła matka, mąż jak to mąż - pozbawiony jest tak ogromnej determinacji, bardziej zależy mu na nagraniu tego czegoś.... :)
    Cieszę się, ze przeczytałam tę recenzje, wzbogaciła znacznie mój odbiór filmu i podniosła moją ocenę. Pozdrawiam serdecznie.
    babafilmowa
    http://www.baba-o-filmach.blog.pl/
    http://www.filmowo.blog.pl/

    OdpowiedzUsuń
  14. Witam! Bardzo dziękuję za miłe słowa, zaraz zajrzę na Pani "babowego" bloga :)

    Jedna uwaga tylko: jako mąż i nie-mąż... Micah nie jest mężem Katie; są związani ale nie poślubieni.

    Pozdrawiam!--
    --MO

    OdpowiedzUsuń
  15. :) Mąż, nie-mąż, w każdym razie facet, a dla tego zawsze ważniejsza będzie kamera niż żona. :)

    cyt. "w kulminacyjnym momencie Katie idzie spać, jakby miała grypę." - akurat to rozumiem, bo a/ została jakby zainfekowana ukąszeniem "tego" i b/niektórych strach obezwładnia, Katie była już tak przerażona, że chyba zrobiło się jej pewnym momencie wszystko jedno.
    Dziś jeszcze raz zerknęłam, i znowu jestem mile zdumiona ileż skojarzeń i porównań mozna znaleźć w tak statycznym filmie. Właśnie - "statyczny", "małżeństwo", to dobry trop.
    Podsumowując: "Paranormal Activity" - tak sobie myśle, chyba bardziej prowokuje do rozmyślań nad kondycją wspólczesnego związku między kobietą a mężczyzną niż straszy. Dobre i to. :)
    Jeszcze raz pozdrawiam.
    baba-sia -filmowa

    OdpowiedzUsuń
  16. cyt, mój "a dla tego zawsze ważniejsza będzie kamera niż żona. :) " - wczesnym rankiem poprawiam - chodzi oczywiście o "kobietę" . Przepraszam. Obiecuje nie pisac komentarzy głeboką nocą. :)
    BF

    OdpowiedzUsuń
  17. Nie ma problemu, ja też czytałem to późną nocą i nie zauważyłem nieścisłości :)

    OdpowiedzUsuń
  18. Ja miałem z tym filmem tylko jeden problem - w ogóle mnie nie ruszył. Postaci wydawały mi się zupełnie bezbarwne i nie sposób było przejąć się ich losem. Spłaszczona struktura dramaturgiczna, gdzie z niecierpliwością czeka się na scenę wieczorną, bo w scenach dziennych nie dzieje się nic; nie ma poczucia zagrożenia, nie wyczuwa się go w dialogach. Wieczorne sceny pozbawione są napięcia; chwile oczekiwania (bo "zaraz coś się wydarzy") pozbawione są nerwowości i potrzebnej siły. Nie wiem czemu, ale nie potrafię się tego filmu bać, nie wzbudza niepokoju, nie "dręczy" po zakończeniu seansu. Nie wystarczy kamera na statywie i niezłe dialogi, potrzebna jest przede wszystkim jakaś filmowa dusza, która pozwoli w to wszystko uwierzyć.

    OdpowiedzUsuń
  19. Nie jestem pewien, że postaci muszą być "barwne", by film funkcjonował. Struktura dramaturgiczna jest tu tyleż "spłaszczona", co bardzo wyrazista: czekamy na wieczór tak jak czekają na wieczór bohaterowie. Za dnia dzieje się całkiem sporo: odwiedziny medium, narastający konflikt między Katie i Micah, coraz większa bezradność i dyskusja o sensie dalszego filmowania. Sceny nocne wydały mi się pełne napięcia właśnie dlatego, że były tak powtarzalne.

    Moim zdaniem "dusza" była, jednym słowem :)

    OdpowiedzUsuń
  20. Zastanawia mnie jedna rzecz. O tym filmie dowiedziałam się od znajomych, którzy byli nim nieźle poruszeni. Mam mieszane uczucia i nie wiem, czy obejrzeć. Ale ja nie o tym. Moi znajomi twierdzą, że film był oparty na faktach autentycznych, a materiały z których powstał zostały przekazane policji (?) przez rodzinę tej pary. Tymczasem sprawdzam, a tu okazuje się, że film został wyreżyserowany, grają w nim aktorzy. Jak to jest naprawdę, może pan wie? :) Pytam, bo rzeczywiście jest rzecz godna zastanowienia w historiach opartych na faktach autentycznych, bo sama "kinowa fikcja" średnio do mnie przemawia :)
    Pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
  21. Jest to film opowiadający fikcyjną historię, oparty na scenariuszu i kreacjach aktorskich. Na początku pojawia się fałszywa informacja, jakoby "to, co za chwilę zobaczycie, to materiały operacyjne policji"; jest to jednak mistyfikacja.

    OdpowiedzUsuń
  22. witam... chciałbym zapytać, bo może pan wie, dlaczego powstały dwa różne zakończenia filmu. chodzi mi tu o motyw końcowy. W jednej wersji film kończy się wtargnięciem do domu (w którym akcja się toczy) policjantów, którzy postrzelają główną bohaterkę (wcześniej zabiła współlokatora, następnie zostawiając go na parterze, a sama wróciła do sypialni). A w drugiej kobieta nie zostawia martwego mężczyzny na dole, ale przynosi go do sypialni i rzuca nim w kierunku kamery (i motywu policjantów w ogóle nie ma).

    Osobiście uważam, iż zakończenie z policjantami jest bardziej realistyczne, niż motyw przeistoczenia się kobiety w "demona":), co ma miejsce w drugiej wersji. Ale irytuje mnie, dlaczego są dwie wersje:)

    OdpowiedzUsuń
  23. ogólnie oczywiście film mi się podobał. obie wersje:) a nawiązując do tego co napisał pewien pan wyżej- bez scen dziennych te nocne nie byłyby tak ujmujące:)

    OdpowiedzUsuń
  24. Ponoć Steven Spielberg zasugerował zmianę oryginalnego zakończenia z policjantami... Obecnie funkcjonują po prostu dwie oddzielne wersje.

    OdpowiedzUsuń
  25. Ciekawe są Wasze wypowiedzi. Jeszce nie miałam okazji obejrzeć tego filmu,ale na pewno to zrobie!

    OdpowiedzUsuń
  26. nie nie- wersja z policjantami ABSURDALNA - niby skąd oni?! [medium naskarżyło i oni dopiero na drugi dzień wieczorem przyszli?] I to jeszcze akurat W TAKIM momencie.

    Za końćzenie że zamienia sięw demona było oczywiste. Niestety odsamego początku to było wiadome. Mimo to film oceniam b.dobrze.

    MOJE ZAKOŃĆZENIE:
    Kobieta rzuca chłopem o kamerę, wącha go, podchodzi do kamery [nie ma animacji, nie zamienia sięw demona fizycznie] , wąha kamerę {widza} i powoli wchodzi do łóżka i idzie spać.

    to by mi się najbardziej podobało! może dlatego że kiedys sam ze znajomymi nakręciliśmy taką amatorską produkcję [10min.] któa właśnie tak się kończyła :)

    Pozdrawiam
    Ł.S.

    OdpowiedzUsuń
  27. Jest jeszcze krążąca po internecie wersja nr 2: tam nie ma fizycznej przemiany w demona, polecam!

    OdpowiedzUsuń
  28. recenzja mi się podoba. waśnie skończyłam oglądać ten film, mogę powiedzieć, że mój brat szukał potem informacji, czy to naprawdę się kiedyś wydarzyło.
    Film godny polecenia.
    notea.bloog.pl

    OdpowiedzUsuń
  29. @Anonimowy - Cieszę się, że recenzja się spodobała. Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
  30. Ł.S. sprostować muszę ;] nie medium naskarżyło tylko ta cała Amber się zaniepokoiła i przyszła zobaczyła martwego Micah i zadzwoniła na policję, i ta wersja wydaje mi się najlepsza, na początku też myślałam ze to film na faktach, chłopak nawet słyszy jakieś głosy i jak coś stuknie to się boi ;] mam z tego niezłą zabawę i chyba mu nie powiem że to czysta fikcja ;)

    Co do recenzji ze wszystkich które czytałam (po obejrzeniu już filmu) ta jest zdecydowanie najlepsza, czytelna, i bardzo rzetelna, bardzo dziękuję takie rzeczy się naprawdę miło czyta ;]
    -nauczycielka-

    OdpowiedzUsuń
  31. Mistyfikacja pięknie zmanipulowała mózgi. Może dlatego ten film JEST dobry? Myślimy, że historia zdarzyła się naprawdę, przypominamy sobie wszystkie filmy na faktach (jaki miał tytuł ten film, w którym kobiecie zbudowano makietę jej domu i próbowano zamknąć "zło" w klatce wypełnionej gazem?) i te, które choć zmyślone, wprawiły nas w zdumienie i drżenie serca. Szukamy informacji, wierzymy, chcemy znaleźć, a potem buuum! I to słowo łamiące nasze wyobrażenia: MISTYFIKACJA! Nagle zaczynamy zauważać błędy, może też dostrzegać głębszy sens ("nieodwołalna detronizacja samca"). Swoją drogą nie sądzę, żeby Micah chciał podbudować swoje ego ratunkiem ukochanej, bardziej rzeczywiście zakrawa na chorą fascynację i podejście konsumpcyjne ("To było cooool!" - krzyczy wielki super samiec po jednej z pierwszych nocy). Uczucia mam mieszane. Oglądałam wersję z kobietą - demonem i nie wiem, czy to zakończenie aż tak mi leży na sercu. Chciałabym obejrzeć wersję numer 2. Recenzja świetna jednakże. Wczytałam się... A pogląd o konsumpcji i detronizacji sprawia, że film ma zdecydowanie głębszy sens i staje się bardziej fascynujący. Nawet jeżeli reżyser dążył jedynie do przestraszenia nas, jego recenzent pokazał nam drugą stronę lustra...
    Pozdrawiam, Ewa

    OdpowiedzUsuń
  32. Ja z kolei dziękuję za pozytywną recenzję mojej recenzji :)

    Pozdrawiam!--

    OdpowiedzUsuń
  33. Dziękuję za podziękowania, Ewa :)

    OdpowiedzUsuń
  34. Szalenie mi się podoba Twoja recenzja - w przeciwieństwie do filmu ;)

    OdpowiedzUsuń
  35. Dziękuję za miłe słowa; niemiłych słów o filmie reżyserowi nie przekażę :)
    --MO

    OdpowiedzUsuń
  36. Dobra recenzja... Niestety moim osobistym zdaniem - film na takową nie zasługuje (a już porównanie do "Julie i Julia" uważam za naciąganie rzeczywistości - 2 różne gatunki, dwie różne historie, dwie różne syt. w różnych miejscach i dwa różne przekazy). Ale przejdźmy do meritum... Dużo słyszałem o tym filmie od osób niezmiernie nim poruszonych - i nie powiem, wykonanie (montaż, dobór scen, owy time-code), budowanie atmosfery strachu i niejasności, element zaskoczenia sprawiły, że niejednokrotnie przeszedł mnie dreszcz po plecach... Ok, przeszedł, może z 10, góra (w co wątpię) 20 razy... 20x1 min = 20 minut. I tyle wg. mnie powinien trwać ten film. No może 30 min. Potwierdzeniem tego jest moja partnerka - zdążyła dwukrotne zasnąć w trakcie! W większości bowiem film jest nudny, nie ma żadnej szerszej fabuły (o stronie merytorycznej już w ogóle nie wspomnę), zaś analiza społeczna bohaterów - raczej nie to reżyser miał na myśli. Po prostu półtoragodzinna zabawa efekciarstwem, momentami (!) przyznaję - udana... I tyle.

    OdpowiedzUsuń
  37. Nie mam pojęcia, co reżyser miał na myśli. Wiem tylko, co jest w filmie. Temat jest bardzo zbliżony z JULIE I JULIĄ, co nie znaczy, że filmu są podobne -- są diametralnie różne. Niemniej obydwa traktują o bezdzietnych parach i ich lękach; tyle - żadnej Ameryki odkrywać nie planowałem :)

    --MO

    OdpowiedzUsuń
  38. Może jestem prostaczką, ale wnioskuję tak: Paranormal Activity mnie przeraził, ergo- dobry horror.
    Nie wpadłam na to aby analizować związek bohaterów, wydaje mi się, że oni wyszli tacy papierowo- konsumpcyjni, bo ich postacie są tylko pretekstem do pokazania narastającej grozy. Obstawiałabym raczej,że scenarzysta zbudował ich na podstawie własnych doświadczeń, nawet nie zdając sobie sprawy z tego, jakie świadectwo wystawia swojemu związkowi. Chyba nie wierzę w aż tak głęboką umiejętność analizy u twórców paranormal activity.
    ALE rozegranie grozy właśnie, wszystkie te sytuacje z narastającym napięciem przy użyciu tak minimalnych środków - świetne.
    No i scena z Katy wyciąganą z łóżka za nogi - mistrzostwo świata. Proste środki a efekt porażający.
    Dawno dawno, zanim pierwszy raz obejrzałam "Blair Witch", kumpel powiedział mi coś w stylu: "Jeśli chcesz się bać to wyłącz sceptycyzm, daj się porwać". Zrobiłam jak poradził a potem wracając z kina bałam się iść na skróty przez krzaczki przy Mikro, bo...wiadomo.
    I tutaj chyba tak samo trzeba, zamiast szukać dziury w całym. A pomysł ze skróceniem filmu do 30 minut jest idiotyczny (noł ofens) - to trochę jak wydłubać marmoladę z pączka i wywalić ciasto. Gdyby do kulminacji w tym filmie doszło wcześniej, nie byłoby przecież całej zabawy z oczekiwaniem na kulminację.

    OdpowiedzUsuń
  39. Film bardzo mi się podobał i uważam go za świetnie zrealizowany horror. Każdy film powstały w danym momencie historycznym, w danym kraju i kulturze, mimowolnie ujawnia przekonania i treści panujące w tej kulturze. Zadaniem krytyka jest tych treści się doszukiwać, a twórca wcale nie musi się kłopotać, czy są one dlań uświadomione czy nie. Nie ma to nic wspólnego z prostactwem / brakiem prostactwa.

    Pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
  40. Brak porozumienia. Przekłamania na linii.
    Po kolei.
    Prostactwo - było żartobliwe.
    Rozumiem wywód o kontekście kulturowo-społecznym, ale ja pisałam o innym aspekcie PA. Stawiałam pytanie CZY ten konsumpcjonizm bohaterów jest umyślnym zabiegiem.
    Ja twierdzę, że nie.
    Interesowało mnie jaka jest Twoja opinia w tej kwestii. Dalej nie wiem.
    Twierdzę też, że dobrze jest wiedzieć, czy twórca jest świadomy jakie treści niesie jego dzieło.
    Jeśli napiszesz, że to nie ma znaczenia to odwołam się do Spinal Tap gdzie takie szukanie głębi w szicie jest widoczne aż do groteski.
    NIE twierdzę jednak, że niezamierzona głębia jest bezwartościowa bo nie towarzyszyła jej intencja. Czasem niezamierzona głęba lepiej smakuje.
    To jest właśnie ten cudowny dualizm rzeczy.


    pozdro

    OdpowiedzUsuń
  41. Jestem ostatnią osobą, która doszukiwałaby się tzw. głębi w tzw. szicie. Jeśli film jest nieinteresujący i źle zrobiony, nie poświęcę mu uwagi. Myślę, że PARANORMAL jest filmem na tyle przemyślanym, żeby generować złożone znaczenia -- po prostu.

    OdpowiedzUsuń
  42. Teraz rozumiem. Zgadzam się.
    Pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń