5 maja 2010

Bilans kwartalny (1974, Zanussi)


Ocena: **1/2

Nagość tematu jest w Bilansie kwartalnym (1974) lekko żenująca i każe postawić pytanie zadawane rzadko (jeśli w ogóle): czy Krzystof Zanussi dogadałby się z Douglasem Sirkiem…? Bilans… jest zaskakująco bliski tematycznie i stylistycznie – dajmy na to – Na co tylko zezwoli niebo (1955). Marta (Maja Komorowska) jest równie stłamszona w swej domowej przestrzeni, jak owdowiała bohaterka Jane Wyman – i ona także spotyka na swej drodze mężczyznę reprezentującego „życie”, obiecującego „odnowę”. U Sirka był to Rock Hudson – obsadzanie go w rolach krzepkich heteroseksualistów zdążyło się stać kinofilskim pośmiewiskiem. U Zanussiego jest to z kolei Marek Piwowski – co daje chyba jeszcze bardziej absurdalny castingowy efekt, zwłaszcza że Piwowski chwilami kpi ze swojej roli. Kiedy mówi, że ostatni miesiąc spędził „w rejsie”, frajda aktora jest widoczna. Cóż zresztą można zrobić z rolą tak jawnie uformowaną na kształt fantazmatu o „wolności”…? Jacek słucha jazzu, je makaron prosto z talerza, nie czyta książek i uprawia gimnastykę – wszystkie rzeczy, które przerażają samego Zanussiego (słynny stał się już wywiad, w którym stwierdził on, że „nie można lubić i Schuberta, i Depeche Mode” i że „hamburger nie może być smaczny”).

Zanussi jest w tym filmie bezwstydnie melodramatyczny; jego fantazja o romansie nieskrępowanym przelewa się w filmowane z ruchomej, wirującej kamery sekwencje wycieczek żaglówką, szaleństw na stoku narciarskim, ewolucji gimnastycznych. Zalane jest to wszystko gęstą i słodką jak syrop muzyką Kilara (Sirk byłby dumny). Kiedy Zanussi chce pokazać, że w Marcie budzi się świadomość własnej urody, każe Komorowskiej narcystycznie wcierać krem w skórę twarzy – kolejny dowód na absolutną dosłowność tego filmu, pragnącego stać się metaforą wiecznej walki biologicznego życia z kulturową moralnością.

Marta mówi w pewnym momencie, uzasadniając swą decyzję o porzuceniu męża i synka na rzecz Jacka: „Całe życie jakbym spłacała długi… I co…? Nagroda. Na tamtym świecie”. To właśnie jest centralny problem u Zanussiego. Moralna powinność kontra życie ciała i instynktu. Nawet Szelestowski z Barw ochronnych (1977) jest pruderyjny: zakazuje studentom nagiej kąpieli. Charakterystyczne, że kamera Zanussiego przygląda się cielesnemu spektaklowi tamtej kąpieli z oddali. I w Barwach… i w Bilansie… seks jest niemożliwy. I Nelly (Christine Paul), i Marta wycofują się w kluczowym momencie. Sen o zmysłowości pozostaje u Zanussiego snem grzesznym tak długo, póki dotyczy centralnego bohatera. Jest akceptowalny tylko na peryferiach opowiadania: u podglądanej wczesnym rankiem Nelly w Barwach…, kiedy jest z drugim cudzoziemcem; u nagich studentów w kąpieli; u młodej pary z Życia jako śmiertelnej choroby przenoszonej drogą płciową (2000).

Marta boryka się z tym samym dylematem, co bohaterka Godzin (2003), grana przez Julianne Moore. „Wybrać życie”, czy nie…? U Daldry’ego wybór „życia” u jednej postaci owocował skazaniem na śmierć postaci innej (syn Moore, Ed Harris). Zanussi prowadzi swych bohaterów na próg „życia” – mniejsza o to, jak kiczowato upostaciowionego w Bilansie… – i każe im zawrócić. Podobnie robił Rohmer w swoich Opowieściach moralnych. Różnica jest taka, że Zanussi nie potrafi wyzbyć się źródłowej rozpaczy – u Rohmera bohaterów zbawia dowcip i ironia, które dla Zanussiego są niedosiężne. Jest poważnym reżyserem wielkiego dylematu – i ujawniana przezeń ostatnimi czasy na spotkaniach z widzami pycha dowodzi, że nigdy nie przeszło mu przez głowę, że być może jest to dylemat pozorny.

A teraz, dla cierpliwych, porównanie dwóch fantazji o „powrocie na stronę życia” – jednej Zanussiego, drugiej Sirka. Najpierw klip z Bilansu…; proszę zacząć od pozycji 7:07:



I klip z Na co tylko zezwoli niebo (1955):

2 komentarze:

  1. A może Szelestowski nie jest pruderyjny tylko boi się uruchomić złe demony, które nie pozwolą mu później z wyższością dawać paru groszy za seks z obsługą kuchenną obozu. :) To on chce być panem swych namiętności.
    Może KZ woli temat nagości, przyzwolenia na wybór życia kosztem ofiar /bo ofiary są nieuniknione, jeśli ludzie są w jakichś związkach/, okrążać z daleka, z podobnych powodów, ze strachu przed jakimiś demonami? Raz pozwolił sobie na swawolę, zaangażował seksbombę Dodę do "Serca na dłoni" i się ośmieszył. Życie, jak i filmowanie życia, po bożemu, może nie wyzwala namiętności, sprawia, że cierpimy tęskniąc za niedoścignionym, ale o ileż jest wygodniejsze i bezpieczniejsze. :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Zgoda! Kino Zanussiego to dla mnie od pewnego momentu kino asekuracji. Sceny erotyczne w ROKU SPOKOJNEGO SŁOŃCA tylko tego dowodzą: całe rozgrywają się w ubraniach, nie ma w nich żadnej pasji i pojawia się sugestia, że seks jest czymś, nad czym ma się pełną kontrolę -- jeśli w ogóle do niego dochodzi, bo zazwyczaj bohaterowie Zanussiego omijają go szerokim łukiem.

    OdpowiedzUsuń