23 września 2010

"Doktorant w maśle"


W dzisiejszej „Gazecie Wyborczej” (23 września, s.19) pojawiło się ciekawe opowiadanie science-fiction pióra prof. Jana Hartmana z Uniwersytetu Jagiellońskiego, pt. „Doktorant w maśle”. Zaczyna się od wspomnienia osobistego szczęścia (autor w roku 1990 dostał się na studia doktoranckie na UJ) i surowej reprymendy: „(…) dzisiaj statusem doktoranta otrzymującego stypendium cieszy się znacznie więcej ludzi. Niechaj nie narzekają. I niechaj nie narzekają ci, którzy stypendium nie dostają. Nie może ich starczyć dla wszystkich”.

Główną tezą tekstu jest twierdzenie, że doktoranci w Polsce mają się (vide tytuł) jak pączki w maśle i że „małe są [ich] zalewane piwem smuteczki”, a sytuacja w naszym kraju – jeśli idzie o studia doktoranckie – jest „niezła” i „doprawdy nie wypada już żądać więcej”. Cóż: jeśli ktoś był doktorantem dwadzieścia lat temu i zachował tak wiele nostalgicznych wspomnień z tego okresu („miałem z żoną pokoik w akademiku”; „pracowałem na planie Listy Schindlera”), jego ocena faktycznej sytuacji dzisiaj, w roku 2010, może być nieco spaczona.

Studia doktoranckie na uczelniach państwowych w Polsce są (w przeważającej części) upokarzającym, łamiącym ducha doświadczeniem przede wszystkim dlatego, że ich instytucjonalny kształt całkowicie rozmija się z ideowymi deklaracjami wypowiadanymi od niechcenia przez tych, którzy doktoraty mają już dawno za sobą i pisali je w innych warunkach społeczno-ekonomicznych. W tekście Hartmana możemy m.in. przeczytać, że „oczekiwanie, iż doktorant będzie się cieszył pełnią praw pracowniczych, jest nieskromne i egoistyczne” – sformułowanie o tyle ciekawe, że ustawia dyskusję w paradygmacie rodzicielsko-wychowawczym, a nie interesownym: a tylko ten ostatni może stać się punktem wyjścia do pragmatycznej dyskusji o najlepszych dostępnych rozwiązaniach.

Co mam na myśli pisząc: „interesowny”? Bardzo prostą rzecz: studia doktoranckie są (powinny być!) rodzajem kontraktu. Ponadprzeciętnie zdolna i głęboko zainteresowana danym przedmiotem jednostka oferuje instytucji naukowej cztery lata swojej pracy, potencjalnie przyczyniając się do przyszłego wzrostu owej instytucji. Instytucja w zamian oferuje jednostce częściową opiekę finansową, przewodnictwo naukowe i ewentualność zatrudnienia, jeśli jednostka wykaże się wystarczającą pracowitością, talentem i determinacją. W układzie tym nie ma nic wzniosłego ani romantycznego – jest wymianą dóbr – i dopiero na jego pomyślnym przeprowadzeniu można ewentualnie budować wizję trwałego wkładu do danej dziedziny nauki (co jest najwyższą i ostateczną aspiracją każdego naukowca, choć bynajmniej nie warunkiem sine qua non jego owocnej pracy zawodowej).

Bolączką studiów doktoranckich w Polsce jest (1) nadmierna ilość studentów przyjmowanych na owe studia; (2) całkowity chaos programowy obowiązujących doktoranta przedmiotów, wymyślanych zgodnie z zasadą: „Profesorowi Pimce brakuje kursu do pensum, niech zrobi coś z doktorantami”; (3) brak etosu opartego na etyce wysiłku i gratyfikacji; (4) brak przygotowania doktorantów do konkurowania na międzynarodowym rynku akademickim; (5) feudalny – stanowiący zaszłość komunizmu – stosunek (niektórych) profesorów do swoich doktorantów i (niektórych) doktorantów do swoich profesorów.

Hartman kilkakrotnie używa słowa „umasowienie” w kontekście studiów doktoranckich – i zdaje się nie dostrzegać, że to właśnie ono jest sednem problemu. Jeśli na studia doktoranckie w danym roku niewielki instytut przyjmuje 10 osób, to nie tylko jest to gwarancja tego, że najzdolniejsi z tej dziesiątki stracą realne szanse na stypendium w należytej wysokości, ale i tego, że cała dziesiątka studiów tych nie skończy. Fakt, że studia doktoranckie są traktowane  w naszym kraju jako „logiczne następstwo” studiów magisterskich przez tak wielu kandydatów i przez tak liczne instytuty, jest przekleństwem i aktem pychy zarazem. Pychy zgubnej, która koniec końców obniży poziom usług świadczonych przez uniwersytety.

Na studia doktoranckie winna być przyjmowana minimalna liczba najlepszych kandydatów. Każda przyjęta osoba winna dostawać godziwe stypendium – które „godziwe” będzie właśnie dlatego, że nie rozproszy się go na dziesiątki przypadkowych osób. Kto na studia doktoranckie się nie dostanie – niech za nie płaci; może to okaże się wystarczającym bodźcem pozwalającym takiej osobie dorównać otrzymującym stypendia kolegom i koleżankom (albo ich wręcz prześcignąć).

Tekst Hartmana jest smutnym dowodem na zaszczepiony tak wielu wychowankom poprzedniego ustroju feudalizm akademicki. Niewiele dzieli logikę autora od prastarej, atawistycznej logiki wojskowej kocówy: „Chce być jednym z nas? – Niech cierpi!” W roku 1990 ów anty-etos nie raził zapewne tak bardzo, ale dziś – jeśli polskie uczelnie państwowe w ogóle myślą o konkurowaniu z zagranicznymi – tylko przejście do wolnorynkowej logiki kształcenia najlepszych może przynieść jakiekolwiek dalekosiężne efekty.

Umasowione doktoraty owocują miazmatycznym uczuciem złudnego bezpieczeństwa zmieszanego z atrofią – nie myli się Hartman nazywając wyśnioną przez siebie wizję „doktorantem w maśle”. Nie chodzi jednak o to, by doktorantowi było ciepło i żeby obrastał tłuszczem – idzie o to, by w jego lodówce nie zabrakło ani masła, ani chleba. Wówczas, zamiast chałturzyć na prawo i lewo – obniżając zarazem poziom własnej naukowej pracy – mógłby on/ona skupić się na pracy naukowej i stać się dla uczelni tym cenniejszym (używam tego słowa celowo i z dumnym przytupem zapamiętałego merkantylisty) nabytkiem.

23 komentarze:

  1. Przede wszystkim uważam, że inaczej należy patrzeć na doktorantów z kierunków - mówiąc w uproszczeniu - ścisłych, a inaczej, z humanistycznych: kwestia zespołowości pracy, uczestnictwa w projektach promorota/promotorki, etc. Po drugie, "pracowitość i determinacja" zwykle jest nakierowana na gromadzenie punktów koniecznych formalnie, niekoniecznie merytorycznie (wydaje mi się, że teraz obowiązują roczne stypendia). Znam przypadki kłopotów instytucjonalnych osób, których promotor/promotorka nie chce wysyłać na takie a siakie konferencje, z uwagi na własne uprzedzenia, animozje środowiskowe, albo mniemanie o nieodpowiedniej naukowej randze danego projektu. Nie ma też mowy o - hm! - rozmaitych temperamentach zainteresowanych osób. Ile kto potrzebuje czasu, by się "rozkręcić i wkręcić". Kto jest mierny ale wierny - miał dobrą średnią, co nie świadczy o polocie, pasji, etc. (choć tego nie wyklucza), a co jest dzisiaj podstawowym kryterium przy rekrutacji - jak z licencjatu na SUM, wszak i w tym przypadku mamy tylko studia - trzeciego stopnia.

    OdpowiedzUsuń
  2. Fajny wpis, ale jedna rzecz budzi jednak moj opor. Zgadzam sie, ze studia doktoranckie to kontrakt, ale juz nie z tym, ze w kontrakcie tym powinna byc zapisana jakakolwiek obietnica przyszlego zatrudnienia, ani z tym, ze uczelnie powinny dbac o doktorantow, aby zapewnic sobie przyszly wzrost. Zatrudnianie przez uczelnie "wlasnych" doktorow jest polskim odchylem od normy. Jest to szkodliwe dla uczelni, bo w gre zaczynaja wchodzic uklady, ukladziki, kumoterstwo, nepotyzm itd. Jest to rowniez szkodliwe dla mlodych doktorow, bo jest ograniczona liczba rzeczy, ktorych mozna nauczyc sie w danej jednostce, wspolpracujac z ludzmi, ktorzy tam siedza od zawsze. Trzeba zmienic srodowisko, zeby nauczyc sie nowych rzeczy.
    Rozumiem, ze w Polsce wymiana kadr miedzy uczelniami jest idealistyczna mrzonka, ktorej nie da sie zrealizowac (za niskie pensje, problemy mieszkaniowe, za malo sensownych uczelni), ale moim zdaniem nalezy przynajmniej zauwazac ten problem. Na pewno nie zauwazyl go pan Hartman, ktory w swoim absurdalnym tekscie podaje jako wzor do nasladowania wypromowana pania doktor, ktora chce zatrudnic na etacie jej wlasna uczelnia.

    OdpowiedzUsuń
  3. Mnie również wypowiedź Hartmana w GW strasznie dziś zbulwersowała.

    OdpowiedzUsuń
  4. Pan Hartman miał racje doktoranci są jak pączki w maśle. Najpierw kąpiel we wrzącym oleju a potem i tak ktoś ich zje.

    OdpowiedzUsuń
  5. Ależ to straszna bzdura. Właśnie oczekuję na wyniki rozmowy kwalifikacyjnej na doktoranckie. Przyjmuje się 24 osoby na olbrzymi humanistyczny wydział liczba stała od wielu lat. Stypendium? Osoba która dostanie się z pierwszym wynikiem dostanie od Uniwersytetu uwaga...uwaga...150 zł - więcej stypendiów się nie przewiduje. To jest pierwszy problem - może studentów jest więcej ale wcale nie więcej jest stypendiów. Nie wiem skąd też Hartman wziął wizję że po cierpieniach doktoratu ( bo wszyscy wiemy że doktorantów podobnie jak ambitnych studentów się wykorzystuje i tylko niektórzy profesorowie mają tyle ciepła by wykorzystywać za pieniądze) dostanie się posadę. Mój promotor powiedział mi że może w ciągu czterech lat ktoś umrze... istotnie mam fajna perspektywę. Ale i tym chyba nie mam się martwić. Ogólnie po lekturze doszłam do wniosku, że powinnam na kolanach dziękować że pozwala mi się za darmo pracować dla uczelni bez szans na awans i jakikolwiek szacunek. Istotnie nie ma co marudzić.

    A twój komentarz - zgadzam się na 100%

    OdpowiedzUsuń
  6. @Anonimowy:
    To kwestia prawa, w którym mógłby być zakaz zatrudniania doktorów w jednostkach, w których zostali wypromowani. [Tylko dlaczego problem jest nazywany "polskim odchyłem"? - ale to inna sprawa]. Zwyczaj też robi swoje (chyba nic tak nie zadziwia, jak doktor rezygnujący z etatu w macierzystej jednostce i z własnej woli próbujący przeszczepić się w nowe miejsce), ale prawo wymuszałoby rozwiązania rozbijające lokalne piramidy. Mam na myśli nie tylko pierwotne, główne jednostki, ale odnogi - uczelnie prywatne, na których znajduje się miejsce i się dorabia dzięki trosce i protekcji szefostwa "z państwowego". W każdym razie, nie wiadomo, czy wspomniany zakaz nie zbudowałby szerszej siatki zależności. Przecież starsza kadra akademicka świetnie się zna i wspiera lub zwalcza np. na poziomie recenzowania dysertacji...

    Hm.

    @Cara: Ciekawam, od jakiego uniwersytetu - słyszałam o takich stypendiach w Katowicach (łatwo zapamiętać w odniesieniu do ceny aglomeracyjnego biletu misięcznego na komunikację publiczną). Cóż, ja uważam, że byłam hojnie nagradzana (subsydiowana) i miałam niezłe warunki "pracy"...

    OdpowiedzUsuń
  7. Takie szalone stypendium wypłaca Uniwersytet Warszawski i muszę powiedzieć że czasem się zastanawiam czy lepiej było by go nie dawać bo w sumie to marnowanie pieniędzy - bo mniej więcej na bilet starczy ale to by było chyba na tyle.

    OdpowiedzUsuń
  8. Proszę wybaczyć ciekawość. "W rewanżu" powiem, że gdy startowałam na UAM (2004), przyznawane wówczas na 4 lata stypendium wynosiło nieco poniżej tysiąca, potem dorzucono jeszcze z 50 zł. Obecnie chyba już taki tryb czteroletni nie obowiązuje, i każdy chętny ubiega się o pieniądze co roku do nowa. Nie mam pojęcia, jak zmieniła się sytuacja, kiedy wprowadzono stypendia "studenckie" (socjalne i za dobre wyniki w nauce) - kosztem tego podstawowego? jako dodatek do niego?

    OdpowiedzUsuń
  9. Zgadzam się z autorem, choć moim zdaniem trzeba użyć mocniejszych słów.

    Tekst prof. Hartmana w najlepszym wypadku był średnio udaną prowokacją, mającą zachęcić do dyskusji środowisko akademickie. Uważam jednak, że jest on dla młodych ludzi zwyczajnie obraźliwy.

    Miałem to szczęście, że byłem jednym z ostatnich roczników które załapały się na tzw. etat asystencki. Etat ten zapewnił mnie i mojej rodzinie skromne, ale pewne źródło utrzymania i komfort pracy. Dzięki temu mogłem w spokoju, bez ciągłego martwienia się o następny dzień i pustą lodówkę, koncentrować się na pracy naukowej.

    Równolegle po studiach - obok oferty pracy asystenta - dostałem propozycję studiów doktoranckich na najlepszej polskiej uczelni. Mimo kilkusetletniej tradycji, wielu świetnych profesorów i mojego wielkiego szacunku do tejże instytucji potraktowałem tą propozycję jako kiepski żart.

    Miałem wówczas 24 lata, sprecyzowane zainteresowania, plany zawodowe i osobiste. Zamierzałem założyć rodzinę, a w razie gdyby nie udało się dostać pracy na uczelni byłem gotowy podjąć pracę w jednej z organizacji pozarządowych. Na pewno nie zdecydowałbym się prowadzić badań naukowych za darmo, pro publico bono i na chwałę mojej Alma Mater.

    Prawda jest taka, że jeśli chcemy by w polskiej nauce pracowali najzdolniejsi młodzi ludzie, to musimy im zapewnić godne warunki. Również finansowe. Jeśli nie, pójdą gdzie indziej. Pasjonaci nauki już wyjeżdżają na studia doktoranckie za granicą, ci mniej zdeterminowani pracują w biznesie.

    A Profesorowi Hartmanowi należy przypomnieć, że mamy obecnie 2010 rok, a nie 1993. I powinniśmy sobie stawiać nieco ambitniejsze cele. Porównywanie aktualnej sytuacji z nędzą początków polskiej transformacji jest żenujące.

    Równie dobrze możemy się porównywać z czasami średniowiecznymi - tu dopiero porównanie wypadnie zdecydowanie korzystnie!

    flamengista@gazeta.pl

    OdpowiedzUsuń
  10. Krótko i na temat: bardzo dobra, słuszna i ważna polemika. A Hartman, o ile wcześniej często sie z jego publicystycznymi wystąpieniami zgadzałem, od pewnego czasu chyba poczuł się jak "pączek w maśle" i pisze takie, a nie inne - mówiąc eufemistycznie - mało rozsądne zdania.

    OdpowiedzUsuń
  11. @Paulina:
    Kudrycka proponowala zakaz zatrudniania doktorow na macierzystej uczelni. Moj apel jest taki - nie idzcie ta droga! Kazdy zakaz moze wywolac najwyzej rozwoj pomyslowych i skutecznych drog jego obejscia. Chodzi mi o to, ze doktorzy powinni CHCIEC przeniesc sie na inne uczelnie (aby sie czegos nowego nauczyc), a uczelnie powinny CHCIEC zatrudniac ludzi z innych uczelni (aby wnosili cos nowego do srodowiska). Teraz tak nie jest i to jest glowny problem lezacy w mentalnosci polskich naukowcow.
    I jeszcze raz - teraz nie ma warunkow do promowania mobilnosci kadry. Ale gdy wreszcie pojawia sie checi, to byc moze zaczna sie tez rozwijac takie warunki.

    OdpowiedzUsuń
  12. @Anonimowy:

    Wpierw chciałam napisać tamto powyższe w pierwszej osobie. Zrezygnowałam, ujęłam bezosobowo. Jestem właśnie "mobilnym przypadkiem" - z własnej woli odeszłam z UAM, a by znaleźć zatrudnienie na UJ, wystartowałam w otwartym konkursie. Aplikowałam "tylko" na jedno stanowisko, ale w międzyczasie dowiadywałam się o inne konkursy ogłaszane w BIP, i słyszałam rzeczy bulwersujące od osób tak wysoko postawionych, że teraz za nic nie podam nazwisk ani jednostek. Wygląda na to, że niewielu CHCE, po obu stronach.

    OdpowiedzUsuń
  13. Studia doktoranckie (humanistyczne) w ich obecnym kształcie niestety nie gwarantują studentom nic - i nie chodzi tylko o stronę finansową. Pan Profesor nie zauważył tego, że nawet ci najzdolniejsi, najlepsi, uhonorowani stypendiami i często maksymalnie zaangażowani w pracę badawczą swoją i macierzystej uczelni, po skończeniu doktoratu często pozostają zwyczajnie "na bruku", bo niestety nie ma już miejsc. Jeśli nie mają wystarczająco empatycznego lub "ludzkiego" promotora (który poza uczelnią pomoże w uniknięciu statusu osoby bezrobotnej) lub jeśli same nie zaczną jeszcze na studiach szukać alternatywnych możliwości rozwoju (i kariery), to po doktoracie budzą się w zupełnie nowej i nieznanej im rzeczywistości. Ich sytuacja na rynku jest z reguły beznadziejna. Bo co, poza pisaniem i analizowaniem potrafią? Ilu możemy mieć nauczycieli, dziennikarzy itp? Czy do tego rzeczywiście potrzebne są studia doktoranckie? Ludzie, róbcie doktoraty, ale zbierajcie też konkretne doświadczenia - tytuł dr w CV i tysiąc przeczytanych książek często niewiele znaczy w praktyce. Ważne jest doświadczenie i umiejętności.
    W jednej sprawie pan profesor ma racje - doktorantów kierunków humanistycznych cechuje często odrealnione podejście do rzeczywistości. Zawiera się ono nie w tych wygórowanych oczekiwaniach, które krytykuje pan profesor, ale właśnie w tym myśleniu, które on wspiera, czyli: "teraz zacisnę pasa za 600 zł/m-c, zainwestuję w rozwój naukowy, a potem jak będę miał doktorat to...". W latach 80 czy 90. może było to jeszcze sensowne - teraz niestety jest to chyba rodzajem ucieczki przed brutalną rzeczywistością i dorosłym życiem. Smutne jest to, że ci, którzy są intelektualną elitą i autorytetami zupełnie bez świadomości i wyobraźni godzą się na to by tysiące ambitnych młodych ludzi tak bezsensownie marnowała często 4 lata najbardziej twórczego (i produktywnego) czasu.

    OdpowiedzUsuń
  14. Hartman przeskakuje leciutko nad najważniejszym moim zdaniem: "Miałem stypendium (warte nieco więcej niż dzisiejsze tysiąc złotych), miałem z żoną pokoik w akademiku". OK. Większość doktorantów tego pokoiku nie ma. I chyba tu zaczyna się problem z tym 1000 zł (jeśli szczęśliwie jest)...

    OdpowiedzUsuń
  15. Jestem bardzo wdzięczna Panu, Panie Michale, za przytoczenie co soczystszych wyimków z tekstu Hartmana – niestety, nie miałam okazji go wcześniej przeczytać, a dotyczy on również mnie. Również piszę doktorat, również na kierunku humanistycznym. Na kierunku, na którym na 200 osób przyznawanych jest 10 stypendiów naukowych. Postanowiłam sobie i od trzech lat dzielnie się trzymam, nigdy nawet nie składać podania o takie stypendium, gdyż i tak z góry wiadomo, kto owe stypendium dostanie. Zresztą, czyni się z nas, doktorantów, żebraków, którzy maja się zabijać za 1000 złotych, z czego co najmniej ¾ pójdzie na opłatę za mieszkanie, a poza tym to jest jak podpisanie paktu z diabłem – dostajesz stypendium, ale jesteś własnością macierzystego wydziału. Jeszcze do niedawna na moim wydziale obowiązywała zasada, że pobierając stypendium doktoranckie nie możesz podjąć pracy na pełen etat. Ale kto jest w stanie wyżyć za 1000 złotych nie mając miejsca w akademiku?
    Dlatego też pracuję, pełnoetatowo. Najpierw bardzo trudno było mi znaleźć pracę, bo potencjalny pracodawca nie życzył sobie w swojej firmie ludzi, którzy chcą się rozwijać i za kilka lat będą mieć przed nazwiskiem nie mgr (jak najczęściej on), tylko dr. Poza tym słyszałam ”co? Konferencje? Wyjazdy? Nie ma mowy”. Ale ostatecznie prace dostałam – nie zarabiam kokosów, ale udowadniam, że nie jestem nieużytecznym humanistą, jak to się niektórym wydaje.
    Ale pracując od 8 do 16 (+ czasem nadgodziny), dojeżdżając codziennie po godzinie do pracy, chodząc trzy razy w tygodniu na obligatoryjne zajęcia i wracając o 20.00 do domu, skonana i głodna, kiedy mam pisać doktorat? Kiedy mam czytać, chodzić do bibliotek, kiedy mam wyjeżdżać na kwerendy? I za co, skoro uczelnia nie chce pokrywać opłat konferencyjnych czy diet związanych z podróżą? I w jaki sposób mam myśleć o założeniu rodziny, skoro nie jestem w stanie zaoszczędzić nawet złotówki ze swojej pensji? Te pytania zadaję oczywiście panu Hartmanowi, który twierdzi, że żyję jak pączek w maśle.
    Ktoś powie – niepotrzebnie się zdecydowałeś/as na doktorat, nikt Cie nie zmuszał, masz, co chciałaś. Pewnie racja. Ale naprawdę wierzyłam, że wiedza procentuje. Że komuś będzie zależało na moich umiejętnościach. Nie chce pieniędzy za darmo. Chcę, by uczelnia zrozumiała, że nie można przyjmować 50 osób na każdy rok studiów doktoranckich. Rozmawiam z ludźmi i wiem, jakie prezentują tematy (mam w zwyczaju nazywać je „wyważaniem otwartych drzwi”, gdyż ich nowatorstwo i ważkość dla rozwoju i poszerzania wiedzy jest żadna), albo dzięki liście rankingowej wiem, ze większość dostaje się „świńskim truchtem” tuż nad kreską. Są przeciętni, napiszą przeciętne doktoraty, które opublikują w przeciętnych wydawnictwach, potem, przy łucie szczęścia, będę przeciętnie uczyć przeciętnych polskich studentów. Uprzedzam pytania - tak, dostałam się ze świetnym wynikiem na studia doktoranckie. Tak, mój temat jest absolutnie nowatorski, trudny i ważny dla co najmniej kilku dziedzin nauki, nie tylko dla mojej macierzystej (jestem przeciwnikiem specjalizowania się tylko w jednej, wąskiej, bardzo hermetycznej dziedzinie). Nie, nie mam stypendium. Nie, nie mam szans na zajęcia na uczelni. Nie, moim promotorem nie jest szef instytutu czy katedry, który „ukręci” dla mnie dodatkowe godziny kosztem swoich pracowników. Nie, mojego wydziału nie interesuję jako człowiek, który je, oddycha i śpi.

    OdpowiedzUsuń
  16. Bardzo dziękuję za ten ostatni głos -- myślę, że podobną opowieść ma w zanadrzu większość doktorantów, niestety...

    OdpowiedzUsuń
  17. http://www.youtube.com/watch?v=XViCOAu6UC0

    OdpowiedzUsuń
  18. Chciałem nawiązać do wątku samych studiów doktoranckich. Jako student IV roku takowych jestem załamany ich poziomem. Nie tylko o dobór samych przedmiotów chodzi, które swoją drogą do niczego nie są potrzebne, ale o sposób ich prowadzenia. Zamiast dyskusji zajęcia prowadzone są na modłę średniowiecznego wykładu, gdzie świeta krowa porfesor omawia przedpotopowe teorie. Do tego, co by nie ukrywać, poziom studentów jest tragiczny. Nie dość, że porobili magisterki z zupełnie innych dziedzin, to do tego jeszcze z wiedzą ogólną jest u nich beznadziejnie. A na domiar złego połowa z nich powinna przejść roczny kurs poprawnej polszczyzny, bo nauka to też precyzja językowa. Niektóre przentacje w ramach zajęć przypominają swoją groteskowością najlepsze skecze Monty Pythona. A już profesorowie ze swoimi nieśmiertelnymi, czterdziestoletnimi, foliami przchodzący na zajęcia z przedmiotu "Najnowsze koncepcje..." są wręcz żałośni. Może to tylko moje obserwacje i specyfika mojego rocznika, ale jest naprawdę kiepsko. Poziom studiów i studentów jest efektem uznania ich za trzeci etap procesu edukacji, naturalnym po studiach magisterskich.
    Co do pączków to można powiedzieć, że jestem jednym z nich, bo (uwaga!) jestem szczęśliwym posiadaczem etatu. Niestety jest to koło 1600 zł miesięcznie za 360 h pensum, plus marnie płatne nadgodziny. Wszystkiego razem wychodzi koło 500 h rocznie. Uprzedzam wszelkie komentarze, że niektórzy mają tyle godzin godzin pracy w miesiąc - to są same godziny dydaktyczne, do których czasem trzeba sie kilka razy tyle przygotowywać. Do tego dochodzą publikacje, które trzeba pisać i pisać, i pisać, żeby nie być tym hartmanowskim roszczeniowym doktorantem. Do tego jeszcze badania własne, granty Katedry i... żegnaj prywante życie. Więc, pomimio mojej pączkowatości, nie mam za wiele czasu na kwerendę literaturową, tworzenie i dopracowywanie narzędzia badawczego, i w końcu pisanie pracy doktorskiej. Już od jakiegoś czasu zastanawiam się nad rzuceniem kariery naukowej i rozpoczęciem własnej działalności. Moja narzeczona jeszcze znosi marne zarobki i siedzenie po nocach nad książkami, ale zdaje sobie sprawę, że za takie pieniądze na zakładanie rodziny mnie nie stać.
    Więc Panie Profesorze, może rzeczywiście niektórzy doktoranci mają sie jak pączki, ale tylki z bogatymi rodzicami.

    OdpowiedzUsuń
  19. Bardzo dziękuję za ten komentarz! Niestety, jest to historia, którą znam aż nazbyt dobrze i widziałem jej wersje o wiele za często...

    OdpowiedzUsuń
  20. Moi drodzy bardzo dobrze piszecie i zgadzam się z wami niemal w 100 procentach, ale jedna poprawka doktorant to nie student, a uczestnik studiów doktoranckich

    OdpowiedzUsuń
  21. Jasne, 1044 zł plus 300 zł naukowego TO MAŁO?????
    No nie to kpina!!!
    Połowa z was dorabia na boku na normalnych etatach!!!! Macie max. 90 dyd. w ROKU - co daj wam trzy ćwiczenia. Jak "rozpykacie" to w jeden semestr to drugi wolny!!!!
    Owszem są seminaria i wykłady obowiązkowe ... ale bądźmy szerzy - gdzieś wiedzę trzeba zdobywać a erudycję rozwijać!!!
    Wydaje się wam że jesteście elitą ale jak słyszę wasze użalanie się nad "ciężki" waszym losem tomi was żal!!!!
    Popatrzcie na waszych mentorów bo od wielu można się nauczyć pokory wobec nauki!!!
    Po prostu wstyd!

    OdpowiedzUsuń