4 listopada 2017

Matka! (2017, Aronofsky)

Konia z rzędem temu, kto podsumuje MATKĘ! jednym zdaniem. Ten gnostycki body-horror o unikalnej, anty-komercyjnej strukturze (najpierw mamy thriller mrugający do "trylogii apartamentowej" Polańskiego, potem czysto surrealistyczny koszmar, a w końcu wizyjne kino wyjaśniające sens stworzenia wedle wykładni, która przyprawiłaby Terrence'a Malicka o zawał serca) może nie być filmem spełnionym, ale jest filmem żywym -- intuicyjnie podłączonym do zeitgeistu naszej dekady w sposób niepozwalający na zignorowanie całości ani jako kaprysu, ani jako manipulacji.
*ODTĄD JUŻ SPOILERY*
MATKA! nie jest manipulacją, bo jest filmem jawnie intuicyjnym -- osobiście wierzę w 100% w deklaracje Aronofsky'ego, który mówi w wywiadach, że scenariusz napisał "nagle", w trakcie 5-dniowego odosobnienia, i że ten tekst "po prostu [z niego] wyskoczył" ("Sight & Sound", 10/2017). W podobnym trybie powstawał swego czasu TAKSÓWKARZ Paula Schredera: tekst, który zaowocował arcydziełem Scorsese, idealnie wyrażającym trawiący Amerykę konflikt agresywnego libertynizmu i zbrojącego się po zęby konserwatyzmu, który kilka lat później wyniósł do władzy Ronalda Reagana.
Z tym, że o ile Schreader pisał jako udręczony seksualnymi represjami, jurny kalwinista-purytanin wpuszczony do Hollywoodzkiego Babilonu na tzw. używanie, o tyle Aronofsky wychodzi z zupełnie innego backgroundu: jako zlaicyzowany nowojorski Żyd o gnostyckim światopoglądzie (któremu dał w pełni wyraz już w debiutanckim PI), daje nam film o jednostce ludzkiej wystawionej na łaskę i niełaskę narcystycznego, głupiego i zachłannego Boga.
Nie jest przypadkiem, że scenariusz MATKI! powstał już po rozstaniu reżysera z wybitną aktorką Rachel Weisz; nie jest przypadkiem, że Aronofsky jest obecnie ojcem 11-latka i że sam dobija pięćdziesiątki -- a jego obecną partnerką jest grająca w MATCE! okrutnie wymagającą rolę główną Jennifer Lawrence. Upozowując Javiera Bardema na narcystycznego poetę-proroka (przymiarką do tej postaci był Vincent Cassel w CZARNYM ŁABĘDZIU), Aronofsky tworzy swój własny, głęboko ironiczny autoportret -- jednocześnie rozpoznając kobietę jako prawdziwą kreatywną siłę we wszechświecie, przy której intuicji, przenikliwości spojrzenia (bohaterka Lawrence widzi przez ściany i dostrzega element organiczny w architekturze) i gwarantowanej przez biologię zdolności dawania życia, mężczyzna może albo się schować do mysiej dziury, albo wybrać mizoginiczną agresję.
Bo o tym ten film jest: o mężczyźnie, który nienawidzi kobiety i stara się ją za wszelką cenę uziemić, bo podskórnie czuje jak kosmicznie słaby jest w porównaniu z nią. Aronofsky pokazuje seksualnie aktywną i spełnioną parę Eda Harrisa i Michelle Pfeiffer, jednocześnie obdarzając ich synami w postaci Kaina i Abla (jeden zabija drugiego) -- w jego świecie bowiem tradycyjny model rodziny nie jest w stanie zapobiec przemocy i destrukcji, a kobietę (mimo seksualnego spełnienia) skazuje na alkoholizm i lekomanię (bohaterka Pfeiffer).
Bohaterka Lawrence zaczyna więc film od dokonania banalnego, czysto konsumenckiego wyboru, sytuującego ją jako "strażniczkę ogniska": jakiego koloru mają być ściany naszego domu? Bardziej biel, czy bardziej skorupka jajka...? Jest to reżyserski dowcip, bo cała druga połowa filmu ujawni kruchość domostwa, jego przepuszczalność: w drugiej godzinie, sproszone przez niefrasobliwego i pragnącego rzędu dusz gospodarza ludzkie hordy zmienią wielki dom w prawdziwą strefę wojny (realizacyjnie to właśnie te sekwencje są największym majstersztykiem, sugerującym jakiś zapomniany pomysł Buñuela, nakręcony z maestrią i taktylnością Cuaróna). Koniec końców bohaterka jest ograbiona z wszystkiego: z domu, z godności, z owocu własnego łona, z ciała i życia, a także z (symbolizowanej dość naiwnie przez połyskujący kryształ) samej istoty kobiecości, którą Javier-Bóg czci, hołubi i która tak naprawdę stanowi źródło jego siły.
Przyznając MATCE! sześć punktów na dziesięć, jak uczyniłem to wczoraj, wytaczając się cały w siniakach po seansie w Arkadii na Filmwebie, robię unik. Czuję, że ten film nie do końca działa i że na poziomie anegdoty jest kolejną płytką gnostycką fantazją w typie CZARNEGO ŁABĘDZIA (a gnoza jest mi głęboko obca, bo wierzę w miłosierdzie jako żywioł mocniejszy od samowiedzy). Ale dzięki genialnej filmowej robocie i dzięki pomysłowi z ludzką masą anektującą przytulne domostwo "górnego 1%", MATKA! uzyskuje walor filmu prawdziwie intuicyjnego, trzewiowego i wnikającego pod skórę wbrew niedoskonałościom samego twórcy. Jeśli poprzedni film reżysera, NOE, był o tym, że potop puka do naszych drzwi, to MATKA! jest o tym, że potop już tu jest -- w progach naszego mieszkania -- tyle że go jeszcze nie dostrzegamy, pochłonięci odgrywaniem ról rozpisanych dla nas przez Kogoś, kto (zdaniem Aronofsky'ego) wcale nie chce naszego dobra, a jedynie potrzebuje nas, by nasycić się naszym dymiącym jeszcze mięsem.
Ocena: 6/10

2 komentarze:

  1. Powtórzę za bodajże jakimś redaktorem z amerykańskiego NPR: zapłaciłabym dobre pieniądze za specjalną edycję DVD z komentarzem Rachel Weisz :-)

    OdpowiedzUsuń