16 lutego 2009

"Ciekawy przypadek Benjamina Buttona" (2008, David Fincher)



Scenarzysta Eric Roth zaadaptował swego czasu „Forresta Gumpa”. Łatwo dostrzec, że biorąc na warsztat krótkie opowiadanie Francisa Scotta Fitzgeralda postawił na tę samą strategię filmowej opowieści pikarejskiej. O ile jednak w przypadku tamtego filmu miało to uzasadnienie w materiale literackim, o tyle kalejdoskop przygód ekranowego Benjamina Buttona jest jednym wielkim dodatkiem do pierwowzoru. U Fitzgeralda bohater rodził się jako normalnego wzrostu starzec, po czym – młodniejąc aż do stadium niemowlęctwa – zmagał się z ostracyzmem społeczeństwa i własnymi emocjami (na więcej nie było miejsca; utwór jest nie dłuższy od „Naszej szkapy”). Te dwa elementy zastąpione są w filmie Davida Finchera sztafetą postaci przewijających się przez życie bohatera, przypadające na lata 1918–2003. Panorama typów, losów, zdarzeń niezwykłych i rzeczywistej historii dominuje film – grzechy Benjamina są natomiast nieobecne. Gdy jego żona zaczynała się starzeć, literacki Button był zniesmaczony i rozczarowany – zupełnie inaczej niż u Finchera, gdzie odmłodzony Pitt delikatnie pieści postarzoną Blanchett i szepcze jej do ucha: „Niektóre rzeczy nigdy się nie zmieniają!”.

Na pewno nie zmienia się Benjamin. Jego fizyczna transformacja jest spektakularnym osiągnięciem charakteryzatorów, ale jako postać pozostaje on jedynie katalizatorem działań innych ludzi i wielkiej Historii: Gumpem z odwróconym cyklem biologicznym w miejsce mentalnego upośledzenia. Ludzie ufają Benjaminowi, bo jako starzec zdaje się być bezbronny, a jednocześnie – przez wzgląd na swój faktyczny wiek – chłonie ich typowe opowieści jakby były jedyne i niezwykłe.

Benjamin jest nieskazitelny i w gruncie rzeczy taki sam okazuje się otaczający go świat, gdzie wszelkie zło nie pochodzi z ludzkich serc, ale z przypadkowych zrządzeń losu. Współczesna rama opowieści rozgrywa się w godzinach poprzedzających nadejście huraganu Katrina; w retrospekcjach wracamy raz po raz do siedmiu piorunów, które raziły swego czasu jednego z pensjonariuszy domu starców, etc. Cierpienie jest w świecie tego filmu przypadkowe, wolna wola pozbawiona mocy sprawczej – nie jesteśmy wcale tak daleko od „Siedmiu” i „Zodiaka”. Potrzeba było tego nowego filmu, by zrozumieć, jak głęboko manichejskie jest uniwersum Finchera – wystarczy jeden psychopata, by cała rzeczywistość była przeniknięta złem; wystarczy jeden Benjamin Button, by wszystko zdawało się błogosławione.

Próżno szukać w „Ciekawym przypadku…” tej ziemi niczyjej pomiędzy grzechem i cnotą, którą większość z nas opuszcza tylko sporadycznie. I którą tak świetnie opisywał sam Fitzgerald! Bohater „Czuła jest noc” wiedział, że „ceną za nieskazitelność [jest] niekompletność”. Gdyby wiedzieli o tym twórcy „Buttona…”, być może ich film miałby inny ton. W tej postaci, w jakiej go oglądamy, sprawia wrażenie pierwszej w historii kina 166-minutowej kody. Karty zostały rozdane przed seansem; film jest co najwyżej mechaniczną realizacją konceptu. I chyba tylko najżyczliwszy Fincherowi widz uzna, że jest to kolejny zabieg mający nam uświadomić, iż życie – niezależnie od kolejności zdarzeń i dystrybucji należnego im cierpienia – jest jednym wielkim, rozciągniętym w czasie, zakończeniem.

12 komentarzy:

  1. nawet nie wiesz, jak mnie ucieszył Twój raczkujący blog, co prawda mój dopiero wydostał się z kokona, ale nie długo więcej info, będzie też o kinie bałkańskim, bo już w piątek rozpoczyna się festiwal filmowy w Belgradzie, tylko złapię dłuższą chwilę i przeczytam wszystkie Twoje posty... pozdrowienia z Serbii
    Ana

    OdpowiedzUsuń
  2. Dziękuję Aniu! Mam nadzieję, że uda nam się spotkać we Wrocławiu. Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
  3. tak nudnego filmu dawno nie ogladalam. i mozemy do niego dorabiac ideologie, ze to basn, przypowiesc, itp.. albo mozemy zachwycac sie pieknymi zdjeciami, kolorystyka i efektami specjalnymi.. i co z tego? film jest po prostu niestrawny. co wlasciwie opowiada? czulam sie troche jak podczas czytania dramaturgii wspolczesnej - zeby znalezc jakis sens, nalezy go tam samemu wlozyc.. troche milosci, troche wojny, wszystko czyli nic. nic w ladnej i bardzo drogiej (i baaaaaaardzo dlugiej) oprawie. nawet kreacje Pitta uwazam za cokolwiek ponizej poziomu, ale obawiam sie, ze jest to po prostu efekt ogolnego, nadmiernego rozflaczenia calej tej produkcji.. Oscara moglby dostac conajwyzej w kategorii "Przegadanie Roku"
    pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  4. po "tajnym przez poufne" można spokojnie uznać brada pitta za dobrego aktora. a teraz ma zagrać Żyda u Tarantino.

    OdpowiedzUsuń
  5. Szczerze powiedziawszy nie spojrzalam na film z Twojego punktu widzenia, czyli zupelnie bez odniesien do oryginalu etc. I chyba nie mogles tego ujac lepiej - faktycznie, przez caly film Button wydaje sie, choc zabrzmi to moze brutalnie, ale bezbarwny. JEst idealnym tlem dla, paradoksalnie, postaci drugoplanowych, ktorym naleza sie wielkie brawa.
    Nie moglam tez oprzec sie wrazeniu, ze dorobiona wspolczesna rama jest przedramatyzowana i zwyczajnie niepotrzebna. Po co dodatkowo patetycznie podkreslac koniec zycia jednej istpty, dramatyczny w swej wymowie tak czy inaczej? Staje sie on przez to nie dramatyczny, a melodramatyczny i niebezpiecznie traci "Titanikiem" (z calym szacunkiem i uwielbieniem dla tegoz).
    Nie jest bardzo zle, ale niewatpliwie cos zgrzyta jesli przez caly film towarzyszyly mi pytania "dlaczego?", "jak?", "po co?" etc.
    Bez watpliwosci pozostaje jedno: Cate Blanchett i Tilda Swinton na piedestal!

    OdpowiedzUsuń
  6. Też irytowała mnie rama: nie dodawała nowych informacji, tylko spełniała funkcję bufora, pozwalającego wybrzmieć emocjom z poprzedniej sekwencji. Problem w tym, że tych emocji nie było za wiele i nie miało co "wybrzmiewać". Winię za to Rotha i jego przyzwyczajenia z ławeczki, na której Forrest opowiada swoje losy rozdając czekoladki. Tyle że Forrest opowiadał ze swadą.

    OdpowiedzUsuń
  7. Rama to typowy melodramatyczny chwyt. Odkrycie wielkiej miłości bliskiej osoby pierwszym krokiem do jej zrozumienia - pre mortem, jak u Finchera, bądź post mortem - vide "Madison County" Eastwooda. I tu leży problem "Benjamina Buttona". Bardzo interesujący pomysł Roth niemiłosiernie napompował, a Fincher wziął tego scenariuszowego kolosa i zrobił tylko melodramat - na domiar złego mdły i banalny. Koncept epickiej baśni (stąd zapewne owa nieskazitelność bohaterów) obrócił się przeciwko twórcom - nie zauważyli bowiem, że rozlewność przemieniła im się w rozlazłość. Powiedzieli dużo, przy okazji nie mówiąc niczego. Epizodyczna kompozycja rozmyła dramaturgię, której techniczna biegłość i estetyczne wyszukanie nie zastąpią. Owszem, mikrohistoria z Koteasem w roli niewidomego zegarmistrza rusza (szkoda, że jest osamotniona). Bardzo fajnie, że Fincher sprawnie bawi się stylizacją. To ładne, że chciał opowiedzieć o zwyczajnych ludziach, którzy prowadzą ciche życie, kochają się, starzeją albo młodnieją, a na końcu czeka śmierć, bo wszystko przemija. Jeśli jednak spojrzeć na materiał, jaki był do dyspozycji - to wszystko są, niestety, wymyślne zawijasy na okładce zbioru frazesów. Życie jako rozciągnięty w czasie koniec, z kilkoma małymi finiszami pomiędzy, widzę np. w opowiadaniach Iwaszkiewicza. W "Buttonie" dostrzegłem skrojoną pod Oscary atrapę, która udaje autentyk. Duże rozczarowanie - moim zdaniem to najsłabszy film Finchera, bo co najwyżej przyzwoity.

    W związku z tym - przepraszam za mały offtop - podczas gali Oscarowej będę kibicował Danny'emu Boyle'owi. Zresztą zamiast "Buttona" w gronie nominowanych powinien się znaleźć "Mroczny rycerz"!

    OdpowiedzUsuń
  8. Zgadzam się zupełnie. Dobry trop z tym "poznaniem przez zakochanie" -- tą drogą idzie nawet "Mamma Mia!" (postać matki jest bardziej ludzka *ponieważ* kochała kiedyś tak często i tak intensywnie). Z całego korowodu postaci w "Buttonie" chwyta faktycznie Koteas, no i jeszcze wytatuowany marynarz. Podobała mi się też scena baletowa, gdzie Blanchett tańczy do "Karuzeli" Rodgersa i Hammersteina: musicalu, do którego mam słabość ze względów Daviesowskich (wykorzystał fragment muzyczny w "Kresie długiego dnia"). Oto utwór o niemożliwości przezwyciężenia przeszkód prawdziwych, pośrodku utworu o przeszkodach wydumanych. Człowiek musi uciekać się do musicalu, by odnaleźć w Finczerowej konstrukcji cokolwiek autentycznego...

    A co do Oscarów -- nie przepadam za tym konkretnym Boylem, a popieram najmniej popularny film z piątki, czyli "Frosta/Nixona" (moja recenzja za tydzień w "TP").

    OdpowiedzUsuń
  9. Przyznaję, że ja jako zatwardziały miłośnik Finchera broniłem tego filmu w dyskusjach ze znajomymi (wcale nie uznając go za wybitne dzieło,ale odpierając po prostu niektóre krytyki),ale zdaje się tylko po to, by uniknąć stwierdzenia, użytego przez jednego z wyżej komentujących - to najsłabszy film Finchera (wg mnie w okolicach "Azylu"). Ciekawa recenzja, w szczególności dla mnie, który nie miał do czynienia z oryginałem (ten motyw z zegarem odmierzającym czas do tyłu jest pomysłem reżysera czy autora?). Jednakże znalazłem skojarzenie z bardzo ciekawym opowiadaniem Alejo Carpentiera z tomu "Wojna czasu", pt. "Powrót do ziarnka" – tam też jest stary ślepiec, który niemalże magicznym ruchem laski rozpoczyna cały bieg wydarzeń, czyli odmładzanie się staruszka na łożu śmierci. Próbowałem też tłumaczyć poprzez Umberto Eco i jego "Imię róży" (zachowując wszelkie proporcje), że huragan i powódź zalewająca Nowy Orlean (oraz tenże zegar) są metaforą powstawania mitu (baśni), tak jak pod gruzami spalonej biblioteki pogrzebany został jedyny egzemplarz II księgi "Poetyki" Arystotelesa – o legendarnej księdze dowiadujemy się tylko za pośrednictwem zeznań Adso, a o „ciekawym” (niestety zmuszony jestem dać w cudzysłowie) przypadku opowiada nam także jedynie pośrednio pamiętnik samego Benjamina.
    Prawdą jest niestety fakt, że sam bohater wydaje się spłycony w swoich niektórych reakcjach, no i przede wszystkim sam film trąci niestety banałem (ciągłe dosłowne powtarzanie, że czas mija, wszystko mija może zniechęcić największego zwolennika Finchera, jakim sam jestem). Jest dla mnie jednak jedna wspaniała scena - Cate B. mówi do Brada P., który właśnie pojawił się w odmłodzonej i dostosowanej do 18-latka skórze: „Teraz jesteś idealny”(cytat mniej więcej dosłowny). Mógłby być (a chyba nie jest, bo Pitt to ulubieniec Finchera) to gorzki, ironiczny komentarz do gwiazdy Hollywoodu i idola nastolatek, który mając 45 lat stara się wyglądać młodziej ode mnie. Zresztą każda chyba z tamtejszych gwiazd marzy i robi wszystko, żeby tym młodziej wyglądać, im więcej ma lat. Ciekawe czy któraś z nich wyciągnie wnioski z baśni o Benjaminie...;)
    Ciężko mi będzie kibicować (choć przede mną jeszcze The Reader, ale opinie słyszę o nim kiepskie) któremukolwiek z „najlepszych filmów. Dotąd z tych oscarowych najbardziej podobały mi się "Zapaśnik" oraz "Spotkanie".

    OdpowiedzUsuń
  10. Witaj Michale, dobrze słyszeć, że nawet wielbiciele Finchera mają problem z tym filmem:-)

    Odpowiadając na Twoje pytanie: zegar chodzący do tyłu jest dodatkiem Rotha. Opowiadania Carpentiera nie znam, ale to bardzo ciekawe, co piszesz o budowaniu mitu. W końcu nie bez powodu Fincher odwołuje się do autentycznego kataklizmu, jakim była Katrina. Kataklizm naturalny stał się katalizatorem politycznych wpadek (vide dokument Spike'a Lee na ten temat). W tym sensie fakt, że o Benjaminie opowiada się właśnie w ten dzień, jest znaczący: Ameryka jest w kryzysie, potrzebuje nowej "opowieści założycielskiej". I odnajduje ją w opowiadaniu Fitzgeralda, który już jeden mit (wielkiego Gatsby'ego) Ameryce dał.

    Masz rację, że słowa Blanchett zabrzmiały zabawnie, zwłaszcza w kontekście rozpaczliwych wysiłków "odlodzenia" Pitta w scenach, w których ma być nastolatkiem.

    Jak dotąd zdecydowanie "Frost/Nixon" i "Wątpliwość" królują wśród nominowanych filmów w mojej prywatnej hierarchii.

    OdpowiedzUsuń
  11. ,,Ciekawy..." obejrzałem jako pierwszy z nominowanych do Oscara produkcji. Początkowo film wywarł na mnie całkiem pozytywne wrażenie. Jako kinoman-amator miło spędziłem 2h40min oglądając produkcję, w której najbardziej zachwyciła mnie "robota" jaką wykonali ludzie odpowiedzialni za przemianę wiekową Pitta. Wraz z obejrzeniem kolejnych nominowanych filmów, moje zdanie na temat Buttona zaczęło się zmieniać. Stwierdzam po pewnym czasie, że o ile film Finchera mi się podobał, to nie był na tyle dobry aby uzyskać nominację Akademii. Ciekawy..." jest filmem na 4+ , a takich w historii kina dużo. Wiele schematów użytych w filmie przywołuje w mojej pamięci losy Forresta Gumpa. O ile ,,Siedem" i ,,Fight Club" Finchera stanowią dla mnie kultowe pozycje, to Benjamin będzie dla mnie daaaaaaleko w tyle.

    ps. ja również "Frost/Nixon" kibicuje ;)

    pzdr
    Olek

    OdpowiedzUsuń
  12. Świetna, poetycka recenzja.

    A przy okazji, o Oskarach...
    Slumdog, panie Michale!
    Zgroza...


    Sz

    OdpowiedzUsuń