3 marca 2009

Nói Albinói (2003, Dagur Kári)



Istnieją w świecie zjawiska całkowicie wytłumaczalne, które jednak — choćbym nie wiem, jak mocno się starał — budzą mój irracjonalny lęk. Jednym z nich jest odgłos kroków na śniegu, a właściwie jego brak. Gdy warunki są sprzyjające (tj. gdy śnieg jest odpowiednio miałki, a dookoła zalega pustka), doświadczam owego dziwnego stanu: wiem, że idę, ale moje uszy tego nie potwierdzają. Gdybym zamknął oczy, mógłbym uwierzyć, że fruwam. Innymi słowy: moje doświadczenie rzeczywistości rozwarstwia się i przenika doń tajemnica.


O ile podobne doświadczenie ma miejsce w moim przypadku dość rzadko, o tyle dla tytułowego bohatera filmu „Nói Albinói” jest chlebem powszednim. Nói mieszka bowiem w małej islandzkiej mieścinie, położonej u stóp wielkiej góry, gdzie śnieg i mróz wydają się być wieczne. Reżyser Dagur Kári zadbał o to, by ów śnieżny krajobraz stał się jednym z bohaterów filmu. Nie zapomniał przy tym wyeksponować złowrogą ciszę, o której pisałem powyżej. Przez pierwsze minuty filmu obrazowi nie towarzyszy prawie żaden dźwięk, nie mówiąc już o podkładzie muzycznym. Później mówi się trochę więcej, ale muzyka (jeśli już się pojawia) jest równie senna i zamierająca, co zwały lodu i śniegu obserwowane w tle.


Bohater filmu, nastolatek Nói (w tej roli Tómas Lemarquis), zamieszkuje rzeczoną mieścinę, ale wydaje się być niepogodzony zarówno z nią, jak i z całym światem. Nói, choć z jednej strony dobrze wie o tym, że jest ponadprzeciętnie inteligentny, swoim niezdyscyplinowaniem zdaje się sabotować wszelkie szanse wyrwania się ze stagnacji. W pewnym momencie mówi ironicznie, że „chciałby być adwokatem”; tymczasem widz wcale nie wątpi, że gdyby Nói wykazał należytą determinację, ten i inne zawody byłby dlań osiągalny.


Ale to nie jest film o prosto pojmowanym buncie przeciwko społecznym uwarunkowaniom. Nói wagaruje, kradnie (drobne sumy, ale jednak), lekceważy lokalne konwenanse, wreszcie próbuje ucieczki kradzionym wozem. Wszystko to jest jednak tylko znakiem buntu o wiele bardziej zasadniczego. Nói doświadcza bowiem świata, który wydaje się być doskonale obojętny na jego działanie. Teoretycznie jest tak, że materia otaczająca człowieka winna być plastyczna i — przynajmniej do pewnego stopnia — mu podległa. Tymczasem śnieg otaczający Nóiego zdaje się nie tylko pochłaniać dźwięki, ale i siły życiowe ludzi, którzy ośmielili się wśród tego śniegu

osiedlić.


Nói kroczy, ale bezgłośnie: czy nie jest to tak, jakby nie kroczył w ogóle? Nói rzuca kamienie w wodę, ale nie wydaje ona żadnego dźwięku: czy nie jest to tak, jakby w ogóle nie były rzucane? Wreszcie: Nói uderza kilofem w zmarzniętą ziemię, ale ona jest na te uderzenia odporna; znowu: tak jakby żadnych uderzeń nie było. Podsumowując, można powiedzieć, że wszelkie działania Nóiego wpadają w głuchą pustkę śniegu — nie mają oddźwięku, więc Nói coraz bardziej odczuwa drażniącą nieważkość swego istnienia.


Stąd bunt. Stąd strzelanie do sopli lodu: niechże głucha góra choć raz odpowie! I stąd determinacja przy kopaniu grobu: niech ta zmarznięta ziemia poczuje wreszcie, że stąpa po niej ktoś żywy i silny!


Wszelkie akty buntu przeciwko śnieżnej krainie, w której przyszło Nóiemu żyć, zostają spuentowane i przewyższone brutalną zemstą lodu, jaka przychodzi w finale. Nói wydaje się być ostatecznie pokonany. Świat, przeciw któremu się buntował, ostatecznie potwierdził swą obojętność na jego istnienie.


Co pozostaje? Życie, to raz. Wolność, to dwa. Pamięć o najbliższych, to trzy. Za jakiś czas Nói sprawdzi wartość takiego trójdzielnego fundamentu. My jednak rozstajemy się z nim w tym właśnie momencie i nie dowiemy się, jak też taki fundament się spisał. Wychodząc z kina, możemy co najwyżej spożytkować dotychczasowe doświadczenie Nóiego: docenić asfalt, który mamy pod stopami. I tupnąć tak, by zadźwięczał.

8 komentarzy:

  1. Michał, Świetny TEKST, SZACUN!

    OdpowiedzUsuń
  2. Dzięki, Kubo! Więcej w mailu :-) Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
  3. Mnie ten film zirytował, te niecierpliwości egzystencjalne są wydumane - a jeśli nie, jeśli odzwierciedlają autentyczne zmęczenie biednej zblazowanej młodzieży obywateli demokratycznego raju, której problemem jest brak problemów, to są po prostu śmieszne, trudno mi wykrzesać empatię. Kondycja bohatera i gra aktora, jak to w kinie skandynawskim w ogóle - napuszona.

    OdpowiedzUsuń
  4. Mnie ten film zirytował, te niecierpliwości egzystencjalne są wydumane - a jeśli nie, jeśli odzwierciedlają autentyczne zmęczenie biednej zblazowanej młodzieży obywateli demokratycznego raju, której problemem jest brak problemów, to są po prostu śmieszne, trudno mi wykrzesać empatię. Kondycja bohatera i gra aktora, jak to w kinie skandynawskim w ogóle - napuszona.

    OdpowiedzUsuń
  5. Nie zgadzam się. Owszem, na mnie też ten film zrobił nieco napuszone wrażenie. Tylko nieco. W opowiadaniu Sołżenicyna "Jeden dzień Iwana Denisowicza" opisy zimna i oporu zmarzłej ziemi są dość silnie zaakcentowanie, a warunki życia na islandzkiej prowincji są, jak sądzę, zbliżone. W grę wchodziłoby tu zatem nie zmęczenie, ale depresja. Jestem w stanie zrozumieć młodego człowieka, dla którego pod ponurym arktycznym niebem nic nie wydaje się warte zachodu.

    OdpowiedzUsuń
  6. Do Przemka: nie sądzę, żeby ten film nadawał się do wysnuwania wniosków o życiu "biednej zblazowanej młodzieży demokratycznego kraju", tak jak nie uważam, by "Zbrodnia i kara" pozwalała na poważne diagnozy nt. życia zblazowanych studentów za cara. Film Kariego ma tę klasę i jakość, że wychodzi poza publicystkę i wkracza w rejony egzystencjalnej dyskusji - uszanujmy to i na tym poziomie o nim rozmawiajmy.

    Do powsinigi_pl: Nie czytałem tego opowiadania, ale chętnie po nie sięgnę. A z ostatnim zdaniem Twojego komentarza zgadzam się w 100%.

    OdpowiedzUsuń
  7. Nikt o tym nie wspomniał w komentarzach, również autor w recenzji, ale ten film jest bardzo zabawny. Oglądałem dawno temu, ale pamiętam, że prawie cały czas się śmiałem. I nie jest to prosty humor w stylu koleś pośliznął się na lodzie, rąbnął tyłkiem, jakie to śmieszne hahaha, tylko naprawdę porcja inteligentnych żartów zawartych głównie w dialogach. Co oczywiście jest znakomitym kontrastem dla ponurego zakończenia, albo inaczej: ponure zakończenie brutalnie kontrastuje z resztą.

    W każdym razie film polecam.

    MM

    OdpowiedzUsuń
  8. Zgoda. W tym sensie jest też w tym filmie trochę z Kaurismakiego, podobny humor bez fajerwerków.

    OdpowiedzUsuń