15 sierpnia 2009

"Zabójcza broń" (1987, R. Donner)

Zainspirowany SMS-em od red. Jakuba Sochy (nie mylić ze słynnym fotografem o tym samym nazwisku), wybrałem się do lokalnej wypożyczalni i nadrobiłem jedną z bardziej rażących zaległości mojego kinomańskiego wykształcenia: obejrzałem Zabójczą broń (1987) Richarda Donnera.

Donner jest reżyserem bardzo zamaszystym, nie kryguje się przy operowaniu przestrzenią: film otwiera długa helikopterowa jazda ukazująca przedmieścia Los Angeles, potem pierwsze wysokie budynki, wreszcie wielki wieżowiec (wszystko w jednym ujęciu, brawa dla Stephena Goldblatta!). To otwarcie zwiastuje ambicje Zabójczej broni: ślizgać się jak najszybciej, pochłaniać jak najwięcej, wzbudzać oniemienie własną skalą.

Ta stylistyczna gigantomania daje o sobie znać kilkakrotnie, m.in. w scenie pierwszej wspólnej jazdy Riggsa (Mel Gibson) i Rogera (Danny Glover) radiowozem: w pół zdania Donner przechodzi od zbliżenia postaci do szerokiego planu zdjętego z lotu ptaka, który trwa dobrych 20 sekund (rozmowę słyszymy nadal). Jest trochę tak, jakby Donner nie wierzył w ludzkie interakcje póki te ostatnie nie są rzucone na tło wielkiej przyrody, wielkiego miasta, wielkiej eksplozji. W upartości, jaką wykazuje Zabójcza broń w konfrontowaniu człowieka z potężnymi obiektami architektury i inżynierii, są jakieś ślady namysłu filozoficznego (najbardziej rzuca się to w oczy w scenie śmierci Hansakera [Tom Atkins], kiedy na czystym niebie ni stąd, ni z owąd pojawia się helikopter ze snajperem – nie zapowiedziany żadnym narastającym odgłosem śmigieł; jak drapieżny ptak z karabinem zamiast dzioba).

Ambicje Zabójczej broni, nawet jeśli nie głębokie, zadziwiają swą szerokością (zamaszystością właśnie): są i samobójcze ciągoty Riggsa (potraktowane bardzo serio, zwłaszcza na początku), i przypowieść o przyjaźni czarnego z białym (nie przekraczającej jednak żadnych barier klasowych), i bebechowata frajda podniesiona do sześcianu (wybuchy, rozwalone hydranty, auta policyjne wjeżdżające do domu, walka wręcz w świetle reflektorów). Równowaga elementów nie zostaje jednak zachowana: podobnie jak w przypadku Supermana (1978), Donner przeładowuje film nie dbając o decorum. Inaczej niż w Goonies (1985), gdzie udało mu się utrzymać logikę kolejki górskiej przez cały film (każdy kolejny spadek był bardziej stromy, każdy podjazd bardziej ekscytujący), Zabójcza broń nie przejmuje się następstwem nastrojów – marzy jej się ciągła ekstaza.

Na poziomie ideowym jest to jednak film zaskakująco poważny i konserwatywny (uwaga: w moich ustach nie jest to ani inwektywa, ani komplement!): traktuje o ochronie rodziny, a przede wszystkim o niebezpieczeństwach czyhających na żony i córki. Pierwsza scena to samobójstwo córki upozowanej na porno gwiazdę, ostatnie pół godziny to pogoń na ratunek córce porwanej przez zbirów. Jeśli dodać do tego, że żona Riggsa nie żyje, a żona Rogera fatalnie gotuje, wychodzi na to, że wszystkie kobiety są słabe, a mężczyźni czasem podli, czasem prawi – ale zawsze silni. (Obydwaj protagoniści walczyli w Wietnamie, tak samo zresztą jak ich wrogowie: moralnie był więc to epizod indyferentny). Nie prycham z liberalnym oburzeniem, ale ubolewam nad płaskością tego konceptu. Nie zostaje stematyzowany w obrębie filmu, pozostaje podprogowy, więc – hm, hm – nie ma o czym rozmawiać.

2 komentarze:

  1. Po pierwsze - strasznie się cieszę, że złapałeś się za Zabójcze bronie. Jestem wielkim fanem filmów z dużą ilością wybuchów.

    A po drugie - Piracik to najlepsza wypożyczalnia NA ŚWIECIE, co nie? :)

    OdpowiedzUsuń
  2. No PRZECIEŻ! Kiedyś dam tej pani z Piracika jakąś nagrodę, choć wolę, żeby nie wiedziała, że nazwę jej wypożyczalni traktuję często jako -ekhm, ekhm- inspirację...

    OdpowiedzUsuń