9 listopada 2009

Sprawy zagraniczne (1948, Wilder)


Tak się składa, że odkrywane przeze mnie ostatnio filmy Billy’ego Wildera okazują się arcydziełami. Zawsze byłem fanem tego reżysera, ale niektóre zakątki jego filmografii pozostawały w moim wieloletnim kinochodzeniu nietknięte. A tu proszę – najpierw bezwarunkowy zachwyt Stalagiem 17 (1953), a teraz zakochanie w Sprawach zagranicznych (1948). Następne w kolejce będzie Avanti! (1972), ale coś mi mówi, że to nie ten kaliber.

Tak czy siak, Sprawy zagraniczne to swoisty prequel do Raz, dwa, trzy (1961) – komedia berlińskich gruzów, oswajająca powojenną traumę dowcipami o seksualnej energii amerykańskich żołnierzy. Jean Arthur gra kongresmenkę z Iowy mającą sprawdzić morale chłopaków pilnujących amerykańskiej strefy w podzielonym mieście. Jak zawsze u Wildera, chuć jest wszechobecna, a czystość pozorna (zob. koronna realizacja tematu w Garsonierze [1960]) – co wcale nie przekreśla liryzmu w scenach miłosnych między Jean Arthur a Johnem Lundem (o wiele żywszym tutaj niż w The Perils of Pauline [1947]).

Wilder jest bliski Kieślowskiemu w zawieszeniu moralnego osądu przy jednoczesnym wskazaniu na możliwość ocalenia godności. Fabuły jego scenariuszy (i z Brackettem, i z Diamondem) nadawałyby się co do jednego na nowy, wyśniony sezon telewizyjnego Dekalogu (1989), mimo że tonacja jest oczywiście diametralnie różna.

Niemniej nietrudno wyobrazić sobie taki oto Dekalog 6 Redux: Janusz Gajos jako niski szczeblem skryba w Urzędzie Wojewódzkim, wynajmuje swoje M-2 na schadzki lokalnych sekretarzy PZPR, w międzyczasie flirtując ze sprzątaczką graną przez Joannę Szczepkowską. Na końcu szok: Szczepkowska także śpi z szefem komórki partyjnej, mimo że stara się z tego związku wyplątać. Pocałuj mnie, głuptasie (1964) to gotowy materiał na Dekalog 9, etc., etc.

Kieślowski mówił nam przez lata, że uwarunkowania historyczne i ustrojowe nie anulują godności człowieka tak długo, jak pozostaje on bytem zdolnym do kochania. Wilder mówi dokładnie to samo, mimo że amoralny rewers tej wizji nie tyle go przerażał, co śmieszył. Sprawy zagraniczne to film o konieczności rozliczenia z nazizmem w świecie tuż po wojnie, ale naziści są w nim to klaunami, to artystami estradowymi – ich finałowy upadek nie przeszkadza Wilderowi nasycić się ich filmową obecnością póki są jeszcze na scenie:


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz