1 kwietnia 2010

Wyspa tajemnic (2010, Scorsese)


Ocena: **

Zapewne wybiorę się na Wyspę tajemnic (2010) raz jeszcze z szacunku dla Mistrza, ale nie ukrywam że po pierwszym seansie wrażenie jest fatalne.

To, że scenariusz jest taniochą, nie ulega wątpliwości: to czyste pulp fiction, w którym Dachau, lobotomie, dzieciobójstwo, bomba wodorowa i kapiące lochy mieszają się z „analizą osobowości” głównego bohatera. Dialogi są okropne i często wywołują zażenowanie („Kocham go jak każdy prezent od ciebie, ale prawda jest taka że to ohydny krawat”, etc). Wszystko to jednak nie znaczy, że nie mógł z tego powstać świetny film. Scorsese udowodnił w Przylądku strachu (1991), że potrafi nadziewać pulpę dziką emocją i pierwotnym lękiem. Bo też i na tym polegała siła horrorów produkowanych przez Vala Lewtona w RKO w latach 40-ych, które są tym razem głównym przedmiotem kinofilskiego hołdu Scorsese. Ludzie-koty (1942) opierają się na słabych efektach specjalnych, drewnianych postaciach i absurdalnej fabule, ale film do dziś wywołuje lęk – ponieważ Jacques Tourneur patrzy poprzez śmiechu wart materiał (niczym przez palce), dostrzegając coś, co leży poza pretekstowym sztafażem. Co to takiego? Atawizmy. To na nich budowany jest strach w kinie klasy B. Jeśli ktoś opanuje sztukę pociągania atawistycznych sznurków, może nas straszyć nawet plastikowymi stworami, bo prawdopodobieństwo i realizm zejdą tak czy siak na plan drugi.

Natomiast Scorsese jest na to za ambitny – i to go koniec końców gubi. Chce oddać hołd Lewtonowi, ale zarazem ukłonić się Hitchcockowi. A tego się nie da zrobić, bo ich wizje kina były zupełnie inne. Hitchcock straszył wewnętrznie, dokręcając psychologiczne śruby i bohaterom, i widzom. Jego postaci schodziły w głąb samych siebie, a nie tylko w głąb pieczar i pułapek. Dlatego tak często nazywa się go sadystą. Lewton i kino klasy B straszy bebechowato; dotyka nam ramienia w ciemności, krzyczy w ucho nagłe „bu!”. To są dwa różne rodzaje grozy i Scorsese poległ starając się je pogodzić w Wyspie tajemnic.

Hitchcockowskie okruszki są tu rozsypane bardzo hojnie: prysznic z Psychozy (1960) i wspinanie się na wieżę z Zawrotu głowy (1958) to dwa najbardziej ostentacyjne przykłady. Z drugiej strony mamy owe sceny jak z Lewtona: ciemne korytarze, zapałko-pochodnia, błyski, trzaski i wisielcze wycie. Efekt jest taki, że Scorsese wykonuje dwa zabiegi naraz – a że wektory są przeciwne, film się rozpada. Za Lewtonem mruży Scorsese oko i stara się nie zwracać uwagi na idiotyczny scenariusz, a za Hitchcockiem oczy swe otwiera i stara się rzetelnie opowiedzieć to, co w scenariuszu zapisane. Biedny Leonardo DiCaprio (świetny aktor, swoją drogą), fizycznie cierpi na ekranie, bo dostaje sprzeczne sygnały reżyserskie. Raz ma być figurką w domu strachów, a raz bohaterem psychothrillera komentującego ni mniej, ni więcej, tylko cały świat zimnowojenny.

Tak naprawdę film jest prawie-remakiem dzieła jeszcze innego twórcy, mianowicie Sama Fullera. W 1963 roku nakręcił on Korytarz strachu (1963): zimnowojenną parabolę Ameryki jako domu wariatów, w którym dziennikarz podszywa się pod kazirodcę, by przeprowadzić śledztwo w sprawie zabójstwa jednego z pacjentów szpitala psychiatrycznego. Tam też jest bomba wodorowa, Komisja do Spraw Działalności Antyamerykańskiej, McCarthyzm i paranoja. Ale Fuller miał drapieżność reportera, wierzył w każdy przesadny zakrętas i barokowy efekt. Scorsese jest zbyt profesjonalny i zbyt rozkochany w technice, by osiągnąć ten poziom świeżości i siły.

W Taksówkarzu (1976) dał nam portret pokiereszowanego wojną psychotyka. W Wyspie tajemnic zrobił to samo. Wydaje się, że 35 lat wystarczyło, by i wojna, i psychoza, i wewnętrzne szramy stały się dla tego reżysera niczym więcej, jak tylko przesuwalnymi elementami; kupnym materiałem do inkrustowania filmowej bujdy.

Na zakończenie, wspaniały finał Korytarza strachu:

35 komentarzy:

  1. A może ta recenzja to żart na Prima Aprilis? :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Hmm, akurat motyw z krawatem jest pomysłem Genialnym. Podejrzewam, że wyszedł od scenarzysty. Wystarczyło zapisać w scenariuszu " Leo ma okropny krawat". Dopiero w połowie filmu okazuje się, że dostał go od zmarłej żony i MUSI w nim chodzić bo tak ją kocha! Świetne. Nic więcej nie potrzeba dodawać nt. ich relacji!

    Niestety Martin dodaje ZA DUŻO!

    Problem z filmem jest taki, że gdyby powstał 40 lat wcześniej [vide korytarze strachu]to byłby [gdybam oczywiście] dziś klasyką.
    Dziś tego typu TANICH DRESZCZOWCÓW mamy na pęczki! Schemat fabularny bardzo ograny. Aż dziw bierze że akurat Martin wziął ten scenariusz! Przecież to mógłby nakręcić byle reżyser klasy B i wyszło by prawie tak samo.

    Dlatego nie ma sensu pisać o Hiczkoku i Levtonie. Scena z latarnią jest kręcona ZUPEŁNIE inaczej niż ta w Vertigo. A sam motyw schodów jest przecież w wielu filmach.
    Oglądaląc tę scenę zastanawiałem się czy Martin zaraz walnie nam vertigo effect + ujęcie z góry , ale nie :) Więc pomimo narzucającego się skojarzenia odegnałem myśl, że to nawiązanie do Alfreda :)

    Wyszedł po prostu zwyczajny dreszczowiec, mocno przedobrzony, który jednak ogląda się bez większego bólu. takie 5,5/10 bym może dał.

    Liczne retrospekcje psują film!!!!!!!!!!!!! x874!

    Napięcia w tym filmie było niestety niewiele. Stop. W OGÓLE GO NIE BYŁO. Co znacznie obniża go z perspektywy thrillera.
    [co nie znaczy też że film NIE wciągał!]

    I nie rozumiem tylko jednej rzeczy dlaczego Wyspa dostaje **, a Nostalgia, która jednak w scenach z Tuccim trzymała za gardło dostaje *1/2

    :D
    Pozdrawiam
    ŁSkura

    OdpowiedzUsuń
  3. Anonimowy, bez przesady. Napięcie było, co prawda, siadało im bliżej końca, ale było.
    Faktem jednak jest, że nadmiar retrospekcji i masa podpowiedzi psują ostateczne wrażenie, dlatego osobiście Wyspę Tajemnic uważam za najgorszy film Scorsese. Chwilami miałem wrażenie, że zapędził się w zupełnie inny róg.

    OdpowiedzUsuń
  4. No to sie doczekałem na Pański komentarz:P I szczerze mówiąc nie spodziewałem się aż tak miażdżącej krytyki, z którą swoją drogą w tym przypadku zupełnie się nie zgadzam. Otóż po pierwsze - ja wiem, że to jest technicznie trudne do zrealizowania biorąc pod uwagę ilość powstających filmów, ale czasem warto sięgnąć po książkę, na której opiera się scenariusz. I tu moja pierwsza uwaga - nazwanie opowiedzianej historii pulp fiction to całkowite nieporozumienie. Dennis Lehane jest obecnie powszechnie i slusznie uważany za następcę Raymonda Chandlera, a jego kryminały wg mnie pozostawiają daleko w tyle tak wielbione przez krytyków kryminały społeczne twórców skandynawskich (głównie Szwedów). "Shutter Island" jest dla niego książką specyficzną, gdyż to kryminał / thriller psychologiczny. W bardzo mocny sposób odwołujący się do leków targających Ameryką lat '50 - stąd trauma powojenna, McCarthyzm i polowanie na komunistyczne czarownice, lobotomie i eksperymenty na ludziach. Chora abstrakcja? TAK! Ale właśnie tak wtedy wyglądała w znacznym stopniu Ameryka. A intryga i struktura powieści w moim odczuciu jest fenomenalna - książkę wziąłem do ręki nieco z przypadku 3 lata temu, wessała mnie na 5 długich godzin jesiennej, deszczowej nocy, przeżuła i wypluła nad ranem zupełnie oszołomionego. Jedyny zarzut w związku z tym jaki mam do scenariusza to fakt zbytniego uwypuklenia traumy wyzwalania Dachau przez głównego bohatera - w książce wątek delikatnie zarysowany został przez twórców pociągnięty strasznie grubą kreską (w niektórych momentach wręcz groteskowo co w odniesieniu do tej tematyki jest niepoważne i żałosne - chodzi mi np. o tony zwłok wysypujących się z wagonów). Do tego jak pisałem w swoim wcześniejszym komenatrzu wątek ten można było skompresować do 1 albo 2 retrospekcji, a nie 4 - zdecydowanie przeciągnięto czasowo. Drugi ewentualny zarzut w stosunku do scenariusza to fakt, że Scorsese zupełnie niepotrzebnie w kilku miejscach rzuca nam jak okruszki pewne wskazówki, mogące jednoznacznie wskazywać zakończenie historii i przez to psujące efekt zaskoczenia (np. scena omamów Teddego podczas wybuchu samochodu gdy do jego żony podchodzi pewna dziewczynka...). Tyle w kwestii fabuły. W ramach przerywnika, żeby nie było, że jestem ślepo zapatrzony w "Shutter Island" - 2 poważne minusy. Nie wiem jakim cudem Martin mógł pozwolić by obraz wspomagała tak tragiczna i bombastyczna muzyka. MASAKRA - nie mogę nigdzie znaleźć kto jest odpowiedzialny za tę "ilustrację dźwiękową", ale dokumentnie (szczególnie na początku) psuje ona klimat i odbiór filmu. Mały potworek i w tej kategorii przyznałbym z czystym sumieniem Malinę:P Drugi minus - nie wiem co stało się przy okazji pracy nad tym filmem z Thelmą Schoonmaker, ponieważ montaż zdecydowanie kuleje i w zaskakująco dużej ilości przejść.

    OdpowiedzUsuń
  5. Wracając zaś do Pańskich zarzutów. Z wielką przyjemnością uważam Pana za krytyka / recenzenta ze świeżym podejściem do wszystkiego co Pan ogląda. Podejściem nie skażonym przez fachową wiedzę i umożliwiającym przystępne przekazanie wiedzy o filmie osobom, które pod każdym względem mają wiedzę mniejszą niż Pan (tu nie ma żadnej ironii - proszę nie odbierać tego też jako "wazeliny" - w polskim środowisku krytyków filmowych jest Pan w moim odczuciu jedyną osobą, która w pozytywny sposób się odróżnia).
    Jednakże w przypadku "Shutter Island" nie mogę się oprzeć wrażeniu, że jadnak oglądał Pan film z przytłaczającym ciężarem swojej wiedzy. Zarzuca Pan bowiem filmowi, że próbuje oddziaływać na ludzki strach i emocje w dwojaki sposób, nawiązując do filmowych dokonań Hitchcocka i Lewtona. Tak jest w istocie - ale nie potrafię zrozumieć dlaczego ma być to wadą. Ta dwutorowość wynika bowiem znowu z książki, będącej podstawą scenariusza. Dominującym elementem jest aspekt psychiczny - trauma głównego bohatera, jego stopniowe popadanie w obłęd, omamy i koszmarne sny. Dopełnieniem tej sfery psychicznej, wewnętrznej (która ma nas głównie straszyć) jest scenografia, w której rozgrywa się drama - odcięta od lądu wyspa, dawny fort więziennny, ciemne korytarze i opuszczona latarnia. Zgodzę się w jednym - czasem może rzeczywiście Scorsese maluje zbyt grubą kreską - np. gdy na Teddy'ego rzucają się zza krat opętani więźniowie. Ale sama "scena z zapalaniem zapałki" jest moim zdaniem świetna i wierna literackiemu oryginałowi.

    I tu mój główny zarzut do Pana - nie wiem w której scenie dopatrzył się Pan nawiązania do słynnej sceny "pod prysznicem" z "Psychozy", ale wg mnie nie da się teog obronić. W filmie takiej żadnej sceny nie ma, po prostu. Co innego finał w latarni - drobna aluzję można gdzieś podskórnie odczytywać, ale nie w sensie dosłownym! Taki jest finał tej historii - niekoniecznie musi na siłę nawiązywać do wcześniejszych filmów! Podobieństwo nie musi z góry zakładać nawiązania i analogii. Naprawdę.
    Nie jestem fachowcem w dziedzinie filmu. Nigdy nie kształciłem sie w tym kierunku. Jestem zapalonym kinomanem, który może właśnie dzięki temu zachować może w jakimś sensie świeżość oceny. Mam wrażenie po prostu, że opisane przez Pana nawiązania są nieco znalezione na siłę. I w tym sensie nie mogę pozostać z nimi w zgodzie.

    OdpowiedzUsuń
  6. Uff... no to się wypisałem:) Mam nadzieję, że mimo to zerknie Pan na moje przemyślenia. Tymczasem życzę zdrowych, spokojnych i radosnych Świąt Wielkiej Nocy!

    OdpowiedzUsuń
  7. @Jagoda - Nie... :-)

    @ŁSkura - *Motyw* z krawatem jest bardzo dobry! Tylko ta linijka dialogu brzmi idiotycznie ("It's a God awful tie!"). Na moim seansie widownia się śmiała.

    Jestem pewien, że wspinaczka umęczonego DiCaprio po schodach jest nawiązaniem do wspinaczki umęczonego Jimmy'ego Stewarta -- obydwaj biegną, by skonfrontować się ze swym największym lękiem. A powtórzenie słynnego "najazdu z focusem" nie miałoby sensu, bo Leo nie cierpi przecież na lęk wysokości.

    W zestawieniu SHUTTER ISLAND / THE LOVELY BONES Scorsese minimalnie prowadzi, bo przynajmniej nie ma w filmie wrażenia chaosu -- a chaos właśnie, jak powiedziałby lis z ANTYCHRYSTA, panował w NOSTALGII ANIOŁA

    @rox86 -- Nie czytałem źródłowej powieści, ale Pańskie słowa tylko wzmagają moją podejrzliwość:

    "W bardzo mocny sposób odwołujący się do leków targających Ameryką lat '50 - stąd trauma powojenna, McCarthyzm i polowanie na komunistyczne czarownice, lobotomie i eksperymenty na ludziach. Chora abstrakcja? TAK! Ale właśnie tak wtedy wyglądała w znacznym stopniu Ameryka."

    Otóż: NIE! Nie tak wyglądała wtedy Ameryka. Tak wygląda pewne *wyobrażenie* o Ameryce tamtych lat: sprzedane nam przez milion baśni o tym, jak to w latach 50-tych ludzie bali się chodzić po ulicach w czerwonym krawacie, żeby nie zostać wziętymi za komunistów. Prawda o Ameryce wczesnej zimnej wojny jest o wiele bardziej skomplikowana, a to że z latami postanowiliśmy używać wobec niej słów takich jak "paranoja", "atmosfera strachu", etc. świadczy tylko o tym, że uwierzyliśmy w pewną narrację. Fakt, że Scorsese bezmyślnie dubluje te wszystkie stereotypy, świadczy o braku dystansu do materiału literackiego.

    A jeśli Lehane to następca Chandlera, to wszyscy jesteśmy w tarapatach. Domyślam się, że przynajmniej część dialogów pochodzi z książki, więc sądząc na tej podstawie niech będzie mi wolno powiedzieć: "Lehane is no Chandler!" Chandler był mistrzem ironicznego, dusznego, bezczelnego i łąskotającego mózgowe synapsy dialogu. Dialogi w WYSPIE TAJEMNIC to robota rzetelnego rzeźnika, sprawnie wycinającego kotlety, ale o prawdziwej sztuce kulinarnej mającego niewielkie pojęcie.

    OdpowiedzUsuń
  8. @rox86, cd. - Zgadzam się z Panem co do Dachau: Scorsese zmienia obóz w kicz. Biedni więźniowie patrzący oczami saren na wyzwolicieli. Przecież to jest gwałt na pamięci tego miejsca! Odsyłam do Tadeusza Borowskiego: obozy nie były miejscem pojedynku Okrutny Oprawca-Niewinny Więzień. Były piekłem na ziemi, w którym więźniowie tracili człowieczeństwo i stawali się strzępami swych dawnych "ja". Jak powiedział Jan Karski po wizycie w getcie: "It was not a world, it was not a humanity" (wypowiedź z filmu SHOAH Claude'a Lanzmanna).

    Akurat ujęcie z PSYCHOZY powtórzone jest w WYSPIE TAJEMNIC w skali 1:1, kiedy Leo jest pod prysznicem. Idzie mi o słynne ujęcie ze strumieniem wody skierowanym w obiektyw kamery (w tym zestawieniu proszę zerknąć na najniższy rząd, drugi fotos od lewej):

    http://www.hitchcockwiki.com/files/misc/psycho_montage.jpg

    Bardzo Panu dziękuję za miłe słowa pod adresem mojego pisania -- ogromnie dużo dla mnie znaczą. Przykro mi, że odniósł Pan wrażenie w przypadku WYSPY TAJEMNIC, jakobym starał się przytłoczyć Czytelnika zasobem moich informacji. Proszę mi wierzyć, nie taki był mój cel! Po prostu sam staram się zrozumieć, co sprawia, że TAKSÓWKARZA mogę oglądać dwudziesty raz i zawsze mnie poruszy i zachwyci, a do WYSPY TAJEMNIC wrócę co najwyżej raz jeden, żeby sprawdzić swoje pesymistyczne wnioski. Chyba się Pan zgodzi, że istnieje różnica artystycznej rangi między tymi dwoma filmami, które przecież temat mają bardzo podobny...? Moim zdaniem w TAKSÓWKARZU Scorsese jest blisko bohatera i tak kształtuje świat wokół niego, by stanowił on emanację jego psychiki. W WYSPIE TAJEMNIC niby podobnie, ale to kształtowanie jest niespójne i niekonsekwentne. Z jednej strony te łapy wyskakujące zza krat, a z drugiej ambicje, by nakręcić traktat o Wolnej Woli. Moim zdaniem to nie wyszło i film się rozpadł. Ale podkreślam: to tylko moje zdanie.

    Uff, i ja się rozpisałem :-) Dziękuję za komentarz i jak zawsze zapraszam na bloga!

    OdpowiedzUsuń
  9. Michale, ale właściwie dlaczego scenariusz jest "idiotyczny"? Czyż niejednoznaczny bohater, fabuła i zakończenie nie przemawiają na korzyść filmu? Wszak jeśli przyjmiemy jedno z możliwych rozwiązań, wcześniejsze nienaturalne nieco zachowania i dialogi bohaterów nabierają sensu. Polecam drugi seans, już nie z perspektywy detektywa.

    OdpowiedzUsuń
  10. Mam trochę inne zapatrywania na 'bombastyczność' formalną Shutter Island.
    Otóż rzeczywiście Scorsese sprzedaje pewną wizję Ameryki tych czasów. Jednak wszystkie wydarzenia są pokazana z perspektywy Teddy'ego, przefiltrowane przez jego psychikę.

    Ja to interpretuję tak, że Teddy jest przesiąknięty filmami, przekazami telewizyjnymi, teoriami spisku itp. i na tej podstawie buduje swoją iluzję.
    Pomocna jest tu już pierwsza scena na statku - kiedy Teddy jest pokazany przed lustrem niczym typ bohatera znany z filmów noir. Potem Scorsese stosuje tylną projekcję na statku, podkreślając sztuczność świata przedstawionego, który właśnie tkwi w głowie Teddy'ego. Po drodze Scorsese umieszcza małe wskazówki, które nabierają sensu po twiście - Ruffalo ma problem z odczepieniem kabury, pielęgniarki śmieją się przy przesłuchaniu itp. A warstwa wizualna jest przesadzona, sztuczna, ze zbyt wyrazistą muzyką, scenografią rodem z horroru.

    Od początku tkwimy w świecie, który nie istnieje poza kinem i jest ukształtowany przez jego historię i estetykę.
    Nie sądzę, że nawiązania do Lewtona i Hitchcocka są przeciwnymi tendencjami, które rozbijają film. Raczej służą temu samemu, budują 'filmowość' iluzji, którą Teddy tworzy z kawałków popkultury.

    Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  11. @Piotr - Może faktycznie niewłaściwie użyłem słowa "idiotyczny". Szło mi bardziej o jakiś polski odpowiednik angielskiego "silly": niemądry. Dlaczego...? Bo to klisza na kliszy i dosłowność na dosłowności. Żadnych niedopowiedzeń. Naziści, upiorni więźniowie, szczury, twierdza, sztorm, Dachau i lobotomia. Wszystko nie sugerowane, tylko materializowane w skali 1:1. Oczywiście finałowy twist rzuca na to wszystko nowe światło. Ale porównaj łopatologię WYSPY TAJEMNIC z finezją KRÓLA KOMEDII tego samego Scorsese: tam też mieliśmy mix omamów Ruperta Pupkina i jego smutnej "reality". Ale tam był kunszt i aktywowanie inteligencji widza -- w WYSPIE TAJEMNIC Scorsese nie inwestuje żadnego formalnego obłąkania w portretowane obłąkanie bohatera. Wszystko jest banalne. Szczury: ok, pokażemy dużo szczurów. Wizje? Ok, będą wizje.

    Ja wciąż namawiam: porównajcie to sobie z TAKSÓWKARZEM. Tam też były "pulpowe" elementy. Ale nie mieliśmy sceny, w której - powiedzmy - kropla keczupu kapiąca z hamburgera Travisa nagle uruchamiała retrospekcję: oto Travis w My Lai, siecze miotaczem ognia po grupie małych dzieci, jedna skośnooka dziewczynka patrzy mu w oczy, taśma zwalnia, ścieżka dźwiękowa zalewa się symfoniczną muzyką, twarz dziewczynki się topi, De Niro wrzeszczy obryzgany posoką, a na koniec ujęcie z góry: on i dżungla, a nad dżunglą tornado.

    Uważam, że w WYSPIE TAJEMNIC Scorsese nie udało się to, co wyszło mu wspaniale w PRZYLĄDKU STRACHU. Tam też wziął na warsztat taniochę, ale tchnął w nią dzikość i atawistyczną siłę. Juliette Lewis i jej perwersyjny urok nadpobudliwej nastolatki, operatorskie i montażowe szaleństwa, DeNiro szarżujący na całego w tym swoim tatuażowym wcieleniu mięśniaka... W PRZYLĄDKU STRACHU był obłęd, diabeł, gwałt, zawrót głowy. A przede wszystkim: żywa wyobraźnia. WYSPA TAJEMNIC zdała mi się filmem martwym w zestawieniu z tym wszystkim.

    OdpowiedzUsuń
  12. @Tony Clifton - Patrz powyżej, pomieszałem odpowiedź na dwa komentarze :)

    OdpowiedzUsuń
  13. Pisałem o tym już w moim tekście, ale a propos Dachau - żołnierzy-wyzwolicieli wita w nim napis pochodzący z Auschwitz! Ewidentny dowód na to, że i ten epizod można traktować jako czysto fantazmatyczny - Arbeit macht frei wpisane w łuk jest tak ogranym symbolem, że podobnie jak cała reszta klisz wpisał się on we wspomnienie, którego realność można na tej podstawie poddać w wątpliwość. No.

    Stachu

    OdpowiedzUsuń
  14. @Stachu - Chciałbym wierzyć, że jest tak jak mówisz, a nie że jest to kolejny dowód historycznej ignorancji Anglosasów, dla których Auschwitz i Dachau to jeden i ten sam obóz "gdzieś w Polsce", a Enigmę rozszyfrowała Kate Winslet.

    OdpowiedzUsuń
  15. Michale, ja widzę w tym filmie świadomą kreację i rozbuchanie formalne pasujące akurat do tej historii i tego bohatera. Przecież finałowy twist tylko MOŻE, ale wcale nie MUSI rzucać na całość nowego światła, zależnie m.in. od tego, czy uwierzymy Kingsleyowi czy Patricii Clarkson; zależnie od tego, które sceny potraktujemy jako wytwór chorej wyobraźni bohatera. Nie jestem psychiatrą, ale zawsze bardziej wiarygodna w portretowaniu traum i schiz, wydawała mi się ekspresjonistyczna przesada, hiperbolizacja, nie wstrzemięźliwość i ledwie sugestia. Nie zgodzę się też, że mamy tu "dosłowność na dosłowności" - weźmy choćby genialną końcową scenę z Ruffalo, który daje sygnał mogący być różnie zinterpretowany. Uff, ciężko w ogóle dyskutować o tym filmie bez ewidentnego spoilerowania...

    OdpowiedzUsuń
  16. @rox - nie czytałem książki, ale trzeba film oceniać jako osobne dzieło. Czy ktoś dziś zarzuca Hiczkokowi , że nie trzymał się fałuby Ptaków?

    Odnośnie muzyki - głowny motyw - trzy pociągnięcia na wiolonczeli, może są specyficzne i nie da się ich słuchać w oderwaniu od obrazu, ale nie odmówisz "im" :) tego, że budują mroczną atmosferę. Taki minimalizm zecydowanie nawiązujący do Bernarda Herrmana, który podobne numery wyczyniał dla Hicza :) Akurat to było dobre, szczególnie w pierwszych scenach. Właściwie początek tego filmu jest najlepszy. [np ujęcie kamery z helikoptera, która kątek oka pokazuje policjantów przeszukujących haszcze! miód!

    Co do postrzegania Ameryki 50. zgadzam się z komentarzem MO. Jednak dobre filmy też mogą wyniknąć z bezkryrtycznego czytania książki. Oczywiście to raczej wyjątki.

    @ M.O.
    Tekst o krawacie miał BYĆ własnie śmieszny, u mnie widownia tez sie lekko zaśmiała, no bo to przecież taki mini żarcik. W dodatku określający bohatera. No ale nie będę jakoś szczeglnie zaś tego bronił.
    Tak jak będę bronił ZACIĘCIE Lovely Bones!

    Proszę zwrócić uwagę, że scena z lisem w Antychryście jest paradoksalnie jedną z najlepszych w filmie! :)

    Wybaczam chaos Jacksonowi. Jeśli ktoś zaptałby mnie KTÓRY FILM WARTO OBEJRZEĆ - zdecyodwanie polecę Nostalgię. Wyspa jest kolejnym, zwykłym trhilerem. Nie wyróżnia się. Widz o niej zapomni za parę tygodni.
    Nostalgia porusza pewne rzadko spotykane tematy i czyni to bezkompromisowo.
    Jak tylko fanedit wypuści odpowiednią wersję dam Panu znać!

    Oj nie wiem czy w Cape Fear wziął taniochę - oryginlany film z .50 też był dosyć wybijajaćy się, można by rzec , że w okolicach "night of hunter".

    Ale oczywiście Cape Fear jest 876529,7 x lepszy od Shutter Island.


    PS
    Odnośnie schodów-zgodzę, że można patrzeć na całą latarnię i schody jako podobny motyw co w Vertigo. Wyższy poziom, na którym rozwiązuje się zagadka, trzeba tam dojść dzięki schodom, dosyćmęcząca podróż, trzeba parę drzwi sprawdzić, napięcie itd. Ale tego tyou motywów pojawia się wiele, w wielu filmach. Równie dobrze można by napisać że to nawiązanie do "xxx" [muszę sobie przypomnieć jakiś taki film :) ]

    Co do sceny pod prysznicem - nie zaczynam polemiki bo czasu nie mam, ale aby stwierdzić "czy to nawiązanie do Psychozy", trzeba by sprawdzić czy w żadnym innym filmie wcześniej nie było takiego ujęcia prysznica. Jeśli by NIE było, to wtedy , można by logicznie postrzegać każde nietypowe ujęcie np ujęcie spod biurka w filmie Swietlik czy to czasem nie jest nawiązanie do ujęcia które zostosował reżyser XXX, w filmie XXX w np. 1946 roku. To tylko ujęcie prysznica "od dołu" musielibyśmy w ten sposob sprawdzać każde ujęcie w każdym filmie i pytać KTO BYŁ Z TYM UJĘCIem pierwszy i tym samym DO KOGO JEST TO NAWIĄZANIE.

    Ja wiem że MArtin jest fanej Alfreda i może nawet myślał o tym rabiac film, ale można z tego zrobić ogólną polemikę o nadinterpretacji nawiązań filmowych :)

    PSs
    Pozdrawiam Tony'ego Cliftona ;) Pozdrów też Andy'ego!

    ŁSkura

    OdpowiedzUsuń
  17. Recenzja mi się spodobała i – paradoksalnie – aż zachęciła do obejrzenia filmu, mimo że uważasz go za słaby. Tym bardziej że z komentarzy wynika, iż Twoja opinia nie jest bynajmniej powszechnie podzielana!

    Twoje oddziałanie filmów grozy na obozy Hitchcock/Lewton wydaje mi się ciekawe i trafne, ale jednak do końca nie mogę się zgadzać z tym, co piszesz o Ludziach-kotach, mianowicie, że „opierają się na słabych efektach specjalnych”. Nie widziałem tego filmu od chyba ośmiu lat, ale z tego co pamiętam, nie ma w nim właściwie żadnych efektów specjalnych – i właśnie na tym w znacznym stopniu polega skuteczność tego filmu. Cały czas oczekujemy jakichś efektów specjalnych, niejako obiecanych nam przez tytuł filmu, ale twórcy nam ich nie dają, i jesteśmy zatem bardziej przestraszeni tym, czego nie widzimy i tylko sobie wyobrażamy, niż tym, co widzimy – dokładnie jak u Hitchcocka. Odwołuję się choćby do słynnych scen przy przystanku autobusowym i na basenie. Co prawda, final filmu jest pod tym względem słaby (unikam bardziej szczegółowego spoilera), ale wszystko to, co go poprzedza, jest znacznie subtelniejsze i – oczywiście – bardziej przestraszające. Więc właśnie ten film wydaje mi się najbardziej „hitchcockowskim” ze wszystkich produkcji lewtonowskich, chociaż przy pozostałych zgadzam się z Tobą co do różnic w stylu i wizji tych twórców.

    Jeśli dobrze pamiętam, sam Scorsese mówi właśnie o tym przy Ludziach-kotach w dokumencie The Hollywood Mavericks, ale niestety, właśnie ta część dokumentu została usunięta z YouTube’a przez Fox, więc nie mogę podać linku...

    OdpowiedzUsuń
  18. @ŁSkura, a propos tego komentarza:

    Oj nie wiem czy w Cape Fear wziął taniochę - oryginlany film z .50 też był dosyć wybijajaćy się, można by rzec , że w okolicach "night of hunter".

    A czymże innym niż taniochą był pierwowzór Nocy myśliwego...? OK, przyznaję, że nie czytałem powieści Davisa Grubba, ale przynajmniej na podstawie opisów wygląda na to, że był to po prostu zwyczajny pulp – może trochę wyższej jakości, ale jednak. A w każdym razie na podstawie elementów zawartych w tej książce można byłoby stworzyć zwyczajny pulpowy film – ale Agee’emu i Laughtonowi udało się, oczywiście, przekształcić je w czystą poezję. I tak samo było w przypadku obu wersji filmowych Przylądka strachu, które na pewno są lepsze od pulpowej powieści Johna D. MacDonalda.

    OdpowiedzUsuń
  19. Ja również pomyślałem, że to primaaprilisowy żart! Bo o ile spodziewałem się, Michale, że chętnie wyłuskasz nawiązania do Hitcha i zbieżności z doskonałym noirem Samuela Fullera, to jednak nawet przez chwilę nie podejrzewałem, że fabułę określisz mianem taniej pulpy. No ale może to pojęcie względne - ja np. widzę ją w "The Limits of Control", gdzie ścinki efektownej światopoglądowości i fabularnych konwencji mają być pretekstem do wyjścia poza ubogi koncept fabularny. Tutaj, moim zdaniem, jest odwrotnie.

    Wiele już zostało w komentarzach powyżej napisane. Nie będę więc powtarzał tego, z czym również się nie zgadzam. Dodam tylko, że nie wierzę w przypadkowość "Wyspy...". Dawno nie widziałem filmu tak bogatego w detale, świadomego drogi, którą zmierza ("Autor widmo" spada pod tym względem na drugie miejsce). To coś więcej niż tania gadka-szmatka; imponuje zderzenie irracjonalizmu z racjonalizmem, wiara w siłę świadomości, a w końcu - zabrzmi banalnie, wiem - próba zdefiniowania zła (czy wynika ono z działań człowieka, czy może jest prymitywnie fatalistyczną siłą, na którą ten nie ma wpływu?).

    Ponadto Scorsese nie jest jednym z gości, którzy popełniają głupie wpadki typu "Auschwitz, Dachau, whatever", nie wierzę w to. Oczywiście reżyser sporo tu wyolbrzymia, ale podzielam pogląd Piotrka Dobrego: jest w tym jakaś metoda. Czy naprawdę "Wyspa..." tak bardzo różni się od, dajmy na to, "Wstrętu" Polańskiego? Chodzi przecież o podobną próbę definicji niedefiniowalnego, z tą różnicą, że owa próba zamknięta jest w schemacie, z którego można też czerpać rozrywkę.

    Zaskakuje mnie też, że tak niewiele mówi się tu o autorze literackiego pierwowzoru. Jestem w stanie wybaczyć to, że odmawiasz Lehane'owi bycia następcą Chandlera, bo w przypadku "Wyspy..." jest to nawet zrozumiałe - stanowi ona pewien (nie do końca, ale jednak) wyjątek w twórczości pisarza. Ale już seria Gennaro-Kenzie z całym swoim rozkosznym cynizmem i skupieniem na etyce/moralnosci czegoś dowodzi. Jest to zresztą też jakiś klucz do "Wyspy...". Polecam lekturę.

    Pozdrawiam Cię.

    OdpowiedzUsuń
  20. O rany... Widzę, że wywiązała się całkiem ożywiona dyskusja. Ale to chyba dobrze i znak, że film budzi jednak skrajne uczucia i nie pozostawia obojętnym. A to już dobrze:)
    Zatem po kolei

    @ŁSkura, M.O.
    W kwestii "sceny z krawatem". Pomysł nie wypłynął od scenarzysty w tym sensie, że motyw pojawia się już w książce - zatem autorstwo należy przypisywać Lehane'owi. W oryginale kwestia brzmi (a raczej w polskim tlumaczeniu): <"Przykro mi kotku" - szepnał -"Ale nie oszukujmy się: ten krawat jest po prostu ohydny">. Wg mnie brzmi lepiej niż wersja z filmu i myślę, że ironia była tu zamierzona.

    OdpowiedzUsuń
  21. @ większość z piszących:P
    Podsumowując jedną z poruszonych kwestii można dojść do wniosku, że zdecydowana większość uważa retrospekcje za zdecydowanie nieudany element "Wyspy...". W moim odczuciu głównie kuleją przeciągnięte i karykaturalne sceny z Dachau (Panie Michale cieszę się, że w tej scenie podzielamy podobne zdanie:)). Nie podobała mi się także scena omamów / koszmarów, w której pojawia się Rachel Solando i "jej" zakrwawione dzieci, do tego w barokowym pałacu Cowleya. Jeśli chodzi o retrospekcje związane z żoną Teddy'ego to mnie sie podobały - były artystycznie wysmakowane, z dobrymi zdjęciami i świetną (subtelną i naturalną) grą Michelle Williams.

    @ Stachu, M.O., Piotr Pluciński
    W tej kwestii mogę Pana zapewnić Panie Michale, że Scorsese nie pomylił Dachau z Oświęcimiem. Kwestię tę wyjaśniał w jednym z wywiadów w amerykańskiej prasie, który miałem okazję czytać. Nie mogę niestety znaleźć w tej chwili linku do źródła, ale przy okazji postaram się to wrzucić. Generalnie Scorsese tłumaczył użycie symbolu oświęcimskiego właśnie jego większą rozpoznawaolnością (na którą uwagę zwrócił Stachu)... Czy to dobry pomysł pozostaje kwestią dyskusyjną. Swoją drogą wiecie Panowie jaki polski film jest jednym z ulubionych Mistrza?:)

    OdpowiedzUsuń
  22. @Michał Oleszczyk

    Co do wizji Ameryki lat '50 dalszej polemiki nie podejmę:P gdyż temat wymagałby długiego pisania albo rozmowy, a odeszlibyśmy chyba od meritum bloga czyli filmu. Szanuję Pańskie zdanie.

    Odnośnie nawiązania do "Psychozy" - przepraszam i zwracam Panu honor. Musiałem nieuważnie oglądać ten fragment filmu i ujęcie mi umknęło. Racja po Pańskiej stronie.
    Co do analogii z "Zawrotem głowy" to nadal będę się upierał przy swoim w tym sensie, że tak po prostu wygląda zakończenie książki Lehane'a - Scorsese nic w nim nie zmienił, wiernie przedstawił prozę. I myślę, że to co miałem na myśli dobrze ubrał w słowa ŁSkura -filmów powstało już tyle, że niektóre ujęcia będą się po prostu powtarzać, niekoniecznie w sposób zamierzony. Nie każde podobieństwo musi oznaczać świadome nawiązanie. Aczkolwiek w przypadku "Psychozy" rzeczywiście ujęcie na tyle charakterystyczne, że musi Pan mieć rację, iż Scorsese puszcza do nas oko:)

    OdpowiedzUsuń
  23. @ Michał Oleszczyk cd.
    Strasznie ma Pan mobilizujący wpływ na swoich czytelników:D Wypożyczyłem wieczorem "Taksówkarza" i obejrzałem sobie kolejny raz:) I naturalnie różnica na jego korzyść jest niepodważalna. Teraz lepiej rozumiem Pańskie zarzuty polegające na zestawieniu dosłowności "Wyspy..." z wieloznacznością i symbolizmem "Taksówkarza". Są całkiem słuszne i racjonalne. I widzę jak bardzo zalazły Panu za skórę sceny z Dachau:P Jedyne co mogę ponownie podkreślić - w książce była większa aura tajemnicziści właśnie, wspomnienia wojenne były ledwie zarysowane i chyba niepotrzebnie Scorsese tak diametralnie to zmienił. Jak rozumiem w Pańskim odczuciu niektóre sceny są na granicy nieco bezmyślnej szarży, jakby reżyser chciał zamiast psychologicznego thrillera nagle robić horror - wspomniani już więźniowie czy szczury (mnie też się ta scena nie podobała)? Jeśli tak - to pozostaje tylko przyznać rację. Jedyne czego będę bronił to fakt, że niektóre sceny i generalnie scenografia wynikają z fabuły książki i trudno byłoby z nich rezygnować - stąd nie widzę jako wady sekwencji scen w bloku C, sceny z zapałką i rozmowy z Georgem Noycem.
    Warte uwagi przemyślenia przedstawił też Tony Clifton w kontekście ukazywania nam świata niejako oczami Teddy'ego i z tego wzlędu przesycenia tego świata jego poglądami.

    OdpowiedzUsuń
  24. @ Michał Oleszczyk cd.
    Co do tej dosłowności to mnie kompletnie łopatologiczna wydaje się jeszcze scena, w której Teddy spotykając prof. Naehringa koniecznie mówiąc o Dachau musi na chwilę przejść na niemiecki. Dla mnie kompletnie niepotrzebne, nieuzadanione i bez sensu.
    Ale bardzo wysoko z kolei oceniam sceny ostatnie, które pozbawione są jednoznaczności - można je odczytywać i interpretować w różny sposób. I jest to chyba jedyna udana modyfikacja w porównaniu z książką:) Zakończenie to zresztą, tak jak pisze Piotr Plucinski, skłania do upatrywania sensu całego filmu w "próbie zdefiniowania zła" - istoty tego zła.

    OdpowiedzUsuń
  25. @Michał Oleszczyk, Piotr Pluciński

    Panie Michale mimo wszystko nie wyrażałbym tak stanowczych poglądów nt. prozy Lehane'a. Określa się go jako następcę Chandlera nie ze względu na dialogi, a atmosferę i klimat jakie potrafi stworzyć w swoich powieściach. To on zapoczątkował bowiem powrót czarnego kryminału, prozy noir wysokich lotów. I przyłączam się szczerze i gorąco do Piotra Plucińskiego zachęcając do lektury. I zgadzam się dodatkowo - sarkazm, ironia w dialogach pojawia się w serii Kenzie/Gennaro (w ubiegłym roku na ekranach była ekranizacja IV części "Gdzie jesteś Amando?" - jak dla mnie kompletnie nieudana).
    Jeszcze odnośnie dialogów (książkowych) - nie uznałbym ich za rzemieślnicze ani drewniane. Co więcej - ze względu na fakt, że Lehane opisuje środowiska, w których się wychowywał (Boston, Dorchester) są one wg mnie bardzo żywe i niesamowicie przesycone slangiem. Dodam, że serię Kenzie/ Gennaro przeczytałem po polsku, ale także w angielskim oryginale, więc mam jakieś podstawy by mieć takie, a nie inne zdanie:)

    Panie Michale - dziękuję za zaproszenie:), ale uprzedzam, że zyskał Pan regularnego acz krnąbrnego nieco czytelnika:)

    OdpowiedzUsuń
  26. Nie rozpoczyna się zdania od "i", a ja zrobiłem to dwukrotnie po sobie. Masakra:P ale to w ferworze jednoczesnego pisania i oglądanie jak Kubica wykręca świetne czasy w kwalifikacjach:P

    OdpowiedzUsuń
  27. @ ŁSkura
    Oczywiście, że film powinno się oceniać jako osobne dzieło. ALE częścią tego dzieła jest scenariusz, który powstał na jakiejś bazie. W tym przypadku na bazie okreslonej książki, a trzeci w koljności napis na koniec filmu brzmi "Based on the novel by Dennis Lehane";)
    Co do muzyki nie zgadzam się całkowicie - dla mnie jest tragiczna szczególnie na początku - miałem autentyczne wrażenie, że ktoś pomylił ścieżki dźwiękowe. Jest agresywna i bombastyczna, przez co karykaturalna i łopatologiczna. Jakby dodatkowo bojąc się o inteligencję widza podkreślała: "UWAGA! Zaraz wydarzy się coś okropnego, tragicznego!". Wg mnie kompletnie przesadzony środek wyrazu, dużo lepiej wg mnie działałaby w tych początkowych scenach całkowita cisza albo jakaś subtelna, niepokojąca melodia. Ale rozumiem, że można mieć inny pogląd:)

    OdpowiedzUsuń
  28. Życzę wszystkim zdrowych, spokojnych i radosnych Świąt Wielkiej Nocy!

    OdpowiedzUsuń
  29. //Rox86: "Co do muzyki nie zgadzam się całkowicie - dla mnie jest tragiczna szczególnie na początku - miałem autentyczne wrażenie, że ktoś pomylił ścieżki dźwiękowe. Jest agresywna i bombastyczna, przez co karykaturalna i łopatologiczna. Jakby dodatkowo bojąc się o inteligencję widza podkreślała: "UWAGA! Zaraz wydarzy się coś okropnego, tragicznego!". Wg mnie kompletnie przesadzony środek wyrazu (...)"

    Początkowo też miałem takie odczucia, ale z czasem zacząłem odbierać to jako dość ciekawy zabieg. Przypomniało mi się "Lśnienie" Kubricka. Otwierającemu ujęciu również towarzyszy bombastyczna oprawa. Widziany z lotu ptaka samochód głównego bohatera sukcesywnie pożerany jest przez coraz gęstsze zalesienie. Bohater jest więc niejako wchłaniany przez obcy, złowrogi świat, z którego nie znajdzie wyjścia.

    Podobnie jest tutaj. Muzyka najbardziej atakuje, gdy Leo przekracza bramy psychiatryka. Gdy mija kolejnych strażników, wiemy, że najprawdopodobniej już go nie opuści.

    OdpowiedzUsuń
  30. "Co do tej dosłowności to mnie kompletnie łopatologiczna wydaje się jeszcze scena, w której Teddy spotykając prof. Naehringa koniecznie mówiąc o Dachau musi na chwilę przejść na niemiecki. Dla mnie kompletnie niepotrzebne, nieuzadanione i bez sensu. "

    dlaczego? Leo chciał bardziej go dotknąć i wkurzyć. A przecież niemiecki chyba znałskoro był żołnierzem na froncie.

    ŁS

    OdpowiedzUsuń
  31. Przykłąd podany prze PP Lsnienia jest dobry. rox-powienieneś mieć zarzuty również do ściezek Bernarda hermana z Hiczkoka [np Psycho] gdzie kobieta jedzie samochodem a skrzypki piłują w tle.
    Albo do The Thing i ennio morricone gdzie też msuyak mowi że zaraz coś się wydarzy. Może po prostu muzyka w hrilerze powinna mieć własnie taka fukncję?

    pozdrawiam
    ŁS

    OdpowiedzUsuń
  32. @ Piotr Plucińki, ŁS
    Nie przekonacie mnie. Przyklad "Lsnienia" rzeczywiscie trafiony, ale tam jakos mi to nie przeszkadzalo. Zreszta mam subiektywne odczucie, ze ten poczatkowy motyw w "Wyspie..." jest po prostu muzycznie slaby i jakis nieprzemyslany. Wg mnie muzyka w thrillerze wlasnie powinna byc stonowana i subtelna - dla przykładu - "Słaby punkt", "Michael Clayton", "Informator", "Autor widmo" czy choćby odświezony "Taksówkarz". Dla mnie to tak jak wybór czym straszyć - tym co niewidoczne, ukryte, niedopowiedziane i przez to uruchamiające wyobraźnię czy przez szkaradne potwory, sikającą wszędzie posokę, latające członki itp. Dla mnie zawsze sensowniejszym i bardziej inteligentnym wyjściem jest to pierwsze. I podobnie odczuwam muzykę:)
    Odnośnie jez. niem. - ŁS jesli tak to widzisz ok, dla mnie bylo to niepotrzebne. I obecnosc na froncie nie musi koniecznie swiadczyc o perfekcyjnej znajomosci niemieckiego z cudnym akcentem:P - tzn. mam na mysli to, ze nie kazdy amerykanski zolnierz walczacy w Niemczech znal od razu perfect jezyk niemiecki (vide sensowny motyw w filmie "Szeregowiec Ryan" czy "Bekarty Wojny").

    OdpowiedzUsuń
  33. @rox - nie bronię jakoś szczególnie tego main title z Wyspy. Jednak do Taxidriver zrobił muzykę B.Herrmann, i w środkach jest podobna.
    Minimalistyczne niskie tony [oczywiście w pewnych miejscach] , które tak lubi Martin także u Hiczkoka.

    OdpowiedzUsuń
  34. @ ŁS
    Rozumiem. Odbieram muzyke jako laik - chyba poniekąd podświadomie nieco na nzasadzie, że powinna być niewybijąjąca się na pierwszy plan, wtopiona w całość. W moim całkowicie subiektywnym odczuciu w przypadku "Wyspy..." kompletnie nie tworzy harmonii z obrazem - całkowicie zdominowała początkowo sceny. W "Taksówkarzu" motyw przewodni jest wg mnie spokojny, oniryczny, świetnie zlewa się z hipnotyzującą wizją NYC nocą. To będzie przykład z zupełnie innego bieguna niż dyskutowany tu film, ale za idealnie dobraną muzykę uważam np. tę z "Gladiatora", "Ostatniego Mohikanina" albo ostatnio "Sherlocka Holmesa".

    OdpowiedzUsuń
  35. Widzę, że pod moją świąteczną nieobecność dyskusja toczyła się w najlepsze -- i nawet wielkanocne zające nie odciągnęły uwagi obrońców honoru Scorsese! :-)

    Cieszę się, że ten spór okazał się tak żarliwy (i skłonił co najmniej jednego Czytelnika do powrotu do TAKSÓWKARZA!). Ja przygotowuję się do drugiego wyjścia na WYSPĘ TAJEMNIC, pewnie w czwartek. Jeśli coś się w mojej ocenie filmu zmieni, przyznam się bez bicia na blogu. Jeśli się nie zmieni, traktujcie moje milczenie jak przybicie stempla na moim prywatnym potępieniu WYSPY... :-)

    Pozdrawiam i dziękuję za wszystkie głosy!

    OdpowiedzUsuń