19 lutego 2010

Autor widmo (2010, Polański)


Ocena: ***1/2

Zdumiewający film: ani na chwilę nie opuszcza ram swego gatunku (thriller polityczny co się zowie!), a jednocześnie każda scena nasycona jest napięciem i szczegółem do takiego stopnia, że koniec końców układa się z tego całkiem poważny traktat o bezsilności jednostki wobec władzy (i o niejednoznaczności decyzji politycznych w ogóle). Bohater Toma Wilkinsona mówi w jednej ze scen o „dwubiegunowych relacjach w wielobiegunowym świecie” – i nieświadomie daje definicję thrillera jako takiego, który od zawsze stara się tak poukładać skomplikowaną rzeczywistość, by choćby na czas seansu ułożyła się ona w wygodne –  dwubiegunowe właśnie – „my” i „oni”.

Autor widmo (2010) pięknie dowodzi, że elegancja nie musi przeszkadzać doniosłości. Film może być i wypolerowany, gładki, zmyślny – i zarazem trafiać w sedno egzystencjalnych lęków o uniwersalnym zasięgu. Bohater McGregora przypomina oczywiście śledczych z Chinatown (1974) i Dziewiątych wrót (1999), ale to, co w tym nowym filmie najbardziej zdumiewa, to jego stylistyczne umiarkowanie. Nie ma fajerwerków, ale bąbelki musują non-stop: Polański to mistrz łączenia dźwięku z obrazem (brawa dla Pawła Edelmana, rzecz jasna). Kiedy McGregor przyjmuje swe zlecenie na początku, w tle słychać odległe dzwony: ostrzegają, że coś pójdzie źle. Rozmowa z żoną premiera na plaży: jeden reżyserski zabieg wynosi scenę o kilka pięter wyżej (Polański umieszcza w tle błąkającego się, niemego ochroniarza). Kolejny genialny zabieg: wszystkie rozmowy telefoniczne ze swym agentem McGregor odgrywa do kamery sam; Polański nie tnie do innej lokalizacji, by zrobić z obrazu banalną podkładkę dla dochodzącego ze słuchawki dźwięku. To niby takie proste, a jednak zapobiega chwilowemu chociaż przeniesieniu się akcji „gdzie indziej”; poza najbliższe otoczenie McGregora. Klaustrofobia zostanie tym samym spotęgowana.

Tak jak bohater Dziewiątych wrót krążył pośród mrocznych symboli z kart tarota, tak i McGregor ociera się o różne znaczniki pozostawione w naszym sekularnym świecie przez grecko-rzymską mitologię. Projekt Wilkinsona nazywa się Arkadia; firma chroniąca jego domostwo to „Cyclope Security”, a żona premiera mówi o Jokaście i Pandorze. Nasz bohater zaczyna od lekkiego cynizmu (wywraca oczami, kiedy widzi że manuskrypt do przeczytania ma aż 600 stron), ale po drodze okazuje się, że nie zgubił sumienia. Finałowy balet karteczki papieru przekazywanej z rąk do rąk jest jednym z najbardziej hipnotyzujących ujęć, jakie widziałem ostatnio w kinie. Natomiast obraz ostatni to absolutny majstersztyk: obojętna ulica i dowód pewnej śmierci fruwający w powietrzu…

Brawo! Brawo! Brawo!

8 komentarzy:

  1. Oj, tak. Powiedziałbym nawet, że film kończy się śmiercią, ale też śmiercią się zaczyna. Do zachwytu ostatnim ujęciem, warto dodać to z samego początku. Wspomnienie ciała wyrzuconego na brzeg było dla mnie motorem napięcia, takim fatalizmem bezlitośnie unoszącym się w powietrzu... A gdy w końcu, o nim zapomniałem, bum!

    OdpowiedzUsuń
  2. Michał, masz rację, kiedy piszesz o fantastycznych rozwiązaniach formalnych Polańskiego. Precyzja kompozycji kadru i montażu, pęczniejące od znaczeń detale, umiejętność rozrysowania sceny jednym pociągnięciem kamery, a następnie przewrócenia jej do góry nogami jednym, pozornie prozaicznycm zabiegiem - to wszystko znaki firmowe Polańskiego. W "Autorze widmo" jest tego sporo - poza karteczką i sceną finałową (jedno z najlepszych wykorzystań ram obrazu filmowego, jakie znam), zwróciłbym uwagę na efekt złudzenia głębi. McGregor siedzi w gabinecie, za sobą ma okno wychodzące na plażę, w oddali ocean. Ale ten drugi plan jest płaski jak ściana, nie czuć przestrzeni. To pułapka.

    Nie mogę jednak uznać "Autora widmo" za jedno z najlepszych dokonań Polańskiego. Przeszkadza mi np. ślamazarny drugi akt - w przeciwieństwie do pierwszego i ostatniego niedostatecznie zrytmizowany, pozbawiony punktów węzłowych i charaktersystycznych dla Polańskiego mikro-zwrotów w obrębie scen.

    Ale przede wszystkim drażni mnie naiwność końcowego odkrycia (zapachniało Danem Brownem, dobrze, że Polański częściowo rehabilituje się tym wspaniałym finałem) i nazbyt prosty polityczny defetyzm. Bezsilność jednostki wobec władzy, fatalizm, filozoficzny pesymizm - zgoda, to klasyczny Polański, wszystko gra. Ale już zrównanie wszystkich ze wszystkimi jako uczestników tej samej agresywnej i bezlitosnej gry o władzę wydaje mi się drogą na skróty, lenistwem myślowym, efekciarskim i naiwnym nihilizmem. CIA, Lang, agresywni pacyfiści - jedni knują i zabijają, drudzy kłamią, trzeci brodzą w absurdzie. Wszyscy siebie warci. Bardzo wątłe intelektualnie.

    Po części można to złożyć na karb literackiego pierwowzoru, którego co prawda nie czytałem, ale znam wypowiedzi Roberta Harrisa, które potwierdzałyby tę hipotezę. Ale w filmie też jest to obecne i nie potrafię przejść nad tym do porządku dziennego. "Autor widmo" to dla mnie porządny, świetnie poprowadzony, pesymistyczny thriller. Bardzo w stylu Polańskiego, z wieloma brawurowymi rozwiązaniami, z kilkoma mniej brawurowymi, reżysersko świetny, fabularnie nie do końca.

    Pozdrawiam,
    Błażej

    P.S. Nie jestem przekonany, czy w bohaterze McGregora budzi się sumienie. Moim zdaniem on jest najpierw powodowany ciekawością, a potem chce ratować skórę. Nie czyni to z niego oczywiście bad guya, raczej postać neutralną.

    OdpowiedzUsuń
  3. Hej Błażeju,

    dzięki za znakomite, bardzo celne uwagi! Bardzo precyzyjnie zdefiniowałeś wszystko, czego zabrakło także mnie w tym filmie, by dać **** zamiast ***1/2. W tym brakującym "1/2" jest właśnie owa intelektualna mielizna finału: wychodzi na to, że nic gorszego i bardziej demonicznego, niż pracować dla CIA, co jest bzdurą oczywiście. To faktyczny brak tego filmu i dlatego nie mogę nazwać go arcydziełem - zresztą masz rację, że na początku drugiej połowy jest lekki scenariuszowy ślizg. Ale jak dla mnie Polański szybko się rehabilituje, zwłaszcza ucieczką z promu i samontym zabukowaniem się do hotelu w środku nocy.

    Myślę, że sumienie u McGregora jednak jest: w końcu dzwoni do tego byłego współpracownika Langa; chce ustalić prawdę, podzielić się znaleziskami. Myślę, że to nie tylko spryt pismaka: temu bohaterowi zależy na prawdzie.

    Trafiłeś w *dziesiątkę* z tym oknem w biurze. I masz rację co do ram kadru, które w finale ostatecznie odseparowują nas od tego, kto umiera (unikam spoilera, jak mogę :)

    Pozdrawiam Cię serdecznie i dzięki za te inspirujące uwagi!
    --Michał

    OdpowiedzUsuń
  4. Zgadzam się, że film bardzo dobry, ale nie wydaje Wam się, że chwilami gubił tempo? Rzadkie i krótkie były to momenty, ale jednak. Nie podobał mi się też pomysł tak dosłownego i dobitnego pokazania widzowi rozwiązania zagadki. Mówię tu o oczywistej do bólu scenie spisywania pierwszych słów rozdziałów. Trochę to obraża inteligencję widza, który i tak już się domyślił wszystkiego jakiś czas wcześciej. Poza tym, bardzo bardzo :-)

    OdpowiedzUsuń
  5. Przed kilkoma godzinami obejrzałam Autora widmo - to co mam przed oczami to obrazy granatowo-stalowo-szare i ta czerwona bluzka Ruth...

    OdpowiedzUsuń
  6. czesc
    ja jestem pod bardzo duzym wrazeniem tego filmu. z jednej strony to tylko thriller polityczny, ale z drugiej to thriller polityczny polanskiego, co czuc od pierwszego ujecia.
    polanski pokazal, ze mozna nakrecic trzymajacy w napieciu, swietny film uzywajac bardzo prostych srodkow. sposob filmowania, kadrowania, montazu, podlozenia muzyki jest tu do bolu bardzo, bardzo klasyczny, zeby nie powiedziec staromodny. (faktycznie, kiedy ewan m. rozmawia przez telefon oczekiwalem przebitki na jego rozmowce, bo tak juz jestem nauczony; tymczasem przebitki nie ma, bo w sumie po co? po co nam widziec reakcje rozmowcy, ktora jest bez znaczenia?).
    jestem zachwycony gra z widzem, gra kinem. dlugo czekalem na film, ktory nie traktowalby mnie jak idioty. tutaj polanski sie caly czas bawi. cos sugeruje, by za chwile to zanegowac. (zabawa z pokazywaniem pendrive`a w szufladzie, podejrzana azjatycka gosposia, wzbudzenie naszego zaufania do zony premiera).
    swietne.
    zgadzam sie z przedmowcami, ze w drugim akcie energia troche siada, ale tylko na troche.
    i zgadzam sie, ze brakuje niedopowiedzenia w fabule (to za proste, ze za wszystko odpowiada zle CIA). ale nie przeszkadza mi to az tak bardzo. zreszta, tak jak i we franticu, nie o to tu chodzi.
    pawel t.

    OdpowiedzUsuń
  7. Czy ktoś z Was wie czyje Obrazy wiszące na ścianach zostały wykorzystane w filmie?
    Będę wdzięczny za odpowiedź na maila gallery@touchofart.eu

    OdpowiedzUsuń
  8. Polemizowałbym z tym sumieniem bohatera - z tego co pamiętam, na pytanie politycznego przeciwnika Langa o to, czy chciałby pracować dla zbrodniarza wojennego nie udziela jednoznacznej odpowiedi. Najpierw chodzi chyba o zwykłe przetrwanie (mój poprzednik zginął, mogę być następny), a w finale o pokazanie, że nie jest zwykłym pionkiem - stąd manifestacja w finale i buńczuczny gest z toastem do Ruth. Mógł siedzieć cicho, bo był już bezpieczny, ale wolał coś zademonstrować wrogim siłom i ostatecznie zginął z ręki jeszcze groźniejszej siły - losu. Bardzo kafkowskie.
    Swoją drogą, wbrew przypuszczalnym intencjom Polańskiego sporo scen można odnieść do jego obecnej sytuacji (kiedy bohater obudził się w łóżku z głupią miną obok kobiety, z którą nie powinien spać, zacząłem się głośno śmiać). Jeszcze tylko Romka ktoś przejedzie (kilkakrotnie) samochodem i stanie się drugim Pasolinim.
    Pozdrawiam
    Piotr Mirski

    OdpowiedzUsuń