17 lutego 2010

Fish Tank (2009, Arnold)



Ocena: ***

Ilekroć widać na ekranie brytyjskie doły społeczne, od razu słyszymy (wypowiadane na zasadzie odruchu bezwarunkowego) porównania z Loachem i Leigh. Ale Fish Tank (2009) Andrei Arnold – mimo że sam zdążył rzeczonych porównań się doczekać – nie ma ze stylistyką Loacha prawie nic wspólnego, a od Leigh dzielą go lata świetlne.

Arnold jest za to zadłużona po uszy u braci Dardenne. Równie niechętnie sięga po dialog jako nośnik informacji fabularnych. Równie mocno polega na drobiazgowej obserwacji głównej bohaterki. Równie chętnie korzysta z symboli w obrębie świata przedstawionego (biały koń na łańcuchu, schwytanie ryby, etc.). I przede wszystkim równie chętnie czyni ze swej bohaterki enigmę, której rozszyfrowanie jest możliwe tylko przez kumulację zaobserwowanych szczegółów (popisowa była pod tym względem Rosetta [1999] Dardenne’ów; Arnold musiała bardzo uważnie przestudiować ten film, bo już wcześniejszą Red Road [2007] oparła na podobnym schemacie).

Temat Fish Tanka jest tak klarowny, że dodatkowe eksponowanie go nawet w tytule filmu zakrawa na nachalność: jest nim mianowicie niewola (fish tank to duże akwarium). Główna bohaterka filmu, Mia (Katie Jarvis), jest uwięziona w swej rozbitej rodzinie, tak jak uwięziony jest biały koń, którego dziewczyna usilnie próbuje uwolnić. Uwięziona (i zabita) zostaje też złapana w rzece ryba.

Tak jak próba uwolnienia konia jest gestem w gruncie rzeczy bezmyślnym (gdzie niby miałby uciec po zerwaniu łańcucha…? na sąsiadujący ze złomowiskiem parking…?), tak i chwilowy bunt przeciw matce – seks z jej nowym chłopakiem – okaże się katastrofalny w skutkach. Dzięki fantastycznej roli Michaela Fassbendera w roli kochanka matki (jego Connor jest czarusiem, ale potrafi być ciepły i opiekuńczy) – całkowicie wierzymy w zauroczenie Katie, a jednocześnie jesteśmy od niej o krok do przodu – nie chcemy, by pakowała się w kłopoty z tym facetem.

Mia buntuje się negatywnie (bije, krzyczy, klnie, niszczy, porywa małą dziewczynkę), ale cały film jest w istocie o narodzinach buntu pozytywnego: finałowa decyzja o nieprzystąpieniu do pewnego biznesu i o wyjeździe z miłym chłopakiem z sąsiedztwa – to jest dopiero odwaga! I zarazem ucieczka (akwarium zostaje niejako rozbite).

Arnold ma skłonność do nachalnych konkluzji (Red Road sypało się od momentu, w którym tajemnica motywacji głównej bohaterki została wyjaśniona kluczem melodramatu macierzyńskiego). W Fish Tanku ta skłonność zostaje przynajmniej częściowo pohamowana, co sprawia że film jest koniec końców satysfakcjonujący. Scena pojednania (to pewnie za duże słowo) między Mią a jej matką, w której taniec zastępuje słowa, to ukłon w stronę czystej kreacji – umiem sobie wyobrazić podobną scenę u Hala Hartleya, ale przenigdy u Loacha. Oczywiście Arnold ułatwia sobie koniec końców sprawę, bo nie wieńczy tej sceny żadną konkluzją, tylko tnie do następnej i dzięki temu nie musi mierzyć się z pytaniem, co było, kiedy taniec się skończył.

Tak czy inaczej: Fish Tank to przykład filmu niezwykle dojrzałego stylistycznie i myślowo, którego fundamentami są ciekawość drugiego człowieka i współczucie. To już bardzo dużo.

11 komentarzy:

  1. Fajny film. Widziałem go tuż po "Precious" i różnica była kolosalna. Tam było tępe dociskanie pedału gazu (hipernadwaga, kazirodztwo, zespół Downa, AIDS), przerost formy nad treścią plus cytat ala Coehlo na początjku i publicystyczne zapędy w finałowej dedykacji. "Fish Tank" było proste, zimne i oomijało wszystkie pokusy naprawdę skrajnych sytuacji (jak dziewczynka wpadła do wody, to przez chwilę myślałem, że utonie i fiilm zmieni się w ciężki moralniak).
    Pozdrawiam
    PM

    OdpowiedzUsuń
  2. Ha, miałem dokładnie tę samą obawę, kiedy dziewczynka wpadła do wody!

    A jeśli idzie o PRECIOUS... Cóż, to jest bardzo dziwny film. Wydaje mi się, że to dociskanie pedału do końca jest tam świadome - jest częścią strategii. Ale podumam jeszcze o tym i może coś więcej napiszę :)

    Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
  3. A ja przed "Fish Tank" widziałem "An Education" i od momentu, gdy Fassbender nad jeziorem dzwonił do "matki", już wiedziałem, niestety, jak to wszystko się dalej potoczy. Ale to żaden zarzut, tylko zbieg okoliczności, generalnie zgadzam się z Tobą, Michale, jak rzadko kiedy :-). Rezygnacja z ekstremów też mi imponowała - już na początku, kiedy podczas próby uwolnienia konia Mia została złapana przez chłopaków - nie mieliście obawy, że teraz niechybnie ją zgwałcą?

    Co nie znaczy, że ekstremalny "Precious" znajduję tępym, wręcz przeciwnie, moje wrażenia tutaj:
    http://piotrdobry.blogspot.com/2010/02/w-czym-mamy-problem.html

    OdpowiedzUsuń
  4. W tej ekstremie nie razi mnie jej ekstremalność, bo raczej trudno mnie czymkolwiek urazić. Nie uważam też jej za nierealistyczną, bo życie jest jak pudełko czekoladek i można sie nimi krztusić raz po raz. Po prostu mi się ten film w głowie nie klei. Z jednej strony wygląda, jakby go nakręcił Harmony Korine, a z drugiej Spike Lee. Czyli raz fascynacja patologią i "Dziwolągi" w getcie, a raz socjologia i Wielka Sprawa.
    Oczywiście film ma swoje momenty i świetnie sprawdzają się wideoklipowe ucieczki od bólu, a finałowy monolog matki to nokaut.
    PM

    OdpowiedzUsuń
  5. @Z jednej strony wygląda, jakby go nakręcił Harmony Korine, a z drugiej Spike Lee. Czyli raz fascynacja patologią i "Dziwolągi" w getcie, a raz socjologia i Wielka Sprawa

    Bardzo fajna uwaga, nie sposób się nie zgodzić. Ale dla mnie jedno się z drugim nie kłóci, stylistycznie i merytorycznie film pozostaje w końcu spójny.

    OdpowiedzUsuń
  6. Mamy podobne wnioski, Michale.
    Zapraszam do przeczytania mojej recenzji:
    http://film.interia.pl/recenzje/news/tank-girl-z-przedmiesc-essex,1435099,6290

    ... i do ewentualnej polemiki.
    Pozdrawiam,
    Jacek

    OdpowiedzUsuń
  7. Wczoraj obejrzałem RED ROAD, bo jakoś nie miałem siły na oglądanie kolejnego filmu, o kolejnej młodej dziewczynie, z kolejnymi problemami, z kolejnymi chłopakami, itd.

    I film rzeczywiście kiedy wchodzi w fazę wyjaśniania zagadki rozczarowuje. Zaczyna thrillerem a kończy obyczajem. Początkowo myślałem, że mści się za GWAŁT, ale później - te prochy, wypadki - nie. Ocena 5/10.
    Miałem nadzieje że to będzie dreszczowiec do końca. Czy główna bohaterka nie przypomina Wam PJHarvey albo naszej Prezydentowej? :)
    _____
    W tym kwartale wystarczą mi "średniarskie Galerianki", i niezłe Precious.

    W Precious nie było, aż takiego dociskania gazu jak w Galeriankach [vide: samobójstwo młodzika].

    Aids można wytłumaczyć środowiskiem Precious - rzeczywiście to jest (chyba) prawdopodobne.

    Jak dla mnie styl zburzyły animowane zdjęcia w scenie oglądania albumu. Rozumiem cięcia podczas traumatycznych wydarzeń i ucieczkę w świat wyobraźni, ale nie animowane fotki :)))

    Scena gwałtu Precious (sadzone jaja, tapczan etc.) - znakomita, choć jakby wyjęta z Dextera.
    Rola MARIAH CAREY ZNAKOMITA I IDEALNIE DOBRANA! CUD MALINA! PEŁNA CIEPŁA i zrozumienia. Lepsza niż nominowana do Oscara matka Precious. Tylko nie wiem czemu Mariah musiała być domniemaną lesbijką, no ale chyba takie czasy.

    Zaraz po seansie włączyłem YouTube by obejrzeć teledyski jak ona wygląda podczas swoich śpiewów - i szok. Wypacykowana lala R&B, wymakijażowana przesadnie, lata z Michaelem Scofieldem :)))))))))))))

    Notabene Wentworth Miller nawet w teledysku Marii Karej, gra zbiega Michaela Scofielda :)


    SkuraŁ

    OdpowiedzUsuń
  8. PRECIOUS to faktycznie szalony mix, ale nie tylko Lee i Korine: jest tam równie dużo Douglasa Sirka (polecam IMITATIONS OF LIFE - PRECIOUS to prawie remake tego filmu).

    OdpowiedzUsuń
  9. @IMITATIONS OF LIFE - PRECIOUS to prawie remake tego filmu

    Widziałem, świetne kino, ale dobrze, że zaznaczyłeś, że "prawie", które jak wiadomo robi wielką różnicę.

    OdpowiedzUsuń
  10. Moim zdaniem wlasnie na tym polega sila tych koncowych scen,ze nie mamy zadnej odpowiedzi na pytanie ''I co dalej?''.Scena w ktorej Mia komunikuje matce ,ze odchodzi zostala rozwiazana genialnie prosto, trudno zreszta wyobrazic sobie, ze głowna bohaterka po slowach matki'' no to co ,spierdalaj'' i po krotkiej pauzie,idzie ja przytulic lub porozmawiac...Odbywa sie to po prostu na innym poziomie.Na poziomie slow w tym filmie nie ma miedzy corka i matka ,zadnego porozumienia, slyszymy jedynie krotkie ,przepelnione pretensjami zdania.To muzyka corki ,,calkiem niezla'' okazuje sie elementem dzieki ktoremu dochodzi do pewnego chwilowego zapewne ,zjednoczenia w tancu.Jest to zupelnie w innym wymiarze.Dlatego tez nie dowiadujemy sie co dalej,bo tez trudno by bylo dac cos konkretnego .Wtedy bylo by to moze zbyt banalne i latwe.Pozdrawiam

    p.s.bardzo logiczny klarowny,konsekwentny na poziomie fabuly.
    ja wrecz odwrotnie ,od poczatku wiedzialem ,ze dziewczynka nie utonie

    OdpowiedzUsuń
  11. "Trudno byłoby dać coś konkretnego". No właśnie! Byłoby trudno, więc Arnold się cofa i daje scenę "symboliczną", "niedopowiedzianą", "metaforyczną", co w moim języku przekłada się po prostu na reżyserską łatwiznę. Bardzo łatwo jest taką "symboliczną" scenę rozpocząć: muzyka, Mia, matka, zaczynają tańczyć, staje się to ciekawe i poruszające. Ale reżyser-geniusz potrafiłby też wymyślić puentę dla takiej sceny; Arnold puenty nie znalazła; stąd mój niedosyt. To tak jakby pisarz rozpoczął fascynujący rozdział powieści; rozwinął sytuację i nagle rozpoczął rozdział kolejny - nie sprostawszy tym samym wyzwaniu, jakie sam sobie postawił.

    Podkreślam: ja celowo dzielę włos na czworo. Uważam, że Arnold to reżyser co się zowie i można się od niej uczyć. Ale w tym i w paru innych miejscach filmu wychodzi na jaw, że jeszcze nie wszystko potrafi i że też daje się skusić na łatwiznę.

    OdpowiedzUsuń