14 lutego 2010

Kołysanka (2010, Machulski)


Ocena: **

Pod napisami końcowymi Kołysanki (2010) oglądamy montaż kilku scen z filmu usuniętych, jednej pomyłki z planu i niezwiązanych z akcją układów choreograficznych w wykonaniu głównych aktorów. Ten frywolny zabieg kontrastuje brutalnie z grobową ciszą na sali – widzowie, zamiast zaśmiać się jeden ostatni raz przed wyjściem z kina, są skonfundowani i czekają na dowcip, który wszakże nie przychodzi. Ekran gaśnie, film się skończył.

Jaki był? Jako wierny fan Juliusza Machulskiego – zachwycony Ile waży koń trojański? (2008) i w zasadzie każdym innym filmem reżysera – muszę odpowiedzieć zgodnie z prawdą, że słaby. Trwająca 20 minut (!) ekspozycja od razu mnie zmartwiła  i choć animowana czołówka do muzyki Michała Lorenca (udane nawiązanie do Danny’ego Elfmana) obiecywała tempo, czarny humor i stylistyczną zamaszystość, to właśnie tych trzech rzeczy jest w filmie za mało. Czarny humor błyska tu i tam, tempo kuleje przez cały czas, a Machulski nie idzie ani w makabrę, ani w świętokradztwo, ani nawet w farsę (wyjątkiem jest najlepszy żart filmu, czyli scena „z głuchoniemą”, której istoty tu nie zdradzę).

Mam wrażenie, że Machulski zaaplikował swoje filmowe instynkty do scenariusza (pióra Adama Dobrzyckiego), który na to nie zasługiwał – i stąd stylistyczne rozchwianie poszczególnych sekwencji. W pierwszej połowie steadicamowe zabawy w obejściu Makarowiczów są tak mocno zaakcentowane, że chwilami robi się z tego prawie Miklós Jancsó: kamera pływa za grupkami bohaterów i dialog grzęźnie w tym wszystkim, bo nie wspiera go zdecydowany, wyczulony na rytm zdań montaż.

W części drugiej szaleje już nie operator steadicamu, tylko oświetleniowiec. Przeestetyzowane snopy światła w chacie, analogiczne snopki w piwnicy ukrywające aktorów zamiast ich pokazywać – wszystko pracuje na niekorzyść humoru, który powinien być głównym priorytetem twórców.

Wszystko to jest jednak tylko świadectwem reżyserskich zmagań ze słabym tekstem. Oglądanie Kołysanki jest tak przykre, bo prawie każda scena pada na naszych oczach: widać jak śrubki wylatują i konstrukcja się wali. Dialogom brakuje dowcipu, co najdosadniej (i najboleśniej) widać tam, gdzie wypowiadana puenta – w zamierzeniu rozśmieszająca widownię i przygotowująca scenę następną – zostawia wszystkich obojętnymi. Ksiądz wołający: „Teraz to już tylko renta została”, żona listonosza skarżąca się, że policja zabiera jej męża („To teraz już nie tylko własnych wysyłacie”) – te i podobne kwestie są tak cienkie, słabiutkie i odgrzane, że nie mogą zaspokoić niczyjego apetytu.

Aktorzy są chętni – widać, że chcą się dobrze bawić. Ale tylko część z nich dostaje materiał, z którym da się pracować. Antoni Pawlicki ma szczęście jako rozmodlony ministrant i ów moment, w którym niespodziewanie wydostaje się z dybów, jest bezcenny (zdziwione „Święty Piotrze…!” przypomina, że Pawlicki już w Ostatniej akcji [2009] udowodnił, że umie grać komedię). Janusz Chabior, Ewa Ziętek, Michał Zieliński – każde z nich ma parę okruszków i dzielnie wyciskają je jak cytrynę. Ale już Robert Więckiewicz w ogóle nie ma postaci do zagrania: Michał to niby głowa domu Makarewiczów, a jednak jest całkowicie niedookreślony w swych motywacjach i charakterze. Największego pecha miał jednak Przemysław Bluszcz: jego policjant Nowak to puste miejsce scenariusza; posterunkowy Nikt. Ani głupek, ani służbista, ani cichy geniusz – istnieje po to, by popychać akcję do przodu i tylko genialny zabieg reżyserski w pierwszej jego scenie w ogóle ratuje koncept tej postaci (Machulski daje Bluszczowi kawę i każe pić łyżeczka po łyżeczce).

Makarewiczowie to rodzina nigdzie nie zapuszczająca korzeni i zamieszkała chwilowo, jak sugeruje dowcipny finał, w pałacu prezydenckim („Księdza wpuszczą…” – brawo za tę kwestię!). Kołysanka – niestety – jest taka sama. Nie tworzy świata, którego konkretność i namacalność byśmy poczuli. Nie robi tego, co robił jej daleki pierwowzór, czyli Rodzina Adamsów: nie rysuje wyrazistego portretu każdego członka rodziny, choćby na zasadzie sitcomowego uproszczenia i karykatury.

W istocie, jeśli czegoś w tym filmie jest za mało, to karykatury właśnie. Nie przeszkadzała mi społeczna satyra (Makarewiczowie więżą i spijają krew reprezentantów bardzo konkretnych grup: jest ksiądz, jest policjant, jest pracownica opieki społecznej i są reporterzy z TVP), ale przeszkadzał brak szaleństwa i zacięcia komediowego, które są zazwyczaj najmocniejszymi stronami Machulskiego. Jak na reżysera tak wyczulonego na komizm, Kołysanka jest wyjątkowo (nomen omen) senna i pozbawiona wyrazu.

2 komentarze:

  1. W weekend słuchałam rozmowy pana Machulskiego w radiu Tok FM. Podobno scenariusz był napisany na serial telewizyjny. Reżyser określił go jako kolejną Plebanię tylko o wampirach. Na szczęście udało się to przerobić na film.

    Ale pan Machulski powiedział też, że był tekstem na tyle zauroczony, że gdyby musiał z tego robić serial, to zrobiłby i serial.

    Mówił o tym, że cała ta stylizacja i większość dowcipów, a przynajmniej puent, to dzieło jego i zespołu operator, scenograf, twórca kostiumów. Stylizacji w scenariuszu nie było wcale, dowcipu niewiele.

    Myślę, że sporo roboty miał pan Machulski z tym scenariuszem. Ale sprawiał wrażenie naprawdę zapalonego do projektu i naprawdę zadowolonego z efektu. Ale podobno jest dobrym aktorem;)

    OdpowiedzUsuń
  2. Hm, to jest kłopot z Machulskim: on zawsze wydaje się pełen entuzjazmu i nie wydaje mi się, by głośno przyznał się do wątpliwości jakichkolwiek... Ale i tak jest to jeden z moich ulubionych reżyserów -- czekam, aż dostanie (lub napisze) materiał lepszy, niż w KOŁYSANCE.

    OdpowiedzUsuń