18 lutego 2017

Moonlight (2016, Jenkins)



Teraz bardzo serio. W ten dziwny filmowy weekend, z "Zerwanym kłosem" i "PolandJą" z jednej strony, z fascynującym ale chybionym "Milczeniem" Scorsesego z drugiej, absolutnie nie wolno przeoczyć filmu najważniejszego, czyli "Moonlight" Barry'ego Jenkinsa.

Moonlight, czyli światło księżyca: nocna pora, która w tym filmie jest czasem samotności i kalekich prób jej przełamywania. Ten liryczny portret młodego chłopaka z czarnych przedmieść Miami ma siłę najwybitniejszych poematów o dzieciństwie, jakie dało nam kino: "Ducha roju" Erice, "Nakarmić kruki" Saury, "Kresu długiego dnia" Daviesa. Film o ojcostwie, o byciu synem, o byciu mężczyzną, o stosunku do własnego ciała -- a wreszcie o męskiej dumie i o głodzie dotyku, które (czego uczy nas nasza oderwana od źródeł greckich kultura) rzekomo się wykluczają. Na ten film powinni pójść absolutnie wszyscy: ojcowie, synowie, matki i córki. Mimo wyrafinowanej formy nie jest to seans trudny: Jenkins wie, jak zahipnotyzować światłem, rytmem i strukturą. A także -- jak chwycić na serce chwytem nie tanim, ale czystym i dojmującym.

Zarzuca mi się, że ostatnio nadużywam słowa "arcydzieło", ale tak: to jest arcydzieło. Wraz z "Manchester by the Sea", "Klientem", "Tonim Erdmannem" -- ścisła czołówka obecnego repertuaru. Nie wolno przegapić.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz