18 lutego 2017

Zerwany kłos (2017, Ludwig)

"Zerwany kłos" to drugi -- po "Powidokach" Andrzeja Wajdy -- najbardziej jawnie hagiograficzny film, jaki gościmy na polskich ekranach w roku 2017. O ile jednak Wajda uprawiał hagiografię świecką i osobistą, z ukrytymi (i nierzadko paradoksalnymi) podtekstami autobiograficznymi, o tyle film Witolda Ludwiga pozbawiony jest jakiejkolwiek indywidualności -- w całości zastąpionej patosem. Szkoda, że pierwszy od jakiegoś czasu polski "Christian movie" razi aż tak wielką amatorszczyzną i niezamierzoną śmiesznością, bo polski i światowy rynek na takie kino jest bardzo duży -- pod warunkiem, ze jest ono robione na poziomie.
Całość dowodzi prawdy dość podstawowej: żeby w filmie pojawił się przekonujący patos, reżyser musi wpierw umieć nakręcić przekonującą scenę smarowania chleba masłem. Tego drugiego w "Zerwanym kłosie" nie uświadczymy, bo też i cały film wygląda, jakby nakręcono go w aseptycznym skansenie sponsorowanym przez fabrykę krochmalu (a brzmi, jakby grających w nim polskich aktorów zdubbingowano po polsku). Dlatego też planowany patos wypada albo bezdźwięcznie, albo wręcz fałszywie. O próbach "humoru" nie wspomnę.
Mam szacunek do kultu bł. Karoliny Kózkówny, bo mam szacunek do chrześcijaństwa jako takiego. Życzę jednak polskim katolikom, by doczekali się filmów dewocyjnych na takim poziomie, jakie reprezentują choćby "Cuda z nieba" z Jennifer Garner (bo na polską "Przełęcz ocalonych" i tak jeszcze sobie poczekamy). Mam nadzieję, że ten film obejrzy w ten weekend jakiś młody, głęboko wierzący, dziko utalentowany młody reżyser (lub reżyserka), wyjdzie trzaskając drzwiami, zadzwoni do Ojca Dyrektora i powie: "Jeśli chcecie, ja zrobię Wam kolejny film dużo, dużo lepiej". Na miejscu Ojca Dyrektora powiedziałbym: "Umowa stoi".

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz